czwartek, 19 września 2013

ZDOBYTE W ZESZŁYM MIESIĄCU

1. "Bez pożegnania" Harlan Coben - podobno dobre sensacyjne książki pisze ten autor. Nie znam, gatunek
też nie do końca z mojej bajki, ale spróbujemy.
2. "Anne Frank. Dziennik. Życie. Dziedzictwo" Francine Prose. W końcu musiałam mieć.
3. "Bezcenny" Zygmunt Miłoszewski - już przeczytane. Recenzja tutaj.
4. "Strażnik tajemnic" Kate Morton - też przeczytane. Recenzja tutaj.
5. "Córka kapitana" Leah Fleming - kilka zachęcających recenzji już czytałam, ale musi odczekać na swoją kolej.

A ostatnio dopadł mnie czytelniczy kryzys. Czytam sobie tylko bardzo powoli "Na plebani w Haworth". 

wtorek, 17 września 2013

"ZAKLINACZ KONI" NICHOLAS EVANS

Czas powtórek oznaczał miedzy innymi ponowne przeczytanie "Zaklinacza koni". Powiedzieć, że mi się podobała te kilkanaście lat temu, to za mało. Bardzo mi się podobała. Tak samo było z kolejną książką Nicholasa Evansa "W pętli". Potem było jednak słabsze "Serce w ogniu", które odebrałam jako do bólu melodramatyczne, wręcz na granicy kiczu. "Przepaść" i "Odważni" były zdecydowanie lepsze, ale nie było w nich magii "Zaklinacza koni". 

Czasem sięgam ponownie po już raz czytane książki, bo chcę wrócić do świata, który znam, odgrzebać uczucia, które kojarzę z daną lekturą. A czasem chce się przekonać, czy nadal odbieram dobrze znaną powieść tak samo. Fakt, grozi to rozczarowaniem, ale nieraz po prostu trzeba się przekonać, czy nadal dobrze zapamiętaną powieść odbiera się tak samo.

W zimowy, piękny poranek dwie dziewczynki wybierają się na konną przejażdżkę. Weekendowe spotkania na wsi są tradycją, dla Grace i jej koleżanki. Dzień zapowiada się wspaniale. Pierwszy tego roku śnieg, konie, śmiech i radość. Ten sam ranek nie zaczął się tak dobrze dla kierowcy ciężarówki. Najpierw został przyłapany przez policję, na przekraczaniu dozwolonego czasu pracy, potem zorientował się, że zapomniał łańcuchów na opony, a trasa do celu podróży to prawie polna droga. W tym własnie miejscu przecinają się szlaki kierowcy i dziewczynek. W wyniku wypadku jedna z nich ginie, Grace traci nogę, a jej koń Pielgrzym zostaje ciężko ranny. Matka Grace, Annie w jakimś przeczuciu wspólnoty łączącej losy córki i konia upiera się, by go nie uśpić. Znajduje człowieka, który zajmuje się, z braku lepszego określenia, leczeniem koni, docieraniem do ich psychiki. Wynajmuje przyczepę, zabiera zbuntowaną przeciwko całemu światu Grace i jedzie do niego, bo ma nadzieję, że Tom Booker sprawi, że Pielgrzym będzie taki jak przed wypadkiem.

"Zaklinacz koni" to powieść o odzyskiwaniu wiary w siebie, o powrotach do korzeni, o tym, że życie czasem układa się całkiem inaczej niż sobie to zaplanowaliśmy i może zaskoczyć w każdej chwili. Podróż matki i córki jest dla nich nowym początkiem. Grace uczy się codzienności w innych warunkach, po raz pierwszy opowiada o wypadku, godzi się z tym co ją spotkało. A do Annie dociera, że jej życie niekoniecznie musi być takie, jak do tej pory. Praca na odległość nie sprawdza się, jej szef ją zwalnia. A ona, do tej pory prawdziwa kobieta sukcesu, rekin branży wydawniczej, godzi się z tym zastanawiająco szybko.
Wiele wspólnego ma z tym Tom, człowiek charyzmatyczny, żyjący blisko natury, przyjmujący życie takim, jakie jest. tych dwoje połączy uczucie mocne i trudne. Annie nie ma nic do zarzucenia swojemu mężowi, który został w domu, chyba tylko to, że jest zbyt stabilny. Z punku widzenia osoby z zewnątrz jest wręcz idealny.

I tu tkwi różnica pomiędzy uczuciami towarzyszącymi czytaniu "Zaklinacza koni" po kilkunastu latach. Za pierwszym razem byłam pochłonięta miłością, jaka rodzi się pomiędzy Tomem a Annie. Wydawało mi się, że rzucenie wszystkiego i podążanie za głosem serca jest najważniejsze. Dzisiaj odbieram tę książkę całkiem inaczej. Wybory, których muszą dokonać bohaterowie przestały być proste i jednoznaczne. Nagle jedno życie okazuje się lepsze, lub gorsze od drugiego, ale porzucenie tego dotychczasowego oznacza ból wielu osób, które w żadnym wypadku na to nie zasłużyły. Czy w takim obliczu, ma się prawo do szczęścia? A może to wcale nie będzie dobry wybór, może po latach okaże się, że jednak trzeba było postąpić inaczej.

Ponowne spotkanie z "Zaklinaczem koni" było ciekawym doświadczeniem i utwierdziło mnie w przekonaniu, że warto czasem przeczytać coś ponownie.

środa, 11 września 2013

"DUMA I UPRZEDZENIE" JANE AUSTEN

Czy ktoś jeszcze nie czytał tej książki? Jeśli nie, powinien to szybko nadrobić. Moje wydanie z serii Klasyka powieści wydawnictwa Prószyński i S-ka jest bardzo zaczytane, ale nic w tym dziwnego, bo mam je już w końcu ponad piętnaście lat. Swoją drogą nie zamierzam kupować nowego. Czy Wy też jesteście przywiązani do konkretnych wydań?

Jak pewnie nietrudno się domyślić nabyłam swoją "Dumę i uprzedzenie" po pierwszej emisji serialu w polskiej telewizji właśnie te naście lat temu. Oj, byłam oczarowana serialem i zaraz po zakończeniu emisji kupiłam powieść, nieznanej mi do tamtej pory pisarki. Za pierwszym razem czytałam łakomie, odnajdując swoje ulubione sceny z serialu, nie zwracałam generalnie uwagi na język autorki. Z każdym kolejnym powrotem do tej powieści przekonywałam się coraz bardziej na jaka to perełka. I nikt mnie nie przekona, że inne książki Austen jej dorównują. Wiem, że każda ma swoich zwolenników, ale dla mnie zawsze na pierwszym miejscu pozostanie "Duma i uprzedzenie". 

Wczoraj patrzyłam na półkę, próbując zdecydować, co zacząć czytać. Kuszą kolejne nowości, czeka też kilka potencjalnie ciekawych książek z biblioteki, ale mój wzrok padł na półkę z Janę Austen i pomyślałam, że może czas na powtórkę.

Nie będę tutaj opisywać treści powieści, bo nawet jeśli ktoś nie czytał, zapewne oglądał adaptację serialową, czy, moim zdaniem dużo mniej udaną, filmową. Akcja toczy się wokół perypetii romansowych Elżbiety Bennet i pana Darcy'ego, które komplikują kwestie pozycji społecznej, jakie zajmują te osoby, a także kwestie majątkowe. Obok naprawdę zajmującego wątku miłosnego książka reprezentuje wnikliwe spojrzenie na te kwestie.

Tym razem, mając do dyspozycji cały dzień, czytałam powoli, delektując się każdym zdaniem, szukając ukrytych treści, i cytatów - perełek. I jak zwykle się nie zawiodłam.  Polecam i Wam.

niedziela, 8 września 2013

"STRAŻNIK TAJEMNIC" KATE MORTON

Kate Morton to jedna z moich ulubionych pisarek. Pierwszą z jej książek, "Dom w Riverton" przegapiłam w księgarni, ale na szczęście kilka miesięcy później natrafiłam na nią w bibliotece i bez wahania wyjęłam z półki. Przez następne kilka dni wyrywałam każdą wolną chwilę, w której z przyjemnością zagłębiałam się w wykreowanym przez pisarkę świecie. Następne powieści Morton już kupowałam jak tylko pojawiały się w księgarni. Oczarował mnie "Zapomniany ogród" i "Milczący zamek". Było więc jasne, że nową powieść Kate Morton kupię i zaraz zacznę czytać.

Nastoletnia Lauren jest pewnego dnia świadkiem dramatycznego zdarzenia. Rodzinna uroczystość, wszyscy w wesołych nastrojach, ona sama pogrążona w marzeniach, przeżywająca pierwsze zauroczenie intrygującym chłopakiem, ciepły dzień, wiatr muskający skórę, sielanka. Lauren widzi swoją matkę wychodzącą z domu ze specjalnym nożem do krojenia urodzinowych tortów i podchodzącego do niej mężczyznę. Zszokowana patrzy dalej, kiedy urodzinowy nóż zagłębia się w ciele mężczyzny, zabijając go. 
Dlaczego jej matka odebrała komuś życie? Kim był ten tajemniczy mężczyzna, który wyzwolił w niej najgorsze instynkty? 
Lata później, kiedy Dorothy leży umierająca w szpitalu, a Lauren jest bardzo znaną i cenioną aktorką, kobieta podejmuje starania, by wyjaśnić tajemnicę sprzed lat.

Schemat w ostatnich latach wykorzystywany do bólu i chyba powoli bardzo już oklepany. Lubię takie książki, ale już kilka razy zawiodłam się na reklamowych sloganach o sekrecie wyjawianym po latach i kolejnej wyjątkowej powieści. Po Kate Morton nie spodziewałam się jednak zawodu. Jednak "Strażnikowi tajemnic" brakuje wszystkiego, co czyniło poprzednie dzieła tej autorki, tak pociągającymi.

Każda z książek Morton to niespieszna narracja, a ich urok tkwi w dużej mierze w kreowanym w nich miejscach w o toczeniu, których rozgrywają się wydarzenia. Czy jest to środowisko wyższych sfer i piękne rezydencje z eleganckimi przyjęciami i nieodpowiednimi uczuciami, które rozkwitają pod ich dachami, czy bajkowy klimat tajemniczego ogrodu, Londyn prawie jak z dzieł Dickensa, czy nastrojowo gotyckie zamczysko z przedostatniej książki Morton, wszystkie one przyciągały ulotnym klimatem sekretu, który krył się gdzieś w tle. Siłą poprzednich powieści tej autorki było też skupienie się na przeszłości, która faktycznie pozostawała najważniejsza. Zasadniczej treści nigdy nie przesłaniały współczesne wydumane wątki miłosne. Bohater części rozgrywającej się w teraźniejszości zawsze był na drugim planie, był detektywem, którego zadaniem, było odkryć prawdę.

I ta drugą zasadę można również zaobserwować w "Strażniku tajemnic". Lauren stanowczo nie jest główną bohaterką tej opowieści. Uwaga Morton skupia się na życiu jej matki w czasie wojny, na znajomościach, które wtedy nawiązuje, a które okazują się kluczowe dla całego jej życia. Cała historia skonstruowana jest bardzo sprawnie, chwilami zaskakuje, wciąga na tyle, że chłonęłam ją pozwalając na to, by się nieśpiesznie rozwijała, nie wybiegałam myślami w przód i nie starałam się rozwiązać zagadki przed Lauren. Jednak obiektywnie spoglądając na całość zakończenie może być przewidywalne i to, że skupiłam się na poszczególnych wydarzeniach, można przypisać tylko stylowi Morton, który jest jak zwykle świetny.

Czego więc zabrakło tym razem? Chyba klimatu miejsca, który zawsze był równorzędnym bohaterem powieści Morton. Większość książki dzieje się Londynie, w czasie wojny. A w powieści praktycznie nie wyczuwa się zagrożenia, w tym otoczeniu nie ma niczego niezwykłego, niczego przykuwającego uwagę. To miast nie ma w sobie żadnej tajemnicy i chyba to jest główny zarzut jaki kieruję wobec tej powieści.

Nie ukrywam też, że mam chyba powoli dosyć książek opartych na połączeniu wątków z przeszłości z teraźniejszością. Straciły urok nowości i mam wrażenie, że Morton też nie jest w stanie nic nowego w tym aspekcie stworzyć. Trzymam kciuki, by jej następna powieść była krokiem w przód, bo "Strażnik tajemnic" jest przykładem dobrego odwzorowania czegoś , co się wcześniej stworzyło, ale bez właściwej temu magii. Ot, chyba trochę rzemieślnicza robota, której bra
kuje iskierki nieprzewidywalności.

czwartek, 5 września 2013

"OSTROŻNIE Z MARZENIAMI" KOTARSKA MAJA

Koniec lata, a mnie naszła ochota na miłą, lekką książkę, przy której można łapać ostatnią opaleniznę. Zdecydowałam się na "Ostrożnie z marzeniami" Mai Kotarskiej, która to powieść, trafiła do mnie w ramach książkowej wymiany.

Są powieści, które mają za zadania tylko bawić, zająć czas w kolejce, uprzyjemnić podróż autobusem. Takie lektury da się pochłonąć w jeden wieczór. I do takiego własnie rodzaju należy "Ostrożnie z marzeniami".
Agnieszka dziedziczy po nielubianym wujku pół starego domku. Szkopuł tkwi w tym, że w domu mieszka też teściowa poprzedniego właściciela, do której należy druga połówka mieszkania. Niby wszystko sprowadza się do tego, żeby w miarę rozsądnie ułożyć sobie sąsiedzkie stosunki, ustalić zasady, przecież trzeba w takim wypadku iść na kompromisy. Niestety staruszka bardzo nie lubiła swojego zięcia i tą niechęć przeniosła na Agnieszkę. Większe i mniejsze złośliwości są więc na porządku dziennym,a na dodatek wkrótce potem obie panie zostają wmieszane w aferę kryminalną.

Jeśli w tym momencie macie skojarzenia z pisarstwem Joanny Chmielewskiej, a może przede wszystkim Olgi Rudnickiej, to macie rację. Niestety jednak w powieści Kotarskiej czegoś brakuje. I niestety do końca nie wiem czego, bo książka zawiera pewną dawkę humoru, wątek sensacyjny i oczywiście obowiązkowy w tym wypadku dodatek romansowy. Nie da się jednak ukryć, że Maja Kotarska nie jest Olgą Rudnicką i całości brakuje koniecznej przy takiej konwencji lekkości. Cały czas miałam wrażenie, że mam do czynienia z czymś, co już wcześniej czytałam. Dość znany schemat, w którym nie znajdziemy niestety niczego odkrywczego i to psuło mi całą przyjemność z lektury. Skończyłam, ale z poczuciem irytacji. 

środa, 4 września 2013

"JESTEM GRIMALKIN" JOSEPH DELANY

Pisałam już Wam o tej serii książek tutaj
Niedawno wyszła w Polsce kolejna część cyklu, w której tym razem śledzimy akcję oczami tych, których młody Tom wraz ze swoim mistrzem Stracharzem w poprzednich tomach zwalczał. Czarownice i Stracharz muszą jednak zawrzeć sojusz, by usunąć z tego świata Złego. Pomaga im w tym jedna z najbardziej niebezpiecznych wiedźm Grimalkin, która ma ze Złym własne warunki do wyrównania.

Jak już wcześniej pisałam są to właściwie książki dla dzieci i młodzieży, chociaż ze względu na naprawdę sporą dawkę okrucieństwa nie dałabym tej serii do przeczytania dziesięciolatkowi, jak to jest zaznaczone na okładce. Zresztą przygotowana niedawno adaptacja filmowa zawyża dosyć znacznie wiek bohaterów i moim zdaniem jest to dobre rozwiązanie.

Delaney obraca się bardzo sprawnie w kręgu świata, który wykreował. W pierwszych tomach rozwijał go o nowe elementy. Wraz z kolejnymi etapami szkolenia Toma, my poznawaliśmy coraz to nowe stwory i niebezpieczeństwa z jakimi muszą się zmagać ludzie i broniący ich Stracharze. Wraz z kolejnymi częściami całość stawała się coraz bardziej mroczna, a historia przestawała być tak prosta, jak by się to wydawało w pierwszym tomie. 
Zgodnie z konwencją fantasy nasz bohater dorasta, zalicza coraz to nowe wyzwania, staje się dojrzalszy, by wreszcie zmierzyć się ze Złem, które chce zawładnąć całym światem. Dotąd jednak śledziliśmy kolejne wydarzenia z perspektywy Toma. Teraz narrację przejmuje Grimalkin, wiedźma, zabójczyni, śmiertelny wróg Stracharza, chwilowo połączona z nim wspólnym celem. 
Zabieg nie nowy, ale nadal ciekawy, bo jak zwykle karze zweryfikować pewne założenia i powzięte sądy. 

Seria, którą tworzy Delaney to dla mnie pewien paradoks. Z jednej strony naprawdę moim zdaniem to nie są książki dla dzieci. Z drugiej jednak są pisane tak lekkim i prostym językiem, że wiek potencjalnego odbiorcy ulega znaczącemu obniżeniu. Pytanie, czy dzisiejszy młody czytelnik jest na takim etapie, że niestraszne mu drastyczne nieraz opisy nawet tortur, jakim są poddawane niektóre istoty, a ja jestem po prostu przewrażliwiona? Niestety nie mam kontaktu z żadnym młodym czytelnikiem, który by zapoznał się z Kronikami Wardstone. 

Mnie jednak to połączenia bardzo odpowiada. Śledzę kolejne przygody bohaterów z nieustającą ciekawością i już czekam na kolejną część. 

wtorek, 3 września 2013

"BEZCENNY" ZYGMUNT MIŁOSZEWSKI

Spodziewałam się, że wszyscy będą czytać "Bezcennego", czyli nową powieść Zygmunta Miłoszewskiego. Wiedziałam też, że ja też będę czytała. Podobały mi się wcześniejsze książki tego autora, a na dodatek w jakimś wywiadzie czytałam, że Miłoszewski chciał napisać coś, co by nawiązywało do powieści Arturo Perez-Reverte. A ja uwielbiam prawie wszystko, co wyszło spod pióra tego pisarza. Nie było więc praktycznie żadnych wątpliwości i "Bezcenny" został zamówiony, jak tylko pojawił się w zapowiedziach. 

Tytułowy Bezcenny to obraz kiedyś znajdujący się w zbiorach Rzeczpospolitej. Najcenniejsze dobro narodowe obok "Damy z gronostajem" Leonarda da Vinci i "Krajobrazu z miłosiernym Samarytaninem" Rembrandta. Kiedyś zresztą wisiały obok siebie, razem przypatrując się zmianom w otaczających im świecie. Niestety przyszła II wojna światowa, a wraz z nią obok wielu ludzkich dramatów, grabieże sztuki, którą naziści wywozili i ukrywali nieraz, żeby mieć jakieś zabezpieczenie po zakończeniu panowania III Rzeszy, co wraz z upływem czasu stawało się przecież coraz bardziej nieuchronne. 

Mamy czasy współczesne. Do gabinetu premiera zostaje zaproszona dr Zofia Lorentz, zajmująca się odzyskiwaniem, zagrabionych Polsce dzieł sztuki. Dowiaduje się, że obraz zlokalizowano, ale nie można go odzyskać legalnymi drogami. Krótko mówiąc, pozostaje tylko zuchwała kradzież na terenie innego państwa, z prywatnej posesji. Lorentz nie zastanawia się długo i zgadza się spróbować przywieźć obraz do Polski. W skład grupy mającej odbić bezcennego Młodzieńca wchodzi były komandos Anatol Gmitruk, bezczelna złodziejka światowej klasy Lisa Tolgfors i Karol Bozanański wpływowy marszand, którego z Zofią łączy wspólna, trudna przeszłość, czyli nieudany związek.
Ta czwórka, starannie przygotowana, wylatuje za ocean, by tam podjąć się misji prawie niemożliwej. Na miejscu okazuje się jednak, że rzeczywistość jest całkiem inna od informacji pochodzących z gabinetu premiera i wszyscy muszą sobie radzić sami. Szybko okazuje się też, że "Rafael" to tylko wierzchołek większej afery, z którą przyjdzie im się zmierzyć. 

"Bezcenny" to rodzaj powieści, z którym rzadko mam do czynienia, bo bardzo rzadko sięgam po literaturę sensacyjną. Ale Miłoszewski dobrze się czuje i w tej konwencji, może dlatego, że szukanie obrazu ma w sobie mimo wszystko trochę z kryminału. Tutaj też bohaterowie idą po poszlakach, szukają powiązań, "przesłuchują" tych, którzy mogą coś więcej wiedzieć o zaginionym dziele sztuki i ludziach, którzy przez lata mogli mieć z nim do czynienia. Jeśli dodamy do tego szereg nagłych zwrotów akcji, atmosferę ciągłego zagrożenia życia, z którą muszą się zmagać nasi poszukiwacze, to powstanie bardzo wciągająca mieszanka. Powieść pochłania się bardzo sprawnie, trudno ją odłożyć na dłuższy czas i przez kilka dni nosiłam ją w torebce, by w wolnej chwili śledzić kolejne poczynania dr Lorentz i reszty.

A w książce dzieje się sporo. Grupa poszukiwaczy rozbija się niemal po całej Europie, zderzają się różne temperamenty, różne spojrzenia na świat i tak naprawdę do końca nie wiadomo, czy wszyscy wiedzą o co grają. Może troszkę przeszkadzała mi widoczna do samego końca chęć zaskoczenia czytelnika i niektóre zwroty akcji, były moim zdaniem doklejone nieco na siłę, tak by nie dać czytającemu ani na chwilę odpocząć od ciągłej akcji. Ale możliwe, że takie wrażenie mam ja, bo sensacja to jednak nie do końca mój gatunek.

Myli się jednak też ten, kto uważa, że Miłoszewski pisząc taką powieść uciekł od współczesnej Polski. Nie da się ukryć, że autor ma cięty język i zastanawiałam się nieraz w trakcie lektury, czy nasz premier czytał tę powieść, a jeśli tak, to jakie są jego wrażenia.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...