czwartek, 29 sierpnia 2013

CO BĘDĘ OGLĄDAŁA JESIENIĄ....

Wprawdzie do nowego sezonu serialowego jest jeszcze trochę czasu, ale postanowiłam napisać ten post już teraz w nawiązaniu do tego z zeszłego roku. Nie da się ukryć, że bardzo lubię wieczory z pojedynczymi odcinkami, ale i prawdziwe maratony, podczas których nadrabiam kilka odcinków. 

W zeszłym roku zarzuciłam kilka seriali, kilka tytułów zaczęłam oglądać, ale przyciągnęły one mojej uwagi na dłużej. Kilka od dłuższego czasu pozostaje w sferze do obejrzenia i może w tym roku uda mi się je wreszcie nadrobić. Ale, może najpierw zacznę od tych, do których wracać już nie zamierzam.

BONES: dwa pierwsze sezony są dla mnie kultowe. Lubię do nich wracać, ale od trzeciego sezonu, który może nawet do połowy był niezły, zaczął się moim zdaniem spadek formy. Choć oglądałam kolejne odcinki i niektóre sprawy mnie nawet interesowały, choć nie uznałam przeskoku od przyjaźni do miłości głównych bohaterów za zbyt nagły, to jednak "Bones" przestało mnie po prostu interesować. I choć czasem wracam do jakiegoś pojedynczego odcinka w nadziei, że uda mi się wskrzesić sympatię, to jednak za każdym uczucia nie towarzyszą temu żadne uczucia. W tym roku nie zamierzam już wracać do tego tytułu.

CHIRURDZY: Już w zeszłym roku miałam naprawdę mieszane uczucia, co do tego serialu, ale w tym roku na serio mam zamiar go porzucić. Mam dosyć tego wszechobecnego dramatyzmu, schodzenia i rozchodzenia się każdej z par po kilkanaście razy. A przebijanie szokujących zwrotów akcji z poprzednich sezonów uważam za żenujące. W tej chwili ciekawią mnie losy jednej pary, ale wnioskując ze schematów znanych z innych serii, mogę sobie pogdybać, jak sprawy się potoczą i zapewne o wiele się nie pomylę. 

SCANDAL: Pierwszy sezon obejrzałam z wielkim zainteresowaniem. Rozgrywki polityczne, troszkę zahaczająca o stalking miłość, a może nie miłość tylko własnie obsesja, coraz to nowe wychodzące na jaw sekrety bohaterów. Było fajnie. Natomiast w drugim sezonie miałam wrażenie, że twórcy chcą, podbić wszystko to, co zaserwowali nam w pierwszej odsłonie. I wtedy ja serialowi podziękowałam. Zapytacie pewnie dlaczego tak szybko? Bo jedną z twórczyń serialu jest Shonda Rimes. Bałam się drugich "Chirurgów".

Teraz serialowe hity, które nadal będą gościć w moim mieszkaniu.

THE GOOD WIFE : Mimo chwilowego spadku formy w tym sezonie jest to nadal mój ulubiony serial. Uwielbiam wszystkich bohaterów, mogę sobie zrobić maraton i obejrzeć wyrywkowo pojedyncze odcinki. Mam swoje ukochane sceny, a zwrot akcji z ostatniego odcinka, uważam za bardzo udany. 

NASHVILLE: Zaskoczenie poprzedniej zimy. Serial, który spróbowałam oglądać z braku jakiegoś wyraźnego powodu. I od razu powiem, że nie przeszkadza mi w nim potężna dawka telenowelowych rozwiązań. Może dlatego, że dobrze się to komponuje z muzyką country, której w serialu jest naprawdę sporo, a która o dziwo mi się spodobała. Naprawdę ten serial to takie quilty pleasure. Niby wszystko można przewidzieć, a jednak świetnie się ogląda.

ONCE UPON A TIME: Nadal oglądałam z ciekawością i zamierzam śledzić dalej losy baśniowych bohaterów w realnym świecie. Wprawdzie drugi sezony był chyba słabszy, ale zamierzam dać szansę trzeciej serii.

Jak zawsze z niecierpliwością czekam też na DOWNTON ABBEY, choć po prostu nie lubię trzeciej serii. Z przyjemnością wrócę też do HAVEN
No i mam nadzieję na nowe serialowe odkrycia.

Seriale do obejrzenia to nadal HOMELAND i HANNIBAL. :)

piątek, 23 sierpnia 2013

"POWIEŚĆ W ALTÓWCE" NATASHA SALOMONS

Kolejna świetna książka przeczytana w ostatnim czasie. Jej recenzję czytałam kiedyś na jednym z blogów. Już niestety nie pamiętam którym, ale była tak zachęcająca, że "Powieść w altówce" kupiłam zaraz potem, korzystając z jakiejś promocji w Matrasie.

Jest rok 1938, a Elise Landau mieszka w wraz z rodzicami i starszą, zamężną siostrą w Wiedniu. Jej rodzina, choć nie przestrzega zasad religii jest pochodzenia żydowskiego. I już w tym momencie wiadomo, że kwestią czasu jest, kiedy dziewiętnastoletnia dziewczyna i jej rodzina będzie się musiała zmierzyć z tym, co dla nich oznaczał będzie wybuch II wojny światowej. Mogłoby się wydawać, że status ojca, który jest poważanym i popularnym pisarzem, a także matki - śpiewaczki operowej, pozwoli im na w miarę bezpieczne przeżycie trudnych lat. Nic bardziej mylnego i rodzice Elise wiedzą o tym.
Młoda dziewczyna dotąd rozpieszczana, rodzinna maskotka musi szybko dorosnąć i wyjechać do Anglii, do posiadłości Tyneford, gdzie podejmuje pracę jako pokojówka. Jej siostra bez większych przeszkód emigruje wraz mężem do Ameryki. niestety przyznanie wizy ich rodzicom opóźnia się i oboje zostają w Austrii.

Tytułowa powieść w altówce to ostanie dzieło ojca Elise, które już jest bez szans na wydanie w ojczystym kraju. Stos kartek ukryty w instrumencie staje się dla Elise źródłem pociechy i symbolem pamięci. Listy od rodziców przychodzą rzadko i są coraz bardziej enigmatyczne, ale powieść jest przecież czymś rzeczywistym. Mimo, że nie można jej wydobyć bez zniszczenia instrumentu, to jednak jest symbolem obecności bliskich.
Początki w dworze Tenyford są trudne, dla dziewczyny, która do tej pory sama korzystała z pomocy służącej. Teraz do jej obowiązków należy rozpalanie ognia w pokojach, ścieranie kurzy, usługiwanie przy posiłkach, a przy tym wszystkim należy pamiętać, by być niewidzialną dla właścicieli majątku. To ostatnie jest dla Elise chyba najtrudniejsze, na szczęście Christopher Rivers nie surowym pracodawcą. Inaczej ma się sprawa z zarządzającymi domem kamerdynerem i gospodynią. Dla nich każde wyjście poza ustalony schemat postępowania służby jest nie do przyjęcia.

Kiedy niedawno pisałam Wam o powieści "Ashford Park", wspominałam, że na jej okładce widnieje napis, który przyrównuje jej klimat do tego, który znamy z serialu "Downton Abbey". Podczas czytania "Powieści w altówce" miałam nieustanne wrażenie, że taka reklama bardziej pasuje do tej książki mimo, że jej akcja toczy się ponad 20 lat później. Jak widać pewne rzeczy nie zmieniają się tak szybko. Elise trafia właśnie w świat służby dużego majątku ziemskiego, którego prowadzenie od lat podlega ścisłym regułom, z których nie ma odwrotu. Bardzo sugestywne i szczegółowe przedstawienie funkcjonowania służby w dworze Tenyford jest niewątpliwie zaletą tej książki. Jednak od momentu pojawienia się Elise w Tenyford wszyscy podświadomie czują, że dziewczyna nie pasuje do małej społeczności w nim pracującej.
Christopher Rivers ma wszystkie książki ojca Elise, a jego syn chyba trochę zaintrygowany innością dziewczyny, ofiarowuje się, że będzie jej udzielał lekcji angielskiego.

Ich zażyłość, początkowo przyjacielska sprawia, że Elise, czuje się jeszcze bardziej nie na miejscu w tym otoczeniu, choć jednocześnie zaczyna bardzo kochać otaczające dwór rozległe wzgórza i morze. Znajduje przyjaciół w pobliskiej wiosce, a znajomość z paniczem Kitem zaczyna się przeradzać w coś więcej.
Mimo groźby wojny, która cały czas czai się gdzieś na horyzoncie dla Elise to bardzo szczęśliwy czas. Ale czytając tą książkę nie sposób, nie pomyśleć, że ta beztroska nie potrwa długo. Przecież wiadomo, że wojna wybuchnie, a młodzi ludzie rzucą się nią, nie zważając na nic. Ci, którzy pozostaną w domach będą sobie musieli radzić z niepokojem i tęsknotą, a także tak prozaicznymi sprawami jak przydziały żywności, czy benzyny i brak rąk do pracy. Wojna wszystko zmienia i dawna beztroska odchodzi w przeszłość, a chwile radości są coraz rzadsze.
Elise przyjdzie po raz kolejny ułożyć sobie życie, ale jak potoczą się jej losy, dowiecie się już, jeśli przeczytacie "Powieść w altówce".

Rzadko używam takich określeń, ale jest książka, która mnie oczarowała. Kiedy ją otwierałam i czytałam kolejne zdania, miałam wrażenie, że świat wokół mnie zwalnia, a ja gdzieś z boku towarzyszę Elise w jej życiu w Tenyford. Wraz z nią przeżywałam pierwszą miłość, rozpaczałam, kiedy nie nadchodziły wieści od rodziców i z radością witałam listy od siostry, wiedząc, że przynajmniej ona jest bezpieczna.
"Powieść w altówce" zaskakująco łączy atmosferę beztroskiej młodości z przeświadczeniem końca pewnej epoki. To powieść o tęsknocie, miłości, a przede wszystkim o świadomym budowaniu własnego świata, do którego chce się przynależeć. To powieść o tym, że czasem w ciągu jednego życia takich światów może być kilka w zależności od okoliczności, a przejście do kolejnego zawsze oznacza wyzbycie się części siebie, pewne rozdwojenie, z którym trzeba żyć.

Nie zwlekajcie i przeczytajcie.

środa, 21 sierpnia 2013

"DALLAS '63" STEPHEN KING

To jedna z tych książek, które w końcu musiałam przeczytać. Multum blogowych recenzji, w większości bardzo pozytywnych. U mnie czekała na półce na wolniejszy czas, głównie ze względów na gabaryty. Ale przecież ja uwielbiam długie powieści, w których można się zanurzyć na kilka dni i zapomnieć o innych, czekających w kolejce lekturach. 

I tak też się stało, bo "Dallas' 63" wciąga do samego końca. 
Jack Epping jest nauczycielem angielskiego w Lisbon Falls. Jego życie po rozwodzie, powoli wraca do uporządkowanego rytmu. Praca, posiłek w ulubionym barze, koniec roku szkolnego i upragnione wakacje, podczas których można odpocząć od rutyny sprawdzania kolejnych prac semestralnych. Coś jednak burzy ten spokój. Pierwsze to niezwykle poruszająca praca szkolnego woźnego, który w pracy na koniec na kursów dokształcających opisuje tragedię, jaka spotkała jego rodzinę, kiedy był dzieckiem i na zawsze zmieniła jego życie. Niedługo potem przyjaciel Jacka, Al, właściciel lokalnego baru mówi mu, że w spiżarni jego restauracji znajduje się przejście do USA lat pięćdziesiątych. Brzmi to niewiarygodnie, ale Jack przekonuje się, że Al mówi prawdę. Z możliwością przejścia w rok 1958 Al wiąże pewne nadzieje. Otóż chce by Jack przeniósł się tam na dłużej i zapobiegł morderstwu Johna Kennedy'ego. 

Jack po części przekonany, że faktycznie śmierć Kennedy'ego miała same fatalne skutki w historii USA, a po części oczarowany tym fragmentem Ameryki lat pięćdziesiątych, której doświadczył podczas pierwszego przejścia, zgadza się podjąć wypełnienia tej niezwykłej misji.

Dzieła Stephena Kinga to tej pory jakoś mnie omijały. Czytałam tylko dwa zbiory opowiadań, powieści kusiły, ale zawsze był to pisarz z szufladki odkładanych na później. W sumie nie wiem dlaczego, bo liczne pozytywne recenzje, już od dawna sprawiają, że czuję, że muszę poznać światy, które stworzył bliżej. Zresztą "Dallas' 63" zdaje się nawiązywać do różnych nurtów jego powieściopisarstwa, a z całości wyłania się naprawdę wszechstronny pisarz. 

"Dallas '63" to powieść obyczajowa z przepięknym wątkiem miłosnym, z trzymającym w napięciu wątkiem sensacyjnym. A dodatkowo nie brakuje tu typowego chyba dla Kinga portretu społeczności, jako siedliska bliżej niezidentyfikowanego zła, które skłania ludzi do popełniania strasznych czynów. 
Ameryka lat pięćdziesiątych staje się dla Jacka Eppinga bliższa niż czasy, w których się urodził. Odnajduje radość w pracy nauczyciela, w kierowaniu młodymi umysłami, by jego uczniowie spełnili swoje marzenia, które zresztą pomaga im nieraz odkryć. Sielska mieścina, wypełniona życzliwymi twarzami, do której w końcu wraca, nieraz każe mu się zastanowić, czy czasem nie zaprzestać śledzenia kolejnych ruchów Lee Oswalda i po prostu żyć, życiem, które zaczyna mu się coraz bardziej podobać.
Niemały udział ma w tym młoda bibliotekarka, pracująca w tej samej szkole, która okazuje się być miłością życia Jacka. 

Oczywiście powieść nie jest pozbawiona wad. Chwilami jest po prostu przegadana, skupia się na zbyt wielu szczegółach, ale mimo to czyta się ją rewelacyjnie i pod koniec z coraz większą niecierpliwością czekamy na zakończenie, by wreszcie dowiedzieć się czy Jack zapobiegnie śmierci prezydenta. Naprawdę polecam. 

piątek, 16 sierpnia 2013

"POSZUKIWACZE MUSZELEK" ROSAMUNDE PILCHER

"Poszukiwacze muszelek" Rosamunde Pilcher to miała być odtrutka na rozczarowanie powieścią "Kwiat śliwy, mroczny cień", a także próba poprawy nastroju po ciężkiej, trwającej ponad tydzień lekturze "My z Jedwabnego".
Autorka kojarzy mi się z lekko staroświeckimi romansami, sagami rodzinnymi, ze spokojnie snutą opowieścią, w której można się zanurzyć i zapomnieć o otaczającym świecie.

Penelopa Keeling wraca po lekkim zawale do swojego domu, w którym mieszka sama, wypełniając swój czas pielęgnacją pięknego, dużego ogrodu. Jej trójka dzieci mieszka osobno, każde zajęte jest swoim mniej, lub bardziej udanym życiem. Przypadkowo dowiadują się, że obrazy malowane przez ojca Penelopy zyskują na wartości. Dwójka z dzieci Penelopy, Noel i Nancy chcą sprzedać to co zostało z dorobku artystycznego ich dziadka. Jedynie Oliwia chce by obrazy pozostały przy ich matce. 
Wieść o zainteresowaniu "Poszukiwaczami muszelek" skłania Penelopę do wspomnień. Kobieta przypomina sobie czasy swojej młodości, dom rodzinny w Kornwalii, wojnę, kiedy wychodzi za mąż i poznaje smak prawdziwej miłości o jakiej się nie zapomina.

Powieść Pilcher w spójny sposób łączy w sobie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, której można upatrywać w nowym pokoleniu. Autorka snuje opowieść, tak jakby można było pisać się pamiętnik, by uporządkować wspomnienia i uczucia, by zamknąć wszystkie niedokończone sprawy.
Moje dotychczasowe spotkania z tą autorką nie były bardzo udane, ale ta powieść mi się podobało, może dlatego, że nie miałam wielkich oczekiwań. 
A może dlatego, że nie jest typowy romans, a raczej dobra powieść obyczajowa o stosunkach panujących w rodzinie. O tym jak dzieci mogą się oddalić od rodziców, o tym jak wybierają swoje drogi życiowe, o tym jak z pozoru błahe decyzje wpływają na przyszłość. Przede wszystkim widzę jednak w tej książce powieść o odwadze, by podejmować nowe wyzwania, a czasem tylko by pokonywać dzień za dniem i zawalczyć o własne szczęście.

środa, 14 sierpnia 2013

"KWIAT ŚLIWY, "MROCZNY CIEŃ" LIAN HEARN

Zapowiedź wydania tej książki sprawiła, że moje serce zaczęło bić szybciej. Lian Hearn jest przecież autorką "Opowieści rodu Otori", na które to składa się pięć powieści osadzonych w realiach japońskich, ze szczyptą fantasy, których karty wypełnia walka o honor, miłość i pragnienie zemsty. Mieszanka, której nie sposób się oprzeć. Dlatego tak chętnie zamówiłam "Kwiat śliwy, mroczny cień". Co tu dużo mówić, chciałam powtórki z rozrywki. Dostałam jednak coś całkiem innego.

Główną bohaterką tej historii jest Tsuru, córka lekarza, która lepiej czuje się pomagając ojcu w codziennej pracy, niż w typowych, kobiecych obowiązkach domowych. Jej siostra już wyszła za mąż, niebawem to samo czeka Tsuru. Dziewczyna nie patrzy na to z niechęcią, bo wie, że taka jest kolej rzeczy. Rodzice postanawiają wydać ją za kogoś, kto odziedziczy gabinet jej ojca, a tym samym stanie się ich adoptowanym synem. Ich wybór spotyka się z aprobatą córki, która dzieli z mężem zainteresowania. Jednak ich małżeństwo, choć nie pozbawione chwil radości, przypomina raczej układ handlowy, w którym każda ze stron coś zyskuje. Tymczasem Japonia stoi na progu przemian, Wybucha wojna domowa, a Tsuru postanawia uczestniczyć w wydarzeniach udając mężczyznę i pracując jako lekarz.

Niewątpliwą zaletą tej powieści jest jej głębokie osadzenie w japońskiej historii i obyczajach. Kompletny laik w tej dziedzinie, jakim niewątpliwie jestem, może bardzo poszerzyć swój zakres wiedzy w przyjemny sposób. Bohaterowie stają bowiem przed tak różnorodnymi wyborami, że warunki życia w Japonii w XIX wieku, zostają nakreślone bardzo wnikliwie i co ważne z różnych punktów widzenia. Całkiem obca kultura staje się nam dużo bliższa. Być może ktoś bardziej obeznany z historią tamtego rejonu, nie odbierze opisów zasad jakimi kierowali się Japończycy, dla mnie jednak drobiazgowość autorki na tym polu, jest wielką zaletą książki.

Lian Hearn sprawnie porusza się po japońskim krajobrazie, chce też by stworzeni przez nią bohaterowie dorównali otaczającemu ich krajobrazowi. Tsuru jest więc kimś kto wyprzedza czasy, w których przyszło jej żyć. Dużo lepiej czułaby się w skórze mężczyzny, niestety matka natura kazała jej się urodzić kobietą. Dziewczyna jednak nie godzi się z ograniczeniami, które narzucają jej społeczeństwo. Chce podążać swoją ścieżką, znajduje też mężczyznę, który rozumie i popiera jej wybory. Jednak mimo to bohaterka jest tylko pozornie ciekawa. Jej rozterki wypadają interesująco w takim skrótowym opisie, ale w powieści brak jej koniecznej przy takich problemach charyzmy. Jej rozterki przyjmowałam bez wzruszenia, wielka miłość jaka staje na jej drodze, nie wzbudziła w sumie u mnie większego zainteresowania. Ot, prześlizgnęłam się po jej losach.

Trzeba tu wspomnieć o kompozycji książki. Opowieść o losach Tsuri przerywana jest krótkimi rozdziałami, które mają nam przybliżyć sylwetki przywódców walki o zmiany w Japonii. I może to skupienie się autorki na warstwie obyczajowej i historycznej sprawia, że bohaterka wydaje się tylko mało istotnym dodatkiem, a właściwie pretekstem, by w powieści zawrzeć jak najwięcej informacji, kierując ją raczej w stronę literatury faktu. 

Nie znalazłam tu niestety nic, czego bym oczekiwała po tej autorce. Brakło emocji, brakło wielostopniowej, porywającej opowieści.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

"MY Z JEDWABNEGO" ANNA BIKONT

Kiedy zimą wpadł mi w ręce kupon rabatowy do Empiku, wiedziałam od razu na co go spożytkuję. Opasły, zielony tom "My z Jedwabnego" był przecież na mojej czytelniczej liście już od jakiegoś czasu. 
Lekturę "Sąsiadów" Jana Tomasza Grossa, do której Anna Bikont w oczywisty sposób się odwołuje miałam już za sobą. Szczerze powiedziawszy nie pamiętam już wrzawy i lawiny oburzenia wobec autora, jaką wywołała publikacja "Sąsiadów", ale pamiętam te same reakcje w odpowiedzi na późniejsze "Złote żniwa" i film "Pokłosie", który niewątpliwie z historii Jedwabnego czerpie.

"My z Jedwabnego" jest zapisem konfrontacji Anny Bikont z mieszkańcami Jedwabnego, z mitami narosłymi wokół tragedii, która miała tam miejsce podczas wojny. W tym sensie nawiązuje do "Sąsiadów", bo przecież w zasadzie na tym polu zainteresowania Bikont i Grossa się pokrywają. Ale relacja autorki nie ogranicza się tylko do przeszłości, a jest równie mocno, a może nawet bardziej zakorzeniona w teraźniejszości. 
"Sąsiedzi" budzą coś, co mieszkańcy Jedwabnego uważali za dawno pogrzebane. Spalenie mieszkających tam wśród Polaków Żydów, jest czymś o czym się pamięta, ale o czym się głośno nie rozmawia. Przez lata pamięć o tym wydarzeniu obrasta w szczegóły dodane, przez ludzi chcących się usprawiedliwić. W opowiadaniach pojawiają się więc ciężarówki z Niemcami, mającymi pilnować Polaków, strzelający żołnierze i mieszkańcy, z których każdy przecież kogoś uratował z masakry. Tymczasem tych, którzy ratowali można policzyć na palcach jednej ręki i do dzisiaj boją się o tym mówić ze strachu przez sąsiadami. 

Jedwabne staje się na pewien czas środkiem Polski. Każdy czuje się w obowiązku stanąć po jednej ze stron sporu. Czy zrobili to tylko Polacy, czy może Niemcy też brali w tym udział. Ujawnienie prawdy to według niektórych efekt żydowskiego spisku, który ma na celu odebranie opuszczonych domów i majątków. Zawiązują się kolejne komitety obrony dobrego imienia Polski i mieszkańców Jedwabnego. Decyzja o przyjeździe na obchody rocznicy dzieli scenę polityczną i przedstawicieli polskiego kościoła. Dominuje chęć zaprzeczenia. I tylko nieśmiałe głosy niektórych przebijają się, by powiedzieć jak było naprawdę, za co spotyka ich ostracyzm ze strony dawnych sąsiadów.

Anna Bikont w tym czasie przeobraża się w detektywa. Nawiązuje kontakty z tymi, którzy chcą mówić, sumiennie konfrontuje zdobyte informacje, rozmawia, rozmawia i jeszcze raz rozmawia. Chce dotrzeć do każdego, kto ma coś do powiedzenia. Zaczyna od trudnej historii sąsiedztwa Żydów i Polaków na tych terenach. Dzieje antysemityzmu w Polsce to długofalowy proces, który narastał na przestrzeni dziesiątków lat, podsycany przez różne środowiska. 
Refleksje o nastrojach społeczeństwa przed i w czasie wojny, a także współcześnie prowadzą autorkę do próby zweryfikowania swojej tożsamości narodowej, bo państwo, w którym żyje odmawia jej prawa do czucia się jednocześnie Polką i Żydówką. 

"My z Jedwabnego" to opowieść o Żydach, których zamordowano, spalono, próbowano wyrzucić z pamięci, a przynajmniej zafałszować prawdę o ich śmierci. Ale to również opowieść o współczesnych mieszkańcach tego miasteczka, gdzie ludzie nadal żyją w domach, które zostawili ich zamordowani sąsiedzi. Ci ludzie nie chcą się zmierzyć z przeszłością, wolą wierzyć w łatwiejszą wersję wydarzeń. Czasem ich rozumiałam, bo jak trudno musi się być przyznać przed samym sobą, że mój ojciec był wśród morderców, że moja matka rabowała dorobek życia innych. A jednak wśród nich znajdują się i tacy, którzy ratowali, ukrywali, i tacy, którzy po latach chcą mieć pewność, gdzie byli ich rodzice w tamtym dniu. Nieważne jaka byłaby odpowiedź, byle by to była prawda. tych należy podziwiać, bo nie wiem jak zachowałabym się na ich miejscu.


piątek, 9 sierpnia 2013

STOS NA UPALNE LATO

1. Jeanne Bourin "Sekrety kobiet złotnika"

2. Lian Hearn "Kwiat śliwy, mroczny cień"

3. Yrsa Sigurdardottir "Spójrz na mnie"

4. Yrsa Sigurdardottir "Lód w żyłach"

5. Bridget Boland "Doula"

6. Julie Orringer "Niewidzialny most"


Trochę nowości, ale upały i mnie dają się we znaki. Nie mam siły nawet na czytanie, choć coś tam zawsze przy sobie noszę, bo może akurat znajdę chłodne miejsce i moment oddechu, by przeczytać choć parę zdań. Z tego stosiku zamieściłam już moją opinię o "Spójrz na mnie", a następna w kolejce będzie powieść Lian Hearn. Tymczasem zmykam po kolejną mrożoną kawę.

czwartek, 8 sierpnia 2013

"ASHFORD PARK" LAUREN WILLIG

Oj, jak ja dawno nie przeczytałam nic z wydawnictwa Amber. Kiedyś w czasach, kiedy byłam fanką książek Nory Roberts i generalnie czytałam więcej romansów, często sięgałam po książki tam wydawane, ale ostatnio z tego rodzaju literaturą mi nie po drodze raczej. Jednak "Ashford Park" zaciekawił mnie już w zapowiedziach, a reklamowanie powieści jako połączenie "Pożegnania z Afryką" z "Downton Abbey" niewątpliwie jeszcze bardziej mnie zachęciło. 

Młoda, wiecznie zapracowana prawniczka Clemmie, na przyjęciu urodzinowym swojej babci, zaciekawiona nigdy niesłyszanym imieniem, które wypowiada na jej widok staruszka, postanawia dowiedzieć się czegoś więcej na temat historii jej rodziny. Ta opowieść rozpisana jest na dwa głosy. Babka i wnuczka wprowadzają nas w dzieje dwóch kobiet połączonych więzami rodzinnymi i przyjaźnią. Addie po śmierci rodziców, trafia do zamożnego domu swoich krewnych. Choć zawsze traktowana przez wszystkich jak uboga krewna, to jednak znajduje bratnią duszę w osobie spontanicznej i wesołej kuzynki. Ich stosunki ulegają jednak rozluźnieniu, kiedy Addie zakochuje się w mężczyźnie, który w końcu poślubia jej kuzynkę.

Mam czasami wrażenie, że pewne książki powinny być dłuższe. Historia, którą opowiada Lauren Willig jest bowiem bardzo interesująca. Intrygujące jest połączenie środowiska arystokratycznej Anglii z jej normami, rytuałami sezonów debiutanckich, a potem przeniesienie akcji do gorącej, dusznej Afryki, gdzie bohaterowie mierzą się z życiem, w które się wplątali na własne życzenie, a które daleko odbiega od tego, co sobie wymarzyli. I ten wątek zderzenia oczekiwań młodości z dorosłością jest motywem przewodnim losów Addie i jej wnuczki Clemmie.
Zaletą książki jest jej rozmach, bijące z niej uczucia, bohaterowie, których łatwo polubić i się z nimi identyfikować. Tym bardziej jednak przeszkadza sposób w jaki ta powieść jest napisana, bo całość sprawia wrażenie biegu, podczas którego zatrzymujemy się tylko na wybranych stacjach, pomijając mijane po drodze krajobrazy.
Mimo to lektura "Ashford Park" sprawiła mi wielką przyjemność. Idealna książka na panujące ostatnio upały.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...