środa, 26 czerwca 2013

"W KLESZCZACH LĘKU" HENRY JAMES

Choć Henry James jest jednym z najbardziej znanych amerykańskich pisarzy, jego twórczość poznawałam do tej pory tylko z adaptacji filmowych. Książki pozostawały do tej pory w sferze planów, ale promocja w Empiku na pozycje z wydawnictwa Prószyński i S-ka, sprawiła, że na mojej półce wylądowała powieść "W kleszczach lęku". Do końca nie wiem dlaczego akurat ten tytuł zamówiłam, choć na pewno pewien wpływ miało pokrewieństwo z powieścią gotycką, do której miałam słabość i fakt, że akurat żadnej adaptacji filmowej "W kleszczach lęku" nie widziałam.

Początek powieści przychodzi na myśl powstanie "Frankensteina" Mary Shelly. Grupa przyjaciół podczas kilku wieczorów wysłuchuje opowiadanych kolejno przez zgromadzone osoby niezwykłych opowieści. Na końcu głos zabiera Douglas, który przedstawia spisaną przez jego znajomą relację z wydarzeń, których ta była świadkiem. Młoda, nieśmiała kobieta otrzymuje posadę, będącą dla niej spełnieniem marzeń. Ma się zająć dwójką osieroconych przez rodziców dzieci, dziewczynką i chłopcem, będącym pod opieką wuja, który jednak nie chce mieć bezpośredniego wpływu na ich wychowanie. Zajęcie bardzo odpowiedzialne, ale kobieta z radością podejmuje się je wykonać. Początkowo życie w Bly przypomina sielankę. Guwernantka znajduje przyjaciółkę w gospodyni zajmującej się domostwem, a dzieci, urocze i posłuszne, wydaje się, że pokochały opiekunkę od pierwszego wejrzenia. Wkrótce jednak  atmosfera w domu zmienia się. Kobieta zaczyna widzieć dziwne zjawy. Pani Goose stwierdza, że może to być poprzednia guwernantka i służący wuja sierot. Problem w tym, że osoby te już dawno nie żyją. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej gdy nasza bohaterka zaczyna podejrzewać, że zjawy łączy dziwny związek z będącymi pod jej opieką dziećmi. 

"W kleszczach lęku" to monolog głównej bohaterki. Taka forma powieści sprawia, że mamy głębszy wgląd w psychikę głównej postaci. Poznajemy jej lęki i obawy. I sami zaczynamy się zastanawiać, czy to co czytamy jest rzeczywiście zapisem niezwykłych wydarzeń, czy odzwierciedleniem postępującego szaleństwa kobiety. Atmosfera nierealności podkreślona jest przez typową dla powieści gotyckiej scenerią. Stojący na odosobnieniu wielki dom, praktycznie pusty, wyposażony w obowiązkowe wieże i nastrojowe biblioteki. Dodatkową przyjemność dają odwołania do literatury, z którą skojarzenia są nader trafne. Guwernantka, prawie niezamieszkałe domostwo, dzieci i tajemniczy wuj. "Dziwne losy Jane Eyre" przywołuje sama bohaterka, kiedy zastanawia się, czy tajemnicza zjawa nie jest ukrytym przed światem krewnym. Jednak "W kleszczach lęku" ucieka od takich rozwiązań literackich, idąc bardziej w kierunku próby zdefiniowania zła, jakie rodzi się w na pozór niewinnym człowieku. 

Świetna powieść, napisana mimo tematyki w bardzo charakterystycznym i nie najłatwiejszym stylu, znakomicie oddaje zmiany jakie zachodzą w bezimiennej bohaterce, która samotnie musi się zmierzyć z czymś, czego nie potrafi wyjaśnić. Wymaga ciągłej uwagi, bo ważne informacje mogą łatwo umknąć, kiedy skupimy się na długich, wielokrotnie złożonych zdaniach. Na koniec jednak można oczekiwać poczucia satysfakcji płynącej ze świadomości, że przeczytało się coś, co przeczytać warto.

Dodatkowe brawa dla wydawnictwa za świetne wydanie. Tym bardziej się cieszę, że nie jest to jedyna wydana przez Prószyńskiego powieść tego autora.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

"PIEŚŃ DLA ARBONNE" GUY GAVRIEL KAY

Zdarza mi się wracać do książek, które już kiedyś czytałam. Nieraz są to powroty ryzykowne, bo czasem drugiej lekturze towarzyszy poczucie rozczarowania, kiedy nie odnaleźć w niej tego, co kiedyś mnie zachwyciło. Ale nieraz powieść, którą kiedyś potraktowałam nad wyraz chłodno po latach, może nie zachwyca, ale staje się bardzo przyjemnym dziełem. Dlatego mimo wszystko czytam książki po kilka razy.

Ponieważ nadal nie zdecydowałam się na żadną nowość z fantasy, postanowiłam znowu sięgnąć po Kay'a. Tym razem wybór padł na "Pieśń dla Arbonne", powieść kupioną na fali fascynacji autorem, która kilka lat temu przyniosła mi lekkie rozczarowanie. Czytałam ją po prawie pięciu latach, ciekawa, czy moje odczucia się zmienią.

Arboone to kraj rządzony przez kobiety, gdzie płeć ta otaczana jest szacunkiem i prawdziwą czcią. Ideałem opiewanym w pieśniach trubadurów jest niespełniona miłość do damy, pani serca mężczyzny. Kiedy jednak takie uczucie zaistniało naprawdę pomiędzy najsławniejszym trubadurem Arbonne, będącym jednocześnie księciem Bertranem de Talar, a piękną Alais żoną Utre de Miravala, cała historia kończy się dramatem. Kobieta umiera, a mężczyźni stają się wrogami. Lata później Arbonne i jego mieszkańcy muszą podjąć niebezpieczną grę z sąsiednią krainą, którego istnienie podporządkowane jest kultowi boga wojowników Corannosa, a kobiety są tylko łatwym do zdobycia trofeum, które jeszcze łatwiej odrzucić. Starcie tych dwóch społeczności jest zderzeniem różnych podejść do rzeczywistości i postrzegania świata.
Kiedy w Arbonne pojawia się, ścigany przez własne demony najemnik z północy Blaise, staje się jasne, że los nieprzypadkowo skierował go do państwa rządzonego przez kobiety, a jego pochodzenie może się okazać sprawą kluczową w nadchodzącej rozgrywce wielkich tego świata.

Guy Gavriel Kay jak zwykle obdarza swoich bohaterów zdolnością dostrzegania ukrytych znaczeń, ścieżek wiodących do decyzji, które zmieniają wszystko. Jego postacie intensywnie żyją, kochają, przyjaźń i nienawiść trwa aż po grób. Kiedy się o tym czyta w recenzji, można odnieść wrażenie, że powieść jest przepełniona trudnym do strawienia patosem, tymczasem w rzeczywistości jest całkiem inaczej. Aura wzniosłości, która otacza bohaterów i ich działania nie denerwuje, ani nie drażni. Może dlatego, że w sposobie w jaki autor kształtuje obraz opisywanych krain, widać dążenie do dbałości o szczegóły i inspiracje, które można odnaleźć w historii Europy.
W czasie pisania pracy magisterskiej jeden z rozdziałów poświęciłam właśnie średniowiecznej kulturze trubadurów i potem czytając "Pieśń dla Arbonne", z radością odnajdywałam te ideały, przedstawione jak rzeczywiste zasady traktowane jak prawo, którego trzeba przestrzegać. 

Kay tworzy swoje światy sięgając do tego co już było, aktywnie to przetwarzając, dostosowując. Nie wiem do końca na czym polega urok jego książek, ale mnie pociąga w nich atmosfera czystej magii płynącej z przekonania, że miłość i honor to wartości, o które warto walczyć. Lubię tą aurę niezwykłości, która otacza jego bohaterów. Postacie Kay'a są w oczywisty sposób czysto książkowe, nierealne, a jednocześnie bardzo bliskie i łatwe do polubienia, a nawet pokochania. 

I tak sobie myślę teraz, próbując sobie przypomnieć, co kiedyś mi się nie podobało w tej książce? Chyba tylko to, że poprzeczka była zawieszona trochę zbyt wysoko, za sprawą przeczytanych wcześniej "Tigany" i "Lwów Al-Rassanu", o których kiedyś też chyba napiszę. Oczekiwałam arcydzieła, a dostałam bardzo przyzwoitą powieść. Ot, takie rozczarowanie....

piątek, 21 czerwca 2013

"PODEJRZENIA PANA WHICHERA: MORDERSTWO W DOMU NA ROAD HILL" KATE SUMMERSCALE

"Podejrzenia pana Whichera" to książka dokumentalna osnuta wokół śledztwa toczącego się w sprawie morderstwa na Road Hill. W, na pierwszy rzut oka, typowym wiktoriańskim domu zostaje popełniona okropna zbrodnia. Mały chłopiec zostaje zabrany w nocy ze swojego łóżeczka i zamordowany. Jego zwłoki zostają znalezione po krótkich poszukiwaniach w wychodku. To zdarzenie elektryzuje całe wiktoriańskie społeczeństwo. 
Na pomoc lokalnej policji zostaje wezwany inspektor Whicher - detektyw ma rozwikłać skomplikowane węzły rodzinnych zależności i stosunków, bo bardzo szybko staje się jasne, że za morderstwo odpowiedzialny jest ktoś z domowników.

I tak na miejscu zbrodni, w trakcie bardzo trudnego dochodzenia ścierają się różne spojrzenia na moralność jaka rządzi angielskim domostwem. Ważnemu sprawdzianowi zostaje poddany również zawód detektywa. Jak zauważa autorka, by odnaleźć sprawcę detektyw musi pogwałcić niepisane prawo gwarantujące człowiekowi prywatność w obrębie jego własnego domu. Tymczasem Whicher zagłębia się w relacje panujące między członkami rodziny, na którą składają się dzieci Samuela Kenta z poprzedniego małżeństwa, jego druga żona, która wcześniej pełniła funkcję  ich guwernantki, a także potomstwo z drugiego związku. Kto w tym gronie był zdolny do podcięcia gardła zaledwie czteroletniemu, rezolutnemu chłopcu?

Jonathan Wchiher dał się poznać swoim przełożonym jako człowiek ambitny i zdeterminowany. Zaczynał jako zwykły policjant, ale szybko awansował. Sprawa morderstwa na Road Hill była punktem przełomowym w jego życiu. Miał już za sobą kilka rozwiązanych w błyskotliwy sposób spraw, które dawały świadectwo bystrości jego umysłu, zdolności do dedukcji. Wchiher wnikliwie bada miejsce zbrodni mimo, że większość śladów została już zatarta, przesłuchuje domowników, stawia pierwsze hipotezy, wreszcie konstruuje swoją wersję wydarzeń. Wszystko to pod bacznym okiem policji, która wcale nie zamierza chętnie współpracować. Wyniki jego pracy są ciągle poddawane pod dyskusję nie tylko w najbliższym otoczeniu, ale i w całym kraju. Wydarzenia na Road Hill budzą gorączkę detektywistyczną. Postać detektywa fascynuje. Z jednej strony jest tym, który znajduje mordercę, z drugiej kojarzy się z podglądaczem, z czymś nieczystym. Na policję napływają listy od obywateli przekonanych, że potrafią rozwiązać zagadkę morderstwa, nierzadko potępiają Jonathana Whichera za metody, które obiera.

Śledztwo zderza się z całkowicie zrozumiałą potrzebą chronienia własnej prywatności. Jeszcze nigdy wcześniej na widok publiczny nie były wystawiane intymne relacje i stosunki jakie panują w angielskim domu. Whicher łamie to tabu w imię prawdy, ale sprowadza na siebie potępienie ze strony praktycznie każdego środowiska.

"Podejrzenia pana Wchihera" to nie tylko relacja ze śledztwa, które wstrząsnęło Anglią, i jak wskazuje autorka zapoczątkowało nurt powieści detektywistycznej, ale może przede wszystkim przedstawienie realiów epoki i niepisanych praw jakie nią rządziły. Podwójna moralność, którą miałam okazję zaobserwować w trakcie czytania "Sekretnej kochanki Dickensa" Claire Tomalin, tu  pojawia się znowu w pełnym rozkwicie. Lektura tej książki będzie też pożytecznym źródłem informacji dla każdego, to chce dowiedzieć się więcej o początkach zawodu detektywa, który zawojował wyobraźnię pisarzy i czytelników na stałe wpisując się w dzieje popkultury, stając się nośnym tematem książek i filmów.

piątek, 14 czerwca 2013

MUZYCZNIE

Z muzyką mam tak, że jak mi coś wpadnie w ucho, to słucham do znudzenia. A potem bardzo długo nie wracam, bo znalazłam coś nowego, co mi się podoba. Ostatnio jest to:




I dalej idąc tym tropem:





I jeszcze to:







środa, 12 czerwca 2013

"ZAKRYJCIE JEJ TWARZ" P.D. JAMES

W przerwach pomiędzy jednym a drugim tomem Wiedźmina wzięłam sobie do czytania kryminał. 
P.D. James przyciągnęła moją uwagę kiedy napisała "Death comes to Pemberley", wariację na temat  kontynuacji "Dumy i uprzedzenia" Jane Austen w konwencji kryminału. Przyznacie, że to dosyć intrygujące połączenie. Czekam i na polskie wydanie książki i na zapowiadany przez BBC serial na podstawie tej książki. Dodatkowo inną powieść tej autorki polecała na swoim blogu Sasza Hady. 

Trafiłam w bibliotece na "Zakryjcie jej twarz", pierwszą książkę z cyklu, którego bohaterem jest inspektor Adam Dalgielsh powracający jeszcze w kolejnych trzynastu powieściach P.D. James. Materiału do poznania pisarki nazywanej na okładkach "nową Agathą Christie" jest wiele. Pytanie tylko czy po tej pierwszej styczności będę miała ochotę sięgać po kolejne tomy z serii. 

W spokojnym wiejskim domostwie podczas tradycyjnego, corocznego jarmarku ginie młoda służąca Sally Jupp. Jeszcze przed śmiercią jej osoba budziła duże zainteresowanie. Samotna matka, która nie chce wyjawić kto jest ojcem jej dziecka, po pobycie w domu, którego zadaniem jest przygarnianie i pomaganie takim osobom znajduje pracę u pani Maxie. O dziwo jednak jej serca nie przepełnia wdzięczność wobec pracodawczyni. Często wymykają jej się drwiące spojrzenia, pozbawione nawet odrobiny pokory. Czy na jej śmierć miała wpływ propozycja małżeństwa jaką otrzymała poprzedniego wieczora od syna pani Maxie? Może matka i siostra młodego doktora nie mogły się pogodzić z takim mezaliansem, a może morderczynią była kobieta, z którą Stephen Maxie spotykał się wcześniej. Czy może zabójcą jest jeszcze inny mieszkaniec spokojnej do tej pory wsi? Adam Dalgielsh będzie musiał rozwiązać tą zagadkę.

"Zakryjcie jej twarz" zostało wydane na początku lat 60-tych i czuje się w niej pewną klasyczność kryminału. Grono podejrzanych zamknięte w ograniczonym kręgu, pozornie spokojne otoczenie, które jednak przy bliższym spotkaniu okazuje się pełne drobnych tajemnic, wzajemnych animozji i namiętności. Powoli odkrywane sekrety są zwykle dużym plusem takich historii. Podobnie jest w powieści P.D. James. Atmosfera skandalu i niedomówień, która otacza Sally Jupp intryguje, ale i budzi niepokój. Wiadomo przecież, że takie osoby ściągają kłopoty.

O ile intryga powieści ma w sobie dużo uroku, kolejne tajemnice odkrywane są w odpowiednich momentach i tylko zaostrzają nasz apetyt w oczekiwaniu na moment kulminacyjny, to bardzo trudno przekonać się do postaci, którymi wypełniła autorka karty swojej powieści. Właściwie nikogo z nich nie można polubić od pierwszego wejrzenia. Do końca można się zastanawiać nad motywami, które nimi kierują. Tajemnicza do samego końca pozostaje również Sally, dzięki czemu powieść zyskuje szczyptę pikanterii, bo tak naprawdę nie wiadomo, czy była niewinną, słodką osóbką, czy podłą intrygantką. Oczywiście takie zawieszenie bohaterów może być czymś pozytywnym, co trzyma nas w napięciu co do ostatniej strony, jednak w moim odczuciu P.D. James posunęła się tutaj za daleko i jej bohaterowie nie mają tej iskry, która pozwala pomyśleć, że lubi się ich niezależnie od tego czy wśród nich kryje się morderca czy nie. Może na moich odczuciach zważyło i to, że w gruncie rzeczy autorka podchodzi do swoich postaci w sposób bardzo chłodny, wyważony, w zasadzie pozbawiając ich nawet odrobiny tak potrzebnej nieraz w kryminale szczypty humoru, która często pojawia się własnie u Agathy Christie. Ta zasada dotyczy również inspektora Dalgilsha. Do końca pozostaje on osobą wymykającą się klasyfikacji, jedyne co wiemy wraz z zamknięciem książki, to to, że go nie znamy. Ale może zmienia się to w kolejnych powieściach z cyklu.

"Zakryjcie jej twarz" niewątpliwie intryguje klasycznym podejściem do kryminału, bo czasem tęsknię właśnie za takim solidnym przykładem tego gatunku, który skupia się na psychologicznych niuansach, a nie stara się zauroczyć czytelnika efektowną zbrodnią, najlepiej z seryjnym mordercą i genialnym, acz wycofanym detektywem w rolach głównych. Dlatego pomimo tych kilku zastrzeżeń dam P.D. James kolejną szansę tym bardziej, że jej powieści zostały u nas wydane w formie kieszonkowej, więc ich cena jest nader przystępna.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

STOS NA CZERWIEC

Znowu tylko kilka książek, co cieszy, bo zaczynam nadrabiać dużo zaległości z regałów. W czerwcu dotrze jeszcze kilka zakupów, ale te dopiero pokażę w przyszłym miesiącu.

1. Peter Carey "Chemia łez"
2. Maggie O'Farrell "Zniknięcie Esme Lennox"
3. Charles Todd "Narzeczona oficera"
4. John Berrendt "Północ w ogrodzie dobra i zła"

sobota, 8 czerwca 2013

ANDRZEJ SAPKOWSKI I WIEDŹMIN

Co mnie ostatnio wciągnęło? Powtórki same. Na tapecie Wiedźmin, Ciri, Yennefer i cała reszta. Kiedy kilka lat temu kończyłam pisanie pracy magisterskiej, gdzie między innymi nawiązywałam do powieści Andrzeja Sapkowskiego, myślałam, że bardzo długo nie zajrzę do Sagi. I faktycznie długo nie wracałam. Spojrzałam na półkę i normalnie mnie odrzucało. Już się bałam, że tak mi zostanie na zawsze, ale szczęśliwie po jakichś 2-3 latach okazało się, że czytanie tych siedmiu tomów sprawia mi nadal wariacką przyjemność. Teraz czytam ponownie, to znaczy już któryś tam raz z kolei i nadal jest świetnie.

Od Sapkowskiego właśnie zaczęłam swoją przygodę z fantasy. Wcześniej czytałam "Władcę Pierścieni" i choć Tolkien jest dla mnie mistrzem, to jednak dla mnie jest to pisarz, którego osiągnięcia się uznaje, rozumie fascynację innych, wręcz jej zazdrości, ale niestety jej nie podziela. Nie pytajcie mnie dlaczego, bo nie wiem tego, po prostu tak jest. A "Wiedźmina" poznałam w czasach licealnych, kiedy wydawało mi się, że nigdy nie polubię gatunku, który jak to stwierdził mój kolega, czyta się świetnie i w żadnym razie nie należy się zrażać okładkami. Ja długi czas się zrażałam. Ale nagle wszyscy w klasie zaczęli czytać Sapkowskiego. Szczęśliwa koleżanka dostała wszystkie części pod choinkę. Pożyczyła jedną, a później ustawiła się kolejka.
Za pierwszym razem czytałam zachłannie, pochłonięta właściwie tylko jednym wątkiem Wiedźmina i Yennefer i generalnie przeoczyła masę rzeczy. Potem odkryłam, że swoje egzemplarze ma też moja biblioteka. Szał już trochę ucichł, można było je spokojnie wypożyczyć wszystkie i wtedy przeczytałam Sagę ponownie. I wtedy zakochałam się na dobre. 

Na "Wiedźmina" wydałam pierwsze samodzielnie zarobione pieniądze na studiach. Nabyłam od razu cały komplet plus pierwszy tom trylogii husyckiej. Do dzisiaj pamiętam jak szybko szłam do kasy w empiku, żeby się tylko po drodze nie rozmyślić, bo przecież prawie 300 złotych w studenckim budżecie to niemały wyłom, ale nigdy kupna nie żałowała. Moje egzemplarze były czytane przez współlokatorki z akademika, dużo w nich podkreśleń i notatek z czasów pisania pracy magisterskiej, ale takie właśnie je lubię. Kiedy kilka lat temu dwa pierwsze tomy zgubiła osoba, której je pożyczyłam, odkupione nowe wydania w ich miejsce nie mają już tego uroku.

Nie będę tu pisać za co lubię "Wiedźmina", bo choć dostrzegam wady, a przy końcówce mam ochotę rzucić książką o ścianę, to jednak zalety przeważają. A do końcówki na razie daleko. Czekam na pojawienie się Regisa. :)

piątek, 7 czerwca 2013

"OSTATNIE PROMIENIE SŁOŃCA" GUY GAVRIEL KAY

Ostatnio tęskniłam za fantasy. Na półce nie mam wiele nieprzeczytanych pozycji z tego gatunku, na powtórkę szkoda mi było czasu. Przeglądam blogi i księgarnie internetowe w poszukiwaniu czegoś nowego, ale już dawno nie poświęcałam dużo czasu przeglądaniu nowości z fantasy i generalnie absolutnie się nie orientuję, co warto przeczytać, a co nie. Mam kilka książek na oku, zobaczymy co z tego wyjdzie.

A w międzyczasie postanowiłam sięgnąć po "Ostatnie promienie słońca", która to powieść stała na regale od dłuższego już czasu. Guy Gavriel Kay  zdobył moje czytelnicze zaufanie "Tiganą", a potem było raz lepiej, raz gorzej, ale ogólny bilans mojej przygody z jego twórczością jest bardzo zadowalający. Zdecydowanie polecam "Lwy Al-Rassanu", "Fionavarski gobelin", troszkę mniej podobała mi się "Pieśń dla Arabonne".

"Ostatnie promienie słońca" czerpie inspiracje z powieści historycznej, bo odwołuje się do realiów znanych nam z dziejów świata. Choć bohaterami książki są Erlingowie, Anglcyni i Cyngaelowie, to łatwo w nich odnaleźć rzeczywiste wzorce, jakimi byli Wikingowie, Anglosasi i Walijczycy. Guy Gavriel Kay sięga do czasów, kiedy świat realny mieszał się z tym znanym z podań i legend. Podboje, walki o terytorium i władzę idą równym torem z przemianami duchowymi. Nowa wiara wypiera dawne wierzenia, ale okazuje się, że te nadal mają realny wpływ na wydarzenia.

Początkowo wydaje się, że głównym bohaterem opowieści będzie Bern Thorkellson, syn wygnańca, skazany na życie jako sługa, w trochę spontanicznym akcie sprzeciwu wobec przyszłości jaka go czeka, kradnie konia zmarłego wodza i ucieka do najemników z Jormsviku, by w rezultacie dołączyć do wyprawy na Anglcynów. Jednak zgodnie ze swoim zwyczajem Kay nie poprzestaje na jednej głównej postaci. Właściwie każdej postaci, jaka pojawia się w tej powieści  zostaje oddany w pewnym momencie głos. Poznajemy więc księcia Aluna ab Owyna, który po śmierci brata zyskuje więź ze światem Elfenów, w których można szukać nawiązań do elfów. Ważną postacią jest też Aeldred walczący z najazdem Jarmsviku, budujący nowoczesne królestwo, oparte na sojuszniczych małżeństwach. Wszyscy ci bohaterowie spotykają się by odkryć, że ucieczka od dziedzictwa podań nie jest do końca możliwa, a budowanie nowego świata, zarówno w aspekcie jednostki, jak i całych narodów jest procesem długotrwałym i wymagającym wielu poświęceń.

Guy Gavriel Kay zawsze ujmował mnie swoją umiejętnością do tworzenia postaci, które potrafią skraść serce i historii, które rozgrywają się na pograniczu brutalnej i bezwzględnej rzeczywistości i świata duchowego, magicznego, zawsze mającego wpływ na rozwój opisywanych wydarzeń. Atutem jego powieści jest język, znakomicie oddający wprowadzający w na wpół realny klimat tych powieści. Jego światy są nam znajome, bo tworzone z historycznych realiów, ale to co my znamy jako wytwór wyobraźni, w powieściach Kay'a jest czymś istniejącym, z czym trzeba się liczyć.
"Ostanie promienie słońca" ukazują jednak powolne umieranie świata duchów. Ciągle żywy i obecny, ale jednak wypierany ze świadomości ludzi przez nową religię. Elfy już nie mogą latać, są pozbawione skrzydeł, ze smutkiem, ale i zazdrością przyglądają się krótkiemu życiu ludzi, wypełnionemu namiętnościami, miłością, nienawiścią. Zawieszone na granicy niebytu są zależne od wiary w ich istnienie. Ta idea zapożyczona z "Mgieł Avalonu", gdzie siła świata dawnych wierzeń jest powiązana z siłą wiary, ukazana jest w powieści Kay'a jako ciągła walka świadomości człowieka, który widzi, to czego zdaniem przedstawicieli nowej religii widzieć nie powinien.

W "Ostatnich promieniach słońca" Kay skupia się na decyzjach jednostek, które okazują się początkiem ciągu zdarzeń. Królewskie czyny, bohaterskie walki maja takie same znaczenie jak to, co przydarza się zwykłym, prostym ludziom. Na losy narodu może mieć wpływ i młynarz, i chłopska dziewczyna zamordowana przez najeźdźcę w okrutny sposób. 

I wszystko byłoby bardzo fajnie, bo pomysł świetny, ale wykonanie zawiodło mimo wszystko. Nie wiem, czy jednak miałam chęć na coś innego, czy Kay zaczął mnie nudzić, ale jednak im dalej, tym było gorzej. Podoba mi się całe założenie powieści, ale całość sprawia wrażenie skleconej na szybko kombinacji czegoś, co gdzieś już się wcześniej pojawiło. I nie chodzi tylko o zrobienie z elfów Elfenów, bo akurat takie zagrania lubię. Chodzi raczej o to, że powieść się ciągnie, prawdziwych wydarzeń i akcji w niej mało, a bohaterowie ciągle filozofują. O tym jakie ciężkie mieli życie, i że przeszłość ich ciągle kształtuje. Są świadomi brzemiennych w skutki decyzji, już w chwili ich podjęcia, a wzajemne animozje, czy wręcz przeciwnie wybuchają w pierwszych minutach znajomości, przy czym ich siła zdolna jest powalić prawie wszystko wokół. Znając inne powieści Kay można przewidzieć rozwój wydarzeń niewiele się myląc po drodze. No, naprawdę nie o to mi chodziło, kiedy chciałam powrotu do czegoś co znam i lubię. 

Zdecydowanie słabszy twór Kay'a i aż się boję powtórki innych jego książek, bo co będzie jak się okaże, że ja jednak z nich wyrosłam?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...