poniedziałek, 29 lipca 2013

"SPÓJRZ NA MNIE" YRSA SIGUARDARDOTTIR

Thora Gudmundsdottir otrzymuje bardzo nietypowe zlecenie. Pedofil skazany za molestowanie nieletnich, chce by prawniczka zbadała, czy osadzony w tym samym ośrodku resocjalizacyjnym, cierpiący na zespół Downa Jakub jest winien podpalenia placówki rehabilitacyjnej, w której wcześniej przebywał. 
Chociaż osoba zleceniodawcy napawa Thorę obrzydzeniem, kobieta podejmuje się sprawy. Zaczyna badać okoliczności w jakich spłonął budynek, gdzie mieściła się placówka, rozmawia z byłymi pracownikami i rodzinami ofiar. Jej śledztwo obnaża nieprawidłowości w funkcjonowaniu tego miejsca. Okazuje się, że podpalenie mogło być tylko zasłoną, by ukryć inne przestępstwa.

"Spójrz na mnie" zaczyna się od bardzo sugestywnego opisu miejsca i ludzi, których nawiedza duch młodej dziewczyny. Potem jest jeszcze lepiej. Autorka wybiera na swoich bohaterów osoby o wyrazistych charakterach, zarówno po jednej jak i po drugiej stronie dochodzenia. Kilka pozornie niezależnych wątków zazębia się coraz bardziej im bliżej do bardzo efektownego finału, który wszystko wyjaśnia. 
Czytaniu tej książki towarzyszy nieustające poczucie napięcia. Ciągle byłam czymś zaskakiwana, cały czas stawiano przede mną kolejne pytania. Rozwiązywanie ich było prawdziwą przyjemnością. 

Dodatkowo, co lubię nie tylko w kryminałach, akcja powieści nie tkwi w zawieszeniu wobec otaczającego bohaterów świata. Konkretna rzeczywistość wpływa na życie postaci, ich codzienność komplikują zmagania z kryzysem, który pozbawia kolejnych ludzi zebranego majątku, sprawiając, że nikt nie może się już czuć bezpiecznie. Przyszłość jest ciągłą niewiadomą. Ta myśl ciągle kołacze się w podświadomości niepewnych jutra bohaterów. 

Yrsa Siguardardttoir podejmuje bardzo trudną tematykę osób niepełnosprawnych zarówno ruchowo, jak i intelektualnie. I robi to z wielką uwagą. Państwo zmusza rodziców, żeby oddawali swoje dzieci, by było im lepiej, by zajął się nimi wykwalifikowany personel, by robili postępy w drodze do normalności. Ale czy rzeczywiście gwarantuje im to właściwą opiekę? Czy w działaniach systemu nie gubi się człowiek, któremu przede wszystkim potrzeba bliskości rodziców? I czy naprawdę wiemy, co dzieje się w tych ośrodkach?

Zdecydowanie znalazłam autorkę, po której powieści będę sięgać częściej.

czwartek, 25 lipca 2013

"DZIEWCZYNY ATOMOWE" DENISE KIERNAN

Oak Ridge w stanie Tennessee miasto, które powstało na terenach zabranych okolicznym farmerom. Miasto, które oficjalnie nie istniało. Żadne z jego mieszkańców nie wiedziało o nim wszystkiego. Wśród mieszkańców sąsiednich miast krążył przez lata dowcip o tym, że za ogrodzenie ciągle coś wjeżdża, ale nigdy nic nie wyjeżdża. Ale były to lata II wojny światowej i zadawanie zbyt dużej ilości pytań nie było wskazane. Oak Ridge pozostało więc miejscem bardzo tajemniczym, gdzie każdy zajmował się tym, co do niego należało. 

Wśród mieszkanek miasta znalazło się kilka kobiet, których losy autorka opisuje bardziej szczegółowo. Celia, Toni, Jane, Kattie, Helen, Veronica. Należały do różnych warstw społecznych, były mniej lub bardziej wykształcone. Zajmowały się sprzątaniem, pracą biurową, pomiarami, a także pielęgniarstwem. Kiedy trafiły do Oak Ridge zaskoczyły je spartańskie warunki, ale wszystkie pociągały bardzo dobre zarobki. Nie bez znaczenia była też chęć przeżycia przygody, oderwania się od dobrze znanych miejsc, gdzie się urodziły i dorastały. A przede wszystkim obiecano im, że ich praca przyczyni się do zakończenia wojny, a prawie każda z nich miała brata, który gdzieś daleko walczył za swój kraj.

Denise Kiernan skupia się na dwóch aspektach życia w Oak Ridge. Opisuje naukową stronę działalności jaką prowadzono w ośrodkach na terenie miasta, o której wiadomo było naprawdę niewielu osobom. Na to wpływ miało wielu naukowców, którzy niekoniecznie mieszkali na terenie ośrodka, ale z idei i myśli, którymi dzielili się ze swoimi kolegami i szerokim naukowym światem bardzo szybko wyciągano wnioski.
Z drugiej strony autorka przedstawia Oak Ridge jako zwykłe miasto. Bo choć na każdym kroku przestrzegano zasady tajności, to jednak młode dziewczyny i młodzi mężczyźni, którym przyszło tam zamieszkać pragnęli chociaż odrobiny normalności. nie wolno im było rozmawiać o tym, czym się zajmują, ale znajomości były zawierane, odbywały się potańcówki, każdy chciał sobie stworzyć tam chociaż namiastkę domu. Działało kino, odbywały się mecze koszykówki, młode dziewczyny dbały, by być modnie ubrane, a nie było to łatwe w tonącym w błocie mieście, gdzie zamiast chodników, były drewniane kładki. Ciągły nadzór strażników nie przeszkadzał jednak w spotkaniach towarzyskich, działał szpital i tak jaka wszędzie indziej dyskryminowani byli czarnoskórzy. Miasto pełne paradoksów. 

Kiedy bomba atomowa spadła najpierw na Hiroszimę, a potem na Nagasaki sekret wyszedł na jaw. Stało się jasne do czego przyczyniły się bohaterki książki i wiele nie opisanych bliżej osób. Została stworzona straszna broń, której dzisiaj użycia nikt sobie nawet nie wyobraża. Czy przyczyniła się do wygrania II wojny światowej na froncie azjatyckim, czy tylko przyspieszyła nieuniknione? Czy kobiety, które pracowały w ośrodkach badawczych są bohaterkami, czy tylko wykonywały zwykłą pracę, która mogła być przydzielona komuś całkiem innemu? Czy zostały umiejętnie zmanipulowane, kiedy powiedziano im, że to co robią ma decydujący wpływ na losy ich ojczyzny? Czy zdecydowały by się dalej pracować, gdyby powiedziano im, do czego dążą ich przełożeni? O tym musicie już sami przeczytać w tej książce.

Ja osobiście bardzo polecam, bo przede wszystkim przybliża czas i wydarzenia, które znajdują się poza szerokim kręgiem zainteresowań, nawet jeśli chodzi o II wojnę światową. Zwykle bardziej pamiętamy o tym, co zdarzyło się w naszym rejonie, skupiamy się na tym co nam bardziej bliskie. Myślę, że warto dowiedzieć się czegoś więcej o historii powstania broni nuklearnej.


Za przekazanie książki dziękuję Wydawnictwu Otwarte.

poniedziałek, 22 lipca 2013

"CZARNA ŚWIECA" CATHERINE COOKSON

Zastanawiałam się, jak opisać fabułę tej książki, żeby nie zdradzić za wiele. 
Bridget zarządza dwiema fabrykami, które odziedziczyła po ojcu. Ma prawdziwy talent do interesów, osobiście pilnuje każdego szczegółu, cieszy się szacunkiem ze strony swoich pracowników, choć ludzie z jej warstwy uważają, że jej sposób życia jest co najmniej dziwny. Co innego jej piękna kuzynka Victoria. Umie się ubrać, a jej głównym zajęciem jest troska o wygląd. Victorią interesuje się Lionel, licząc, że ta swoim posagiem podreperuje rodzinny majątek. Nie wie, że dziewczyna jest całkowicie zależna od kuzynki, a sama nie ma grosza. Bridget chce, żeby kuzynka była szczęśliwa i oferuje Lionelowi pieniądze, żeby małżeństwo doszło do skutku. 
Nieoczekiwanie dla samej siebie Bridget zakochuje się w bracie Lionela, zdolnym rzeźbiarzu Douglasie. Tym samym losy dwóch rodzin splatają się nierozerwalnie.

Z jednej strony rozwiązania fabularne w tej powieści przywodzą na myśl telenowelę. Nieudane małżeństwa, sekrety, które wychodzą na jaw po latach. Wzloty i upadki dwóch rodzin na przestrzeni lat Prawdziwa saga rodzinna z bohaterami, wśród których musi się znaleźć miejsce dla tych szlachetnych i tych pozbawionych serca. Ale czyta się to naprawdę dobrze. Ani się nie obejrzałam, byłam w połowie powieści i nie mogłam się doczekać, żeby się dowiedzieć jak dalej potoczą się losy dwóch rodzin. Dobrze napisane czytadło, świetnie sprawdzi się na urlopie, czy w czasie podróży. Trochę wątków miłosnych, dużo nieporozumień, zadawnione żale i nienawiść, czyli wszystko to, co potrafi przykuć czytelnika na dłużej.
Jak na mój gust trochę za dużo dramatycznych wydarzeń, znaczących zbiegów okoliczności i tym podobnych zabiegów, ale faktem jest, że czytanie tej książki sprawiło mi naprawdę dużo przyjemności.


Brak mi ostatnio czasu. Zastanawiałam się nawet nad zawieszeniem bloga, ale boję się, że mogę już do tego pisania nie wrócić. Dlatego recenzje będą się ukazywać nadal, ale dużo rzadziej i w formie tylko krótkiej notki. Jesienią mam nadzieję wrócić w lepszej dyspozycji. :)

poniedziałek, 15 lipca 2013

BEZ STOSU ANI RUSZ. :)

1. "Ruth" Elizabeth Gaskell - bez wątpienia, mogę powiedzieć, że to jedna z moich ulubionych pisarek. Opisywałam już na blogu moje wrażenia z lektury trzech wcześniej wydanych w Polsce książek tej autorki. Długo przyszło nam czekać na coś, co powinno być dostępne na naszym rynku od dawna, ale dobrze że się wreszcie udało. Tym razem o wydanie "Ruth" pokusiło się wydawnictwo MG, więc powieść kusi dodatkowo piękną, ciekawą, twardą okładką. Cieszę się już na myśl, że w zapowiedziach tego wydawnictwa mówi się o biografii jednej z sióstr Bronte tej autorki. 





2. "Ashford Park" Lauren Willig - oparta na jednym z moich ulubionych motywów połączenia wątku współczesnego z przeszłością. Mimo, że coraz częściej boję się sięgać po takie zestawienia, bo przecież ileż można czytać powieści czerpiących z tego samego schematu, tym razem dałam się skusić. A zawiniła głównie promocja w Empiku. :) Myślę jednak, że impuls był słuszny, a to za sprawą pewnej  recenzji na zagranicznym blogu, którego autorka bardzo pozytywnie wypowiada się na temat tej książki. W oczekiwaniu na nową Kate Morton, będzie w sam raz.
A jeśli mowa o Kate Morton, to czy Wy też nie możecie się doczekać jej nowej powieści? Reakcje w internecie były nieraz różne, ale ja mimo to czekam z wielką niecierpliwością.








3. "Czarna świeca" Catherine Cookson - kiedy byłam chora zimą, obejrzałam kilka filmowych adaptacji książek tej autorki. Nie da się ukryć, że były nieco schematyczne, że niektóre motywy się powtarzały, ale kilka bohaterek zapadło mi w pamięć i postanowiłam sprawdzić, czy powieści przypadną mi do gustu. Na allegro jest dostępnych kilka wydanych w Polsce pozycji Catherine Cookson. Padło na "Czarną świeę", ale mam zamiar jeszcze zapolować na "The wingless bird".





4. "Księżycowy kamień" Wilkie Collins - chętnie sięgam po literaturę angielską, więc kwestią czasu było
kiedy zainteresuję się tym autorem. Przyjaciel Dickensa i może przede wszystkim jego porzuconej żony, bohater powieści "Drood" Dana Simmonsa, która też chyba kiedyś trafi w moje ręce. Na mojej półce jest już "Kobieta w bieli". Pozostaje tylko zdecydować, od której z tych powieści zacząć znajomość z panem Collinsem. Moje wydanie pochodzi z allegro, ale niedawno ukazało się wznowienie tej książki.





 5. "Dziewczyny atomowe" Denise Kiernan - II wojna światowa, USA, bomba atomowa. Czas, który mnie bardzo interesuje, ale tym razem w innym aspekcie, bo zwykle sięgam jednak po książki, które skupiają się na naszym rejonie. Myślę jednak, że będzie to bardzo interesująca lektura. Wypatrzyłam ją już w zapowiedziach, a tymczasem otrzymałam propozycję jej zrecenzowania od Wydawnictwa Otwarte. Dziękuję bardzo. :)

6. ""Po miłość do Mesa Verde" Tamera Alexander - o tej książce już pisałam, wiec tylko "odsyłam" do opinii .


środa, 10 lipca 2013

"NARZECZONA OFICERA" CHARLES TODD

Seria Znaku "Zaczytaj się" ma bardzo kuszące ceny, a książka w korzystnej cenie to pokusa prawie nie do odparcia. "Narzeczona oficera" trafiła do mnie przy okazji ostatniego zamówienia, w ostatniej prawie chwili wrzucona do wirtualnego koszyka. 

Tematyka wydawała mi się bardzo interesująca, miałam wrażenie, że pod romansową otoczką kryje się coś więcej. Bo fabuła rzeczywiście kręci się wokół miłości, który komplikuje I wojna światowa. Lady Elspeth jest szkocką damą, osieroconą przez ojca. Przebywając u przyjaciółki we Francji w przededniu wybuchu wojny, przyjmuje oświadczyny jej brata, mężczyzny którym jest zauroczona od szkolnych czasów. Alain wyrusza na front, a dziewczyna czuje, że jej miejsce w tych tragicznych czasach jest jednak w domu, w Szkocji. Jednak w czasie podróży widzi ogrom nieszczęścia wojny, rannych żołnierzy, którym próbuje pomóc. Postanawia zostać pielęgniarką i w ten sposób uczestniczyć w wydarzeniach. Jej myśli zajmuje coraz bardziej spotkany w drodze dawny przyjaciel Peter Gillchrist. Elspeth zaczyna się zastanawiać czy decyzja o zaręczynach była właściwa.

Objętościowo jest to bardzo krótka opowieść i to jest jej zasadnicza wada, bo autorzy*, prześlizgują się
zaledwie zaznaczając tylko bardzo interesujące elementy. W arystokratycznym pochodzeniu głównej bohaterki i płynącym z tego źródła komplikacjom wyczuwalny jest klimat jak z serialu "Downton Abbey". Dodatkowo dylematy miłosne Elspeth, wbrew moim początkowym obawom, nie trącą tanim romansem, może dlatego, że dziewczynę w równym stopniu jak życie uczuciowe pochłania szkolenie pielęgniarskie, w którym to zawodzie czuje się bardzo dobrze i wynikająca z tego świadomość, że chce ona mieć wpływ na swoje życie i przyszłość jaka ją czeka. Nieźle zarysowane podłoże psychologiczne postaci sprawiają, że powieść jest wiarygodna w warstwie fabularnej.
Jednak coś co w rękach innego pisarza mogło być porywającą opowieścią z rozbudowanym tłem obyczajowo - wojennym, tutaj jest tylko zarysem opowieści, wzbogaconym całkiem nie na miejscu w takiej formie powieści epizodem kryminalnym. 

Czyta się "Narzeczoną oficera" lekko i przyjemnie, ale po lekturze pozostaje żal niewykorzystanej szansy na coś więcej.

* Powieść napisana jest przez Charles'a i Caroline Todd, syn i matka stanowią pisarski zespół.


poniedziałek, 8 lipca 2013

"TAM PIASKI ŚPIEWAJĄ" JOSEPHINE TEY

Trudno mi ostatnio znaleźć czas na pisanie na blogu. Powinnam zamieścić notkę ze stosem na lipiec, ale książki powkładałam na półki, zanim pomyślałam o zrobieniu zdjęcia. Przeglądając moje oceny na BiblioNetce zorientowałam się, jak mało przeczytałam w czerwcu. Bardzo mało, wziąwszy nawet pod uwagę powtórki. Pozostaje mieć nadzieję, że będzie lepiej...

Kiedy jeszcze nie przeglądałam Waszych blogów, informacje o ciekawych książkach docierały do mnie przez dyskusje na forach wspomnianej wyżej BiblioNetki. Do tej pory wątek podsumowujący przeczytane w danym miesiącu lektury należy do moich ulubionych. Jest to źródło nieustającej inspiracji w wyborze lektur do zdobycia. Kiedyś zwróciłam uwagę, że często w przeróżnych zestawieniach powtarza się nazwisko Josphine Tey i jej powieść "Córka czasu", a niedługo potem zdobyłam ten i inny kryminał tej autorki w drodze wymiany. W ostatnim tygodniu przeczytałam właśnie ten drugi kryminał czyli "Tam piaski śpiewają".

Alan Grant wybiera się na urlop. Jest wyczerpany pracą w policji, miewa lęki przed przebywaniem w zamkniętych pomieszczeniach. Żeby odpocząć jedzie odwiedzić zaprzyjaźnione małżeństwo, by w spokojnej atmosferze szczęśliwego domu zapomnieć o pracy. Po trudnej nocy w sypialnym kabinie pociągu dowiaduje się, że w innym przedziale znaleziono martwego mężczyznę, Przez nieuwagę Alan podnosi z podłogi tego przedziału gazetę należącą do nieboszczyka. Policja szybko kwalifikuje sprawę, jako nieszczęśliwy wypadek, ale Grant po przeczytaniu dziwnego wiersza zapisanego na jednej ze stron czasopisma, nie może się pozbyć wrażenia, że w śmierci młodego człowieka nie było nic naturalnego. 

Jeśli miałabym porównać "Tam piaski śpiewają" to czegoś już znanego, to powieść ta kojarzyła mi się z książkami Marthy Grimes o Jury'm i Plancie. Łączy je klimat kryminału retro, w którym morderstwo jest starym dobrym zabójstwem z motywem, śledztwem i sprawcą, bez epatowania okrucieństwem, brutalnym miejscem zbrodni, bez sieci spisków w tle. A może przede wszystkim z inspektorem, zmęczonym, ale jednak oddanym swojej pracy, który ją szczerze lubi i generalnie żyć bez niej nie może. Taki jest właśnie Alan Grant. Brakuje mu co prawda galopującej depresji, czy postępującej marskości wątroby, a swoich lęków nasz detektyw nie zagłusza morzem alkoholu, ale wierzcie mi, można go polubić od pierwszego przeczytanego o nim zdania.

Dodatkowym atutem była dla mnie atmosfera małych miasteczek, gdzie toczy się akcja powieści, wraz z ich mieszkańcami, nieraz oczywiście obdarzonymi przeróżnymi dziwactwami. Jeśli dołączymy do tego postać uroczego, rezolutnego dziecka, nieraz trafnie komentującego rzeczywistość wokół siebie i szkocką hrabinę, która prawie zawojowała serce głównego bohatera, podobieństwo do Grimes jest tym bardziej widoczne.

"Tam paski śpiewają" to jak już wspomniałam kryminał w takim starym stylu. Postać charyzmatycznego detektywa, tło powieści, świetnie skonstruowana zagadka, wszystkie te elementy równoważą się i uzupełniają wzajemnie tworząc razem naprawdę dobrą książkę.

środa, 3 lipca 2013

"WODY GŁĘBOKIE JAK NIEBO" ANNA BRZEZIŃSKA

W ramach powrotu do fantasy, przyszła też pora na "Wody głębokie jak niebo" Anny Brzezińskiej. Ten zbiór opowiadań ukazał się w czasach, kiedy z niecierpliwością wyglądałam zakończenia historii zbója Twardokęska. Kiedy więc na półce w Empiku zobaczyłam książkę z nazwiskiem Anny Brzezińskiej na okładce, najpierw była szalona radość, że wreszcie poznam jak skończy się opowieść o Krainach Wewnętrznego Morza. Potem było rozczarowanie, bo "Wody głębokie jak niebo" w żaden sposób nie nawiązywały do ukochanego przeze mnie świata. Ale ciekawość zwyciężyła i po nową książkę Brzezińskiej sięgałam praktycznie bez wahania.

"Wody głębokie jak niebo" to zbiór tzw. opowiadań włoskich, bo konstrukcja przedstawionego w nich świata oparta jest w części na realiach renesansowych Włoch. Miasta Półwyspu rządzone są przez błękitnookich magów, potrafiących naginać demony do własnych zamysłów. Posłuszne ich pragnieniom kształtują piękną i kunsztowną architekturę miast. Jednak mimo, że naginają się do woli swoich władców, to nieustannie pragną wolności i, o ile Mag nie zaklnie ich swoją krwią, tą wolność odzyskują po jego śmierci. Opowiadania zawarte w tym zbiorze, to nieraz oddalone o setki lat znaczące epizody z historii Półwyspu. Wydarzenia sprzed lat odżywają w następnych utworach jako mity, na wpół zapomniane legendy, które ludzie ukształtowali na nowo, wydobywając z nich to, co przydatne po latach, nieraz zniekształcając prawie nie do poznania pierwotną opowieść. 
Półwysep opisany jest w czasach rozkwitu magii, a także jej upadku. Kolejni władcy są coraz słabsi, ich twory coraz mniej wyrafinowane, ale żądza władzy nadal popycha ich by próbować odczytać zaklęcia sprzed lat, by szukać źródeł mocy we własnych synach. 
Anna Brzezińska przedstawia świat tak okrutny jak piękny. W tych miastach nic nie jest dane na zawsze i nawet miłość zdaje się tylko ułudą. 
W tych opowiadaniach autorka wraca do koncepcji miłości jako uczucia, na jakie bohaterowie są skazani, a które jest im dane tylko chwilowo, jak moment odpoczynku, ale i przekleństwo, z którym ciągle walczą. Dotyczy to szczególnie kobiet, które władając często nieświadomie demonami, stają się dla Magów obiektem najwyższego uczucia, ale i ciągłego zagrożenia. 

"Wody głębokie jak niebo" zachwycają pięknem języka i koncepcji całego świata, w którym pobrzmiewa chyba charakterystyczna dla Anny Brzezińskiej atmosfera końca pewnej epoki, która może przetrwać tylko w podaniach, na zawsze jednak zmieniona i dopasowana do nowych realiów. 
Ech, przeczytałabym coś nowego w tym stylu, bo pióra Brzezińskiej nigdy za wiele. 

poniedziałek, 1 lipca 2013

"PO MIŁOŚĆ DO MESA VERDE" TAMERA ALEXANDER

Kupiłam tę książkę chyba nie całkiem świadomie. Z reguły nie kupuję romansów, bo dla mnie to w większości lektura jednorazowa, a i ten typ literatury już jakiś czas nie należy do moich ulubionych. Ale od czasu do czasu lubię sobie poczytać o perypetiach miłosnych młodych i pięknych.

Główną bohaterką "Po miłość do Mesa Verde" jest Elizabeth Westbrook, kobieta trzydziestodwuletnia, co w końcu XIX wieku oznaczało, że pierwszą młodość ma już za sobą. Elizabeth jest córką szanowanego generała, dowódcy wojsk Północy w wojnie secesyjnej. Obecny kongresman chciałby widzieć córkę szczęśliwą i ustatkowaną, ale kobieta ma całkiem inny plan na życie. Pomimo rozwijającej się choroby płuc, której ataki pozbawiają ją oddechu, wyrusza do Kolorado, by tam zrobić niezwykłe zdjęcia nietkniętej przyrody i zapewnić sobie dzięki nim pracę w gazecie. Okazję na wymarzone zdjęcie psuje Daniel Ranslett. Elizabeth nakłania mężczyznę by w drodze zadośćuczynienia doprowadził ją do Mesa Verde, wykutego w skale miejsca pobytu Indian.

Powieść reklamowana jest jako romans w klimacie serialu "Doktor Quinn". Nawiązanie w części trafne, bo obie bohaterki łączy raczej nietypowe jak na czasy, w których przyszło im żyć, podejście do roli kobiety. Obie chcą i realizują się w swoich zawodach, podejmują trudne wyzwania, zaczynają życie w całkowicie im dotąd obcych warunkach i otoczeniu. Od tej strony powieść jest naprawdę wciągająca. Z zainteresowaniem czytałam o pracy Elizabeth, o technikach fotografii, o jej staraniach, by uzyskać etat pełnowartościowej dziennikarki. Podobało mi się to, że wydaje się kobietą niezależną, zdolną ukształtować swoją przyszłość według swoich pragnień, a nie obrazu typowego dla epoki. Lubię takie postacie i tu książka całkowicie trafiła w mój gust.
Jednak zapowiedzi wydawnicze, przynajmniej w księgarniach internetowych, bo już na obwolucie powieści, można o tym przeczytać, pomijają fakt, że Tamera Alexander jest autorką, która wplata w swoje dzieła treści chrześcijańskie. Do tej pory spotkałam się z takim zabiegiem w powieściach Francine Rivers i generalnie wydaje mi się, że to nie jest podejście, które mi odpowiada.

"Po miłość do Mesa Verde" było do pewnego momentu całkiem sympatycznym romansem. Nie obyło się bez schematyzmu, bo Elizabeth, jak to kobieta w takich powieściach, wylądowała oczywiście w roli damy w opałach, z których może ją uratować tylko dzielny mężczyzna, ale wątki poboczne ratowały całkiem sprawnie całość. Mamy tutaj bowiem poruszone i kwestie zasadności wojny między Północą i Południem, bo Ranslett uczestniczył w niej po stronie Południa, a pomocnik Elizabeth jest byłym niewolnikiem. Mamy też interesująco opisany obraz życia na nowych terytoriach USA, gdzie wszystko trzeba zdobywać trudem własnych rąk, ale wiele wynagradza piękno tych ziem. Widać w tej powieści chęć, by oddać dramat kraju podzielonego między dwa wrogie obozy, tragedię wojny domowej. Opisy traumy ludzi, którzy to przeżyli uważam za jedne z najlepszych momentów tej książki. Wszystko to razem sprawiało, że z zadowoleniem odwracałam kolejne strony, gratulując sobie trafnej czytelniczej intuicji. 
Jak się niestety okazało za wcześnie, bo pod koniec odniosłam wrażenie, że autorka przypomniała sobie, że pisze powieść z przesłaniem, a na dodatek, że czytelnik jest na tyle nierozgarnięty, że ową myśl przewodnią trzeba mu wyłożyć w formie kazania. 
Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko przedstawianiu w powieściach określonego światopoglądu, ale wolałabym, żeby było to zawarte w sposób nieco bardziej subtelne. Końcowe nagromadzenie natchnionych przemyśleń bohaterów było dla mnie bardzo drażniące. Jakby mi ktoś łopatą wbijał do głowy określone poglądy. Przyjemność z lektury była dla mnie bezpowrotnie stracona.

Nie wiem, czy wydawnictwo Replika planuje wydać inne powieści Tamery Alexander, ale ja tej znajomości kontynuować nie zamierzam.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...