środa, 16 stycznia 2013

"MATKI, ŻONY, CZAROWNICE" JOANNA MISZCZUK

Początek zapowiadał bardzo przyjemną powieść kobiecą. Nawet zaczęłam się cieszyć, że pomimo kilku niezbyt łaskawych recenzji na blogach, mimo wszystko zabrałam "Matki, żony, czarownice" z bibliotecznej półki do domu.
Trzy przyjaciółki spotykają się na babskiej kolacji. Jedna mieszka za granicą, nie bardzo wiadomo, co dokładnie się u niej dzieje, drugiej właśnie rozleciał się przynoszący świetne pieniądze biznes, a u trzeciej wszystko w najlepszym porządku. Przy sporej ilości dobrego alkoholu, zaczynają sie zwierzenia. Wychodzą na jaw sekrety, małe tajemnice. Czytelnik, czyli ja, bawi się całkiem dobrze.
Dalej jest, zdaje się jeszcze lepiej. Poznajemy bliżej jedną z przyjaciółek - Klarę, tę której to życie po kilku solidnych kopach, wreszcie zaczęło oferować kilka dobrych, spokojnych lat z mężem i córką. W retrospekcjach poznajemy dom w jakim się wychowała, a co za tym idzie jej matkę i babkę. Bardzo zajmujące były rozdziały, poświęcone wojennym przeżyciom Marii, czy te opisujące perypetie matki Klary, która dostrzegła jak wielką miłością ją darzono, kiedy kochający człowiek odszedł na zawsze. Silne kobiety, które umiały sobie poradzić z przeciwnościami losu, na tle historii i codzienne życie, które niezależnie od czasów bywa bardzo skomplikowana. Trudne decyzje, ale i momenty prawdziwego szczęścia, w których towarzyszy im pierścień miłości i przebaczenia, przekazywany z pokolenia na pokolenie.
Obecność tego trochę tajemniczego przedmiotu, zapowiadała wędrówkę ku przeszłości rodziny, a ponieważ lubię takie wątki, nie miałam nic przeciwko, rozwinięciu tej opowieści.
Tymczasem życie Klary zaczęło się odpowiednio komplikować, w myśl zasady, że główna bohaterka musi spaść z wyżyn szczęścia w otchłanie rozpaczy. Z tymi otchłaniami oczywiście trochę przesadziłam, ale kobieta musi szukać nowego sposobu na życie, już bez dotychczasowego małżonka.

I to jest moment, kiedy książka przestaje mi się powoli podobać, ze strony na stronę mam coraz więcej mieszanych uczuć, by wreszcie zamknąć ją z wielkim poczuciem ulgi, że już się skończyło.
Powiedzmy, że realizmu w tej powieści za wiele nie znajdziemy, ale można to przeboleć. Pewnych powieści nie czyta się dla wiernych opisów życia w naszym pięknym kraju, ale moment kiedy Klara dostaje pracę marzeń, świetnie płatną i ogólnie genialną przy przypadkowym spotkaniu ze znajomym, uważam zbyt mocno naciągany.

Największym problemem są dla mnie jednak, dociekania bohaterki na temat historii pierścienia, a tym samym zawiłości rodowych, które odkrywają kolejnych nieprawdopodobnych członków rodziny. Kogo tam nie ma.... Przewracałam kolejne strony z rosnącym poczuciem irytacji i coraz większą chęcią dobrnięcia do końca. Druga połowa powieści to dla mnie czysta fantastyka, która nie pasuje do dobrze zapowiadającego się czytadła. Brnęłam przez koleje losów coraz bardziej niesamowitych postaci i zastanawiałam się dokąd to zmierza. Celu do tej pory nie widzę.

Doszły mnie słuchy, że jest część druga. Co więcej już ją widziałam w bibliotece. Przeczytam, grubość nie odstraszała, a może zakończenie będzie sensowne...


Wyzwanie: Polacy nie gęsi i swój język mają.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...