wtorek, 12 lutego 2013

BIBLIOTECZNE WYCIECZKI

Źródło
Bardzo lubię wizyty w bibliotece, ale czasem mam wrażenie, że wiele zależy od wybrania odpowiedniego momentu wizyty. Nie myślę tutaj o zasobie półek ze zbiorami, bo te zawsze są pełne i często powinnam znaleźć na nich coś wartościowego dla siebie. Ale czasem jest tak, że wędruję pomiędzy regałami, przeglądam, czytam opisy na obwolucie i nic nie zaskakuje. Żadna książka nie mówi, żebym zabrała ją do domu. Wybieram wtedy coś, co mam na liście do przeczytania, jakąś nowość, ale nie ma we mnie, tego bardzo trudnego do zdefiniowania uczucia, które karze mi mieć pewność, że wzięłam odpowiednie książki.
Lubię te wizyty w bibliotece, kiedy już od pierwszej minuty, od pierwszej półki znajduję książkę, którą wiem, że przeczytam z radością. To nie musi być nowość, nie zawsze jest na liście do przeczytania. Często jest to kwestia bardzo przypadkowa, przyciągająca wzrok okładka, ciekawe ilustracje, interesująca tematyka, kwestia chwilowych czytelniczych nastrojów i pragnień. Skomplikowana chemia, a może raczej magia biblioteki.

Zawsze kiedy przyniosę sobie taki nowy stosik do domu, zastanawiam się, dlaczego ta, a nie inna książka przyciągnęła moją uwagę. Dlaczego trafiła do mnie właśnie teraz. Jakiś czas temu, kiedy był jeszcze czynny katalog online mojej gminnej biblioteki, przejrzałam sobie poszczególne kategorie, wynotowując pozycje, które mnie interesują. Efektem jest lista około 250 książek, które wiem, że przeczytam z chęcią. Mam więc ten spis i za każdym razem coś z niego wypożyczam, ale ograniczam się jednorazowo do dwóch lub trzech książek. Nie dam rady wsiąść więcej, bo na skutek  poszukiwań tej, czy innej natrafiam na całkiem inne, które wciśnięte w mniej lub bardziej równy szereg, nagle przyciągają mnie do siebie. Wyciągam wtedy ją z półki, czytam streszczenie, przeglądam, albo otwieram i po prostu czytam stronę lub dwie. Czasem już kilka pierwszych zdań sprawia, że trudno mi ją odłożyć, a czasem powieść wędruje bez żalu na swoje miejsce, ale kto wie, może następnym razem się skuszę.

Źródło
Oczywiście najwięcej kandydatek do zabrania, znajduję od razu przy biurku Bibliotekarki. Tam jest bowiem półka ze zwrotami. Tam też najłatwiej znaleźć jakąś nowość, która uda się wychwycić zanim trafi w kolejne spragnione ręce zawsze chętnego czytelnika. Kiedyś, aż wstyd się przyznać na tym miejscu w bibliotece poprzestawałam. Omijało mnie wiele dobrego, ale teraz to nadrabiam. Wędruję sobie dalej, gdzie trafiam na trzy regały fantastyki. Zawsze sprawdzam, czy zakupiono następne części przeróżnych cykli, które zaczęłam czytać właśnie wypożyczone i nie zdecydowałam się na kupno własnych. Czekam tak na przykład na kolejny tom serii o Mercedes Thompson, autorstwa Patricii Briggs. Na razie niestety nie ma, ale może niedługo... Ostatnio za każdym razem sięgam po coś Tolkiena. Teraz podczytuję sobie "Niedokończone opowieści", a wszystko w ramach przygotowań do zbioru "Listy" tego autora. Już się ciszę na tą przyjemność. 
Dalej idę do zbiorów ogólnych, szukam powieści obyczajowych, kryminałów, czegoś historycznego. A potem obowiązkowo rzut oka na regały z polskimi autorami. Pomyśleć, że przed epoką blogową, kiedy tak często nie czytałam Waszych notatek, prawie nie czytałam współczesnej literatury polskiej. A teraz to obowiązkowy przystanek Tak trafiłam w zeszłym roku na "Zbrodnię w błękicie" Katarzyny Kwiatkowskiej. Druga jej książka ma się niedługo ukazać. Polecam tym wszystkim ,którzy jeszcze nie czytali. 
Zaraz po autorach polskich trafiam w rejony powieści kobiecej i półki z romansami, a że nieustannie lubię sobie taką lekturą uprzyjemnić jakiś ponury wieczór, to tu też zawsze znajdę coś dla siebie. Wtedy już zwykle ledwo udaje mi się utrzymać wszystkie wybrane tomy, ale wystarczy się obrócić i trafiam na półki z literaturą faktu i opracowaniami historycznymi. A Bibliotekarki wiedzą chyba, że ta biblioteka pełna jest pokus, więc limit wypożyczeń wynosi dziesięć książek. Przy dwóch kartach w rodzinie nie muszę się ograniczać i kolejne tomy wędrują ze mną do domu. Zwykle to już koniec, ale ostatnio moją uwagę przyciągnął malutki, ale zacny regał z książkami w języku angielskim. Chyba czas, żebym tam też częściej zaglądała.

Dzisiaj mój ostatni biblioteczny stosik zmalał już do połowy, a ja zaczynam odczuwać głód następnej wizyty. I to pomimo tego, że własne książki czekają w kolejce. :)
Tak sobie myślę, że kocham księgarnie, ale biblioteki chyba bardziej. Ten wpis miał być tylko wstępem do notki o książce "Pozwólcie nam krzyczeć" Stanisławy Fleszarowej - Muskat, ale w sposób całkowicie nieplanowany rozrósł się, więc planowana opinia będzie jutro. A powieść ta jest właśnie wynikiem ostatniej wędrówki po bibliotece. Zniszczony, zaczytany egzemplarz, wśród całego rzędu innych na półce. Wzięty na próbę, a zapoczątkował czytelniczą przygodę. Ale o tym jutro.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...