poniedziałek, 24 czerwca 2013

"PIEŚŃ DLA ARBONNE" GUY GAVRIEL KAY

Zdarza mi się wracać do książek, które już kiedyś czytałam. Nieraz są to powroty ryzykowne, bo czasem drugiej lekturze towarzyszy poczucie rozczarowania, kiedy nie odnaleźć w niej tego, co kiedyś mnie zachwyciło. Ale nieraz powieść, którą kiedyś potraktowałam nad wyraz chłodno po latach, może nie zachwyca, ale staje się bardzo przyjemnym dziełem. Dlatego mimo wszystko czytam książki po kilka razy.

Ponieważ nadal nie zdecydowałam się na żadną nowość z fantasy, postanowiłam znowu sięgnąć po Kay'a. Tym razem wybór padł na "Pieśń dla Arbonne", powieść kupioną na fali fascynacji autorem, która kilka lat temu przyniosła mi lekkie rozczarowanie. Czytałam ją po prawie pięciu latach, ciekawa, czy moje odczucia się zmienią.

Arboone to kraj rządzony przez kobiety, gdzie płeć ta otaczana jest szacunkiem i prawdziwą czcią. Ideałem opiewanym w pieśniach trubadurów jest niespełniona miłość do damy, pani serca mężczyzny. Kiedy jednak takie uczucie zaistniało naprawdę pomiędzy najsławniejszym trubadurem Arbonne, będącym jednocześnie księciem Bertranem de Talar, a piękną Alais żoną Utre de Miravala, cała historia kończy się dramatem. Kobieta umiera, a mężczyźni stają się wrogami. Lata później Arbonne i jego mieszkańcy muszą podjąć niebezpieczną grę z sąsiednią krainą, którego istnienie podporządkowane jest kultowi boga wojowników Corannosa, a kobiety są tylko łatwym do zdobycia trofeum, które jeszcze łatwiej odrzucić. Starcie tych dwóch społeczności jest zderzeniem różnych podejść do rzeczywistości i postrzegania świata.
Kiedy w Arbonne pojawia się, ścigany przez własne demony najemnik z północy Blaise, staje się jasne, że los nieprzypadkowo skierował go do państwa rządzonego przez kobiety, a jego pochodzenie może się okazać sprawą kluczową w nadchodzącej rozgrywce wielkich tego świata.

Guy Gavriel Kay jak zwykle obdarza swoich bohaterów zdolnością dostrzegania ukrytych znaczeń, ścieżek wiodących do decyzji, które zmieniają wszystko. Jego postacie intensywnie żyją, kochają, przyjaźń i nienawiść trwa aż po grób. Kiedy się o tym czyta w recenzji, można odnieść wrażenie, że powieść jest przepełniona trudnym do strawienia patosem, tymczasem w rzeczywistości jest całkiem inaczej. Aura wzniosłości, która otacza bohaterów i ich działania nie denerwuje, ani nie drażni. Może dlatego, że w sposobie w jaki autor kształtuje obraz opisywanych krain, widać dążenie do dbałości o szczegóły i inspiracje, które można odnaleźć w historii Europy.
W czasie pisania pracy magisterskiej jeden z rozdziałów poświęciłam właśnie średniowiecznej kulturze trubadurów i potem czytając "Pieśń dla Arbonne", z radością odnajdywałam te ideały, przedstawione jak rzeczywiste zasady traktowane jak prawo, którego trzeba przestrzegać. 

Kay tworzy swoje światy sięgając do tego co już było, aktywnie to przetwarzając, dostosowując. Nie wiem do końca na czym polega urok jego książek, ale mnie pociąga w nich atmosfera czystej magii płynącej z przekonania, że miłość i honor to wartości, o które warto walczyć. Lubię tą aurę niezwykłości, która otacza jego bohaterów. Postacie Kay'a są w oczywisty sposób czysto książkowe, nierealne, a jednocześnie bardzo bliskie i łatwe do polubienia, a nawet pokochania. 

I tak sobie myślę teraz, próbując sobie przypomnieć, co kiedyś mi się nie podobało w tej książce? Chyba tylko to, że poprzeczka była zawieszona trochę zbyt wysoko, za sprawą przeczytanych wcześniej "Tigany" i "Lwów Al-Rassanu", o których kiedyś też chyba napiszę. Oczekiwałam arcydzieła, a dostałam bardzo przyzwoitą powieść. Ot, takie rozczarowanie....
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...