poniedziałek, 8 lipca 2013

"TAM PIASKI ŚPIEWAJĄ" JOSEPHINE TEY

Trudno mi ostatnio znaleźć czas na pisanie na blogu. Powinnam zamieścić notkę ze stosem na lipiec, ale książki powkładałam na półki, zanim pomyślałam o zrobieniu zdjęcia. Przeglądając moje oceny na BiblioNetce zorientowałam się, jak mało przeczytałam w czerwcu. Bardzo mało, wziąwszy nawet pod uwagę powtórki. Pozostaje mieć nadzieję, że będzie lepiej...

Kiedy jeszcze nie przeglądałam Waszych blogów, informacje o ciekawych książkach docierały do mnie przez dyskusje na forach wspomnianej wyżej BiblioNetki. Do tej pory wątek podsumowujący przeczytane w danym miesiącu lektury należy do moich ulubionych. Jest to źródło nieustającej inspiracji w wyborze lektur do zdobycia. Kiedyś zwróciłam uwagę, że często w przeróżnych zestawieniach powtarza się nazwisko Josphine Tey i jej powieść "Córka czasu", a niedługo potem zdobyłam ten i inny kryminał tej autorki w drodze wymiany. W ostatnim tygodniu przeczytałam właśnie ten drugi kryminał czyli "Tam piaski śpiewają".

Alan Grant wybiera się na urlop. Jest wyczerpany pracą w policji, miewa lęki przed przebywaniem w zamkniętych pomieszczeniach. Żeby odpocząć jedzie odwiedzić zaprzyjaźnione małżeństwo, by w spokojnej atmosferze szczęśliwego domu zapomnieć o pracy. Po trudnej nocy w sypialnym kabinie pociągu dowiaduje się, że w innym przedziale znaleziono martwego mężczyznę, Przez nieuwagę Alan podnosi z podłogi tego przedziału gazetę należącą do nieboszczyka. Policja szybko kwalifikuje sprawę, jako nieszczęśliwy wypadek, ale Grant po przeczytaniu dziwnego wiersza zapisanego na jednej ze stron czasopisma, nie może się pozbyć wrażenia, że w śmierci młodego człowieka nie było nic naturalnego. 

Jeśli miałabym porównać "Tam piaski śpiewają" to czegoś już znanego, to powieść ta kojarzyła mi się z książkami Marthy Grimes o Jury'm i Plancie. Łączy je klimat kryminału retro, w którym morderstwo jest starym dobrym zabójstwem z motywem, śledztwem i sprawcą, bez epatowania okrucieństwem, brutalnym miejscem zbrodni, bez sieci spisków w tle. A może przede wszystkim z inspektorem, zmęczonym, ale jednak oddanym swojej pracy, który ją szczerze lubi i generalnie żyć bez niej nie może. Taki jest właśnie Alan Grant. Brakuje mu co prawda galopującej depresji, czy postępującej marskości wątroby, a swoich lęków nasz detektyw nie zagłusza morzem alkoholu, ale wierzcie mi, można go polubić od pierwszego przeczytanego o nim zdania.

Dodatkowym atutem była dla mnie atmosfera małych miasteczek, gdzie toczy się akcja powieści, wraz z ich mieszkańcami, nieraz oczywiście obdarzonymi przeróżnymi dziwactwami. Jeśli dołączymy do tego postać uroczego, rezolutnego dziecka, nieraz trafnie komentującego rzeczywistość wokół siebie i szkocką hrabinę, która prawie zawojowała serce głównego bohatera, podobieństwo do Grimes jest tym bardziej widoczne.

"Tam paski śpiewają" to jak już wspomniałam kryminał w takim starym stylu. Postać charyzmatycznego detektywa, tło powieści, świetnie skonstruowana zagadka, wszystkie te elementy równoważą się i uzupełniają wzajemnie tworząc razem naprawdę dobrą książkę.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...