poniedziałek, 1 lipca 2013

"PO MIŁOŚĆ DO MESA VERDE" TAMERA ALEXANDER

Kupiłam tę książkę chyba nie całkiem świadomie. Z reguły nie kupuję romansów, bo dla mnie to w większości lektura jednorazowa, a i ten typ literatury już jakiś czas nie należy do moich ulubionych. Ale od czasu do czasu lubię sobie poczytać o perypetiach miłosnych młodych i pięknych.

Główną bohaterką "Po miłość do Mesa Verde" jest Elizabeth Westbrook, kobieta trzydziestodwuletnia, co w końcu XIX wieku oznaczało, że pierwszą młodość ma już za sobą. Elizabeth jest córką szanowanego generała, dowódcy wojsk Północy w wojnie secesyjnej. Obecny kongresman chciałby widzieć córkę szczęśliwą i ustatkowaną, ale kobieta ma całkiem inny plan na życie. Pomimo rozwijającej się choroby płuc, której ataki pozbawiają ją oddechu, wyrusza do Kolorado, by tam zrobić niezwykłe zdjęcia nietkniętej przyrody i zapewnić sobie dzięki nim pracę w gazecie. Okazję na wymarzone zdjęcie psuje Daniel Ranslett. Elizabeth nakłania mężczyznę by w drodze zadośćuczynienia doprowadził ją do Mesa Verde, wykutego w skale miejsca pobytu Indian.

Powieść reklamowana jest jako romans w klimacie serialu "Doktor Quinn". Nawiązanie w części trafne, bo obie bohaterki łączy raczej nietypowe jak na czasy, w których przyszło im żyć, podejście do roli kobiety. Obie chcą i realizują się w swoich zawodach, podejmują trudne wyzwania, zaczynają życie w całkowicie im dotąd obcych warunkach i otoczeniu. Od tej strony powieść jest naprawdę wciągająca. Z zainteresowaniem czytałam o pracy Elizabeth, o technikach fotografii, o jej staraniach, by uzyskać etat pełnowartościowej dziennikarki. Podobało mi się to, że wydaje się kobietą niezależną, zdolną ukształtować swoją przyszłość według swoich pragnień, a nie obrazu typowego dla epoki. Lubię takie postacie i tu książka całkowicie trafiła w mój gust.
Jednak zapowiedzi wydawnicze, przynajmniej w księgarniach internetowych, bo już na obwolucie powieści, można o tym przeczytać, pomijają fakt, że Tamera Alexander jest autorką, która wplata w swoje dzieła treści chrześcijańskie. Do tej pory spotkałam się z takim zabiegiem w powieściach Francine Rivers i generalnie wydaje mi się, że to nie jest podejście, które mi odpowiada.

"Po miłość do Mesa Verde" było do pewnego momentu całkiem sympatycznym romansem. Nie obyło się bez schematyzmu, bo Elizabeth, jak to kobieta w takich powieściach, wylądowała oczywiście w roli damy w opałach, z których może ją uratować tylko dzielny mężczyzna, ale wątki poboczne ratowały całkiem sprawnie całość. Mamy tutaj bowiem poruszone i kwestie zasadności wojny między Północą i Południem, bo Ranslett uczestniczył w niej po stronie Południa, a pomocnik Elizabeth jest byłym niewolnikiem. Mamy też interesująco opisany obraz życia na nowych terytoriach USA, gdzie wszystko trzeba zdobywać trudem własnych rąk, ale wiele wynagradza piękno tych ziem. Widać w tej powieści chęć, by oddać dramat kraju podzielonego między dwa wrogie obozy, tragedię wojny domowej. Opisy traumy ludzi, którzy to przeżyli uważam za jedne z najlepszych momentów tej książki. Wszystko to razem sprawiało, że z zadowoleniem odwracałam kolejne strony, gratulując sobie trafnej czytelniczej intuicji. 
Jak się niestety okazało za wcześnie, bo pod koniec odniosłam wrażenie, że autorka przypomniała sobie, że pisze powieść z przesłaniem, a na dodatek, że czytelnik jest na tyle nierozgarnięty, że ową myśl przewodnią trzeba mu wyłożyć w formie kazania. 
Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko przedstawianiu w powieściach określonego światopoglądu, ale wolałabym, żeby było to zawarte w sposób nieco bardziej subtelne. Końcowe nagromadzenie natchnionych przemyśleń bohaterów było dla mnie bardzo drażniące. Jakby mi ktoś łopatą wbijał do głowy określone poglądy. Przyjemność z lektury była dla mnie bezpowrotnie stracona.

Nie wiem, czy wydawnictwo Replika planuje wydać inne powieści Tamery Alexander, ale ja tej znajomości kontynuować nie zamierzam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...