środa, 29 maja 2013

"KOBIETA BEZ TWARZY" ANNA FRYCZKOWSKA

Hanna Cudny ma za sobą trudne przejścia. Jej mąż niedawno popełnił samobójstwo skacząc z okna ich mieszkania. Kobieta została z dwójką dzieci i depresją, która coraz bardziej zaczyna się panoszyć w jej psychice. Pobyt w czterech ścianach, które do tej pory dawały złudne, jak się okazuje poczucie bezpieczeństwa, zaczyna być nie do wytrzymania. Dzieci pozbawione jednego z rodziców, wkraczające w okres dojrzewania, zamykają się w sobie. Hanna dochodzi do wniosku, że dla nich nie może spędzić reszty życia pod kocem, odcięta od rzeczywistości. Rozwiązaniem wydaje się całkowita zmiana otoczenia.
Znajoma oferuje jej pracę w małej miejscowości, wsi właściwie, gdzie jako dziecko spędzała sielskie wakacje. W jej pamięci zapisały się ciepłe, pogodne dni wypełnione bieganiem z wiejskimi dzieciakami. 
Hanka sprowadza się więc do drewnianego domu, którego połowa zostaje jej wynajęta na jakiś czas. Jej sąsiadką jest gospodarna, sympatyczna na pierwszy rzut oka Materkowa. 

Po pewnym czasie okazuje się, że powrót do przeszłości raczej nie jest możliwy. Dzieci Hanki nie podzielają jej entuzjazmu z dzieciństwa, syn wydaje się coraz bardziej zbuntowany, a i córka najchętniej spędza czas w samotności. Codzienne życie komplikuje się jeszcze bardziej kiedy córka Hanki znajduje w leśnym stawie martwą kobietę, a sama Hanka przypadkowo wplątuje się w romans z kolegą z pracy. 

Miałam bardzo ciężko wciągnąć się w tą książkę. Może dlatego, że oczekiwałam typowego kryminału, a otrzymałam raczej hybrydę powieści psychologicznej, obyczajowej i kryminalnej, przy czym ten ostatni aspekt jest chyba najmniej ważny w końcowym rozrachunku, bo służy jako pretekst by ukazać jak pod pozornym spokojem polskiej wsi, buzują emocje i bardzo niskie instynkty. 
Powieść podzielona jest pomiędzy dwie narratorki, które uzupełniają wzajemnie swoje relacje. Hanka i Miśka, jaj nad wiek rozwinięta córka, każda na swój sposób komentuje otaczającą je rzeczywistość. Podczas gdy dorosła kobieta szuka w twarzach sąsiadów dzieci, z którymi kiedyś się bawiła, Miśka skupia się bardziej na teraźniejszości i czasem widzi dokładniej co kryje się za uporządkowanymi domostwami.
"Kobieta bez twarzy" od pierwszej strony podszyta jest atmosferą niepokoju, który sączy się z każdego zdania. Kolejne postacie wydają się mieć coś na sumieniu, komuś wyrywają się ostrzeżenia, które przypominają bardziej zawoalowaną groźbę, a we wsi znikają bez wyjaśnienia rodzice jednego z uczniów Hanki.
Jeśli dodamy do tego złe sny syna Hanki i to, że ona sama co noc budzi się o 1.47 i nie może potem zasnąć, a druga połówka domu zdaje się skrywać sekrety, których strzegą zarówno sąsiedzi jak i właściciel, może się wydawać, że autorka wrzuciła do tego barszczu za dużo grzybków. A jednak takie wrażenie ani na chwilę nie zagościło w mojej głowie.
Podobał mi się pełen specyficznej grozy klimat powieści, gdzie nie wiadomo do kogo się zwrócić z prośbą o pomoc, bo każdy w końcu okazuje się w coś zamieszany, a kolejne rewelacje są coraz bardziej odrażające. 

Odradzam wszystkim, którzy nie mają ochoty na coś cięższego, wymagającego zaangażowania, odporności na depresyjne klimaty. Ale jeśli potrzebujecie czegoś przykuwającego do ostatniej strony, gdzie każde zdanie trzeba przeczytać z jednakową uwagą. Jeśli potrzebujecie powieści, która odsłania kolejne warstwy intrygi, by wszystko wyjaśnić na ostatniej stronie, gorąco polecam.

poniedziałek, 27 maja 2013

"ZACISZE 13" OLGA RUDNICKA

Trafiłam w bibliotece na kolejną książkę Olgi Rudnickiej i ściągałam ją z półki tak szybko, jakby ktoś mi ją miał wyrwać. Stanowczo to jedna z moich ulubionych ostatnio pisarek i myślę, że ta tendencja się utrzyma. Czytałam "Zacisze 13"  w dzień, kiedy nie miałam ochoty na wielkie dramaty, mroczne kryminały, czy historyczne rozważania. Chciałam czegoś przy czym będę się mogła uśmiechnąć. 

Marta i Aneta, dwie zwykłe nauczycielki, przyjaciółki. Jedna bardzo towarzyska, druga trochę wycofana. Pewnego dnia Marta natyka się w ogrodzie swojego domu na trupa. Spanikowana ukrywa go w piwnicy. Następnego dnia, pomieszkująca u niej Aneta, przypadkowo zabija mężczyznę włamującego się do mieszkania i też chowa go w piwnicy. Dziewczyny mają więc "na stanie" dwa trupy, których obecności nie zamierzają absolutnie nikomu ujawniać. A ukrycie delikwentów staje się coraz trudniejsze. Przy Marcie i Anecie kręcą się nowi adoratorzy, posesję zaczynają obserwować dziwni ludzie, a Martę zaczyna również nachodzić były mąż.

Troszkę to wszystko wydaje się poplątane, ale w trakcie czytania poszczególne elementy ładnie wskakują na swoje miejsca. Autorka sprawnie żongluje zarówno humorem słownym jak i sytuacyjnym, i parę razy musiałam się powstrzymywać od głośnego śmiechu. Całość przypomina klimatem najlepsze książki Chmielewskiej. Nie razi nawet wątek romansowy, czy trochę bardziej dynamiczna, sensacyjna w klimacie końcówka. 

Książka w sam raz na odpoczynek. 

środa, 22 maja 2013

"OCALONE Z TITANICA" KATE ALCOTT

Tess jest młodą kobietą, która chce się wyrwać ze swojego otoczenia. A trzeba przyznać, że jej życiu daleko do sielanki. Pracuje jako służąca u skąpej kobiety, która nie płaci jaj za dodatkową pracę, jaką wykonuje szyjąc jej wymyślne suknie. Na dodatek ciągle musi się mieć na baczności przed synem pracodawczyni, który chętnie by wykorzystał ładną dziewczynę. Pewnego dnia mówi dość i nie namyślając się długo wypowiada posadę, po czym udaje się do portu, by znaleźć zajęcie na statku, który ma płynąć do Ameryki. Niestety na miejscu okazuje się, że wszystkie miejsca na Titanicu są już zajęte. Do dziewczyny uśmiecha się jednak szczęście, kiedy przypadkiem podsłuchuje rozmowę dobrze ubranej kobiety, skarżącej się, że jej pokojówka nie może z nią podróżować. Tess postanawia wykorzystać sytuację i przekonuje lady Lucy Duff-Gordon, że jest odpowiednią osobą na to stanowisko.

Piękny, nowoczesny, luksusowy statek od początku fascynuje Tess, która postanawia, że kiedyś przeskoczy do wyższej sfery, że kiedyś przestanie być służącą. Ma jej w tym pomóc lady Duff-Gordon, sławna projektantka obiecuje, że w Ameryce Tess znajdzie zajęcie w jej pracowni. Sam rejs jest dla dziewczyny kolejną okazją by doświadczyć, z jak innym podejściem można traktować ludzi, których dzieli majątek i zajmowana pozycja społeczna. Bogaci pasażerowie przechadzają się po pokładach, chodzą na eleganckie kolacje, biedni podróżują stłoczeni w niewielkich kabinach. Na statku Tess poznaje dwóch mężczyzn, którzy będą mieli wpływ na jej przyszłość. Jednym jest trochę tajemniczy milioner, drugi to prosty marynarz.
Kiedy pewnej nocy dziewczynę budzi pojedynczy wstrząs, rozsądek podpowiada, że to nic poważnego, nie sprecyzowane poczucie zagrożenia każe jej się ubrać i wyjść z kabiny. I choć załoga informuje, że statek jest bezpieczny, to jednak ludzie zaczynają się tłoczyć na pokładzie. Niedługo potem okazuje się, że Titanic tonie, a szalupy ratunkowe zostają opuszczone na wodę w pośpiechu, większość prawie pusta. Łódź lady Duff-Gordon zabiera tylko 10 osób na swój pokład.

Myślicie, że opowiedziałam Wam całą książkę? Nic podobnego. Sam opis katastrofy i panującego potem
zamętu zajmuje tylko niewielką część książki. Tak naprawdę jest to powieść o życiu po zatonięciu Titanica. Najpierw trzeba się zmierzyć z szokiem towarzyszącym takiemu zdarzeniu, potem trzeba sobie poradzić w łodzi, gdzie marynarze nie umieją wiosłować. Kiedy ocalałych z Titanica zabiera na swój pokład Carphatia, Tess widzi ogrom nieszczęścia ludzkiego. Rozdzielone małżeństwa, matki wypatrujące w każdej kolejnej łodzi swoich dzieci. Lucy Duff-Gordon wchodzi na pokład praktycznie bez szwanku i od razu zarządza wspólne zdjęcia pasażerów jej, praktycznie pustej łodzi. Na statku zaczynają krążyć powtarzane cichym głosem pogłoski, że w jej szalupie działy się rzeczy niestosowne w obliczu takiej tragedii, a w Waszyngtonie ambitny polityk już szykuje komisję, która ma wyjaśnić przyczyny zatonięcia statku, który miał być niezatapialny.

Powieść Kate Alcott ma właściwie trzy bohaterki. Niewątpliwie na pierwszym planie jest Tess, ale obok niej  śledzimy losy dziennikarki, która relacjonuje posiedzenia komisji i życie lady Duff-Gordon po katastrofie Titanica. Posiedzenia komisji ujawniają kolejne, coraz bardziej szokujące zaniedbania bezpieczeństwa na pokładzie statku. Niedoświadczona załoga, chęć zysku, która zaślepiła właścicieli i projektujących Titanica, wszystko to w rezultacie przyniosło tragiczne skutki. Alcott analizuje życie po tym wydarzeniu, które jednych doprowadziło do towarzyskiego upadku, innym pozwoliło się wybić. Szalupa Lucy nie zawróciła po tonących, choć ich krzyki można były przerażające, jej mąż posunął się do zaproponowania łapówki, by tylko marynarze pozostali głusi na wołania o pomoc. Tess jest rozdarta pomiędzy niechęcią dla takiej postawy, ale z drugiej strony lady Duff-Gordon dotrzymuje obietnicy i daje jej wymarzoną pracę przy przygotowywaniu swojej nowej kolekcji. Dziewczyna przestaje być służącą, przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo jej pracodawczyni żąda absolutnego poparcia dla wszystkich swoich działań, a te stają się coraz bardziej desperackie w miarę jak śmietanka towarzyska zaczyna się odwracać od kobiety, której zachowanie po zatonięciu Titanica było bardzo dyskusyjne. Na drugiej szali autorka stawia dziennikarkę piszącą o Lucy. Skupiające się na kontrowersjach artykuły stają się trampoliną dla chcącej większego uznania dziewczyny. "Ocalone z Titanica" w gruncie rzeczy nikogo chyba nie osądzają pochopnie, bo choć Kate Alcott w prawie dokumentalny sposób opisuje zeznania pasażerów i załogi przed komisją, to jednak nie brak w jej powieści pewnej dozy wątpliwości, która pozwala zadać pytanie, czy naprawdę postawa Lucy i jej męża była tak zasługująca na potępienie. Przecież nie oni jedni nie zawrócili po tonących. Może zgubiła ich dopiero późniejsza brawura i nastawienie prasy?

I tylko jedno zastrzeżenie mam do całej powieści. Perypetie Tess i jej dwóch adoratorów są niesamowicie oklepane, nudne i całkowicie niepotrzebne. Na dodatek, ja bym wybrała chyba jednak całkiem inaczej. :)

poniedziałek, 20 maja 2013

"ŚWIATŁO MIĘDZY OCEANAMI" M.L. STEDMAN

Wyjątkowo pracowity czas nie sprzyja pisaniu, choć na czytanie i okazyjne obejrzenie jakiegoś filmu, czy wyjście do kina mam jeszcze czas. Cały tydzień jestem pozbawiona internetu, więc kiedy dorwę się do komputera w piątek wieczorem ciężko mi wszystko ogarnąć, tym bardziej że i w domu też jest wiele do zrobienia. 
Swoje wrażenia z lektur opisuję hurtem, zaglądam na Wasze blogi, ale z komentowaniem jest już gorzej. Na Wasze komentarze też niestety odpisuję z opóźnieniem, ale tak już musi być. Byle do jesieni, wtedy czasu dla siebie będzie trochę więcej. 

Po raz pierwszy od bardzo dawna udało mi się w krótkim terminie przeczytać książki prezentowane w ostatnim stosiku. Z jednej strony bardzo się cieszę, z drugiej wiem, że to kwestia przypadku w dużej mierze. Nie miałam czasu na pójście do biblioteki i zaczęłam kopać we własnych zasobach. 

"Światło między oceanami" zwróciło moją uwagę już w zapowiedziach, zamówienie zostało złożone, ale trochę sobie na nie poczekałam, bo razem z inną powieścią, której termin wydania przypadał prawie miesiąc później. W międzyczasie ukazały się recenzje tej książki na blogach, które bardzo cenię. Jedne lepsze, inne trochę gorsze, ale wszystkie utwierdziły mnie w przekonaniu, że "Światło między oceanami" warto przeczytać.

Akcja powieści zaczyna się tuż po I wojnie światowej. Tom jest weteranem wojennym, który po tym czego był świadkiem, teraz pragnie tylko spokoju. Decyduje się na podjęcie pracy latarnika. Sam na małych wysepkach, gdzie życie biegnie w rytm wypełniania kolejnych obowiązków. Początkowo zastępuje innych latarników, którzy są akurat na urlopach, ale po pewnym czasie trafia ja stała na wyspę Janus Rock. Podczas krótkiego pobytu na stałym lądzie poznaje Isabel. Dziewczyna jest urocza, młoda i nie odstrasza jej ani samotność przypisana do zawodu Toma, ani jego skrytość. Początkowo ich wspólne życie przypomina bajkę. Jednak Isabel do całkowitego szczęścia brakuje dziecka. Dwie ciąże kończą się poronieniami, jedno dziecko rodzi się za wcześnie i nie ma szans na przeżycie. Tom próbuje przekonać żonę, że jemu wystarczy tylko ona, ale kobieta jest zrozpaczona. Kiedy więc do brzegu wyspy przybija pewnego dnia łódka z martwym mężczyzną i malutką dziewczynką, Isabel przekonuje Toma, by nie zgłaszali tego incydentu, by przygarnęli dziecko, informując rodzinę, że ostatnia ciąża przebiegła bez komplikacji.

Oczywiście czytając tę historię od początku wiedziałam, że prawda wyjdzie w końcu na jaw, ale to nie jest tutaj najważniejsze. W moim odczuciu jest to opowieść o miłości do drugiego człowieka, która każe posunąć się do niewybaczalnych wręcz rzeczy. Konsekwencją zaś decyzji podjętych w imię uczucia jest wewnętrzne rozdarcie, które nie pozwala Tomowi na zaznanie spokoju. Zatrzymanie dziewczynki oznacza dla Isabel spełnienie marzeń, zaspokojenie wszystkich pragnień, w przeciwieństwie do męża ona wydaje się spokojna i wreszcie szczęśliwa. Lucy staje się dla obojga radością życia. Obserwują jej dorastanie, cieszą się każdym uśmiechem, ale w głowie Toma kołacze się myśl o matce dziewczynki, która może żyje i nie wie co stało się z ich dzieckiem. 
Kiedy oboje odkrywają kto jest matką Lucy, historia zaczyna nabierać coraz bardziej dramatycznego charakteru. To już nie jest anonimowa osoba, to żywy człowiek, którego poznali, i którego cierpienie widzieli. W tym momencie "Światło między oceanami" przerodziło się w powieść o rozdarciu. Każdy z bohaterów musi wybierać między własnym szczęściem, a tym co dyktuje sumienie. Tu nie ma możliwości na dobre zakończenie. Każdy coś straci, będzie musiał się pożegnać z marzeniami, ze złudzeniami, a przyszłość przestanie nieść ze sobą nadzieję, że wszystko się ułoży. Z czasem okaże się, że jedna decyzja może przynieść tyle samo szczęścia co cierpienia, a od miłości do nienawiści i odwrotnie wcale nie jest daleko.

Nie jest to może książka, która pochłania, bo czytałam ją raczej ze spokojnym zaangażowaniem, ale zdecydowanie pozostanie w mojej pamięci na dłużej. Bardzo podoba mi się sposób pisania Stedman. Język tej powieści nie jest może ascetyczny, ale zdecydowanie daleko mu do wydumanych metafor, pełnych przepychu zdań. Dominuje prostota, która tutaj sprawdza się doskonale, przy powieści, która właściwie składa się z przemyśleń poszczególnych postaci. Z pewnością potęguje to wrażenie, że mamy do czynienia z autentycznymi uczuciami. Czytaniu tek książki towarzyszyło trudne do uchwycenia wrażenie, że mam do czynienia nie z fikcją, a z prawdziwymi zdarzeniami.


środa, 15 maja 2013

"DRACULA" BRAM STOCKER

Już od dawna chciałam przeczytać tę książkę. Wampirów dzisiaj wszędzie pełno, ale ten nowy wizerunek daleki jest od tego, który pojawił się w powieści Brama Stokera "Dracula". 
Wydana po raz pierwszy w 1897 roku, swój charakter zawdzięcza w dużej mierze nurtowi powieści gotyckiej. Jej typowe elementy to przede wszystkim narracja obracająca się wokół tajemniczego, strasznego zjawiska, które wysuwa się na pierwszy plan, zmieniając życie, czy sposób postrzegania świata, przez głównych bohaterów. Upiorną atmosferę podkreśla obecność wielkich, pełnych pułapek zamków, a bohaterowie zmagają się ze śmiertelnym niebezpieczeństwem, których źródło tkwi w klątwie, lub zbrodniczych zamiarach czarnego charakteru. 

"Dracula" szybko zyskał dużą popularność, był tłumaczony na inne języki, wydawany w Europie i Stanach Zjednoczonych. Można powiedzieć, że w ówczesnych czasach była bestsellerem. Dzisiaj jest chyba nieco zapomniana, ale jej lektura jest nadal bardzo ciekawym doświadczeniem dla czytelnika.

Bram Stoker napisał "Draculę" w formie powieści epistolarnej, na którą składają się fragmenty listów, a także wyjątki z dzienników prowadzonych przez główne postaci. Początkowo taka forma opowieści może stanowić pewną trudność, ale z czasem to nie forma, ale wydarzenia wysuwają się na pierwszy plan. A trzeba przyznać, że atmosfera tajemnicy i zagrożenia oddana jest bardzo obrazowo. 
Jonathan Harker odwiedza hrabiego Draculę w jego zamku, by przygotować jego podróż do Anglii, gdzie ten zamierza się wkrótce osiedlić. Po drodze jest świadkiem pełnych strachu reakcji, które pojawiają się kiedy informuje innych o celu swojej drogi. Pewna kobieta daje mu różaniec, mający go chronić przed złem. On sam nie bardzo wie jak odnieść się do tych wydarzeń. Przecież jego gospodarz to poważany arystokrata, człowiek szanowany i wykształcony. Pierwsze chwile w zamku Draculi zdają się potwierdzać informacje Jonathana, ale z czasem nasz bohater zaczyna czuć się zagrożony, przy czym nie potrafi do końca sprecyzować tego uczucia. Hrabia pojawia się i nagle znika, nigdy nie towarzyszy gościowi przy posiłku, zamek zdaje się nie mieć innych mieszkańców, a w nocy wycie wilków zakłóca sen Jonathana, który w końcu zdaje sobie sprawę, że w pełnych przerażenia spojrzeniach okolicznej ludności może kryć się więcej prawdy niż sam przypuszczał. 

W tym czasie w Anglii Lucy Westnera przebywa na wakacjach w towarzystwie swojej przyjaciółki Miny, przyszłej pani Harker. Mina śpi w jednym pokoju z młodą dziewczyną, ponieważ ta od dawna lunatykuje. Pewnego dnia Lucy wymyka się w nocy, staje się wtedy ofiarą Draculi, który zdążył już przybyć do Anglii. 

"Dracula" jest dzisiaj klasykiem, którego poznanie to kilka godzin wypełnionych świetną lekturą. Jej niezwykłość opiera się na rewelacyjnie skonstruowanej postaci tytułowego Draculi, odpychającego potwora, który posiada niesamowitą siłę przyciągania. Relacje poszczególnych bohaterów zazębiają się i w rezultacie tworzą spójną całość, zdolną przykuć do książki na dłuższy czas. Całą powieść przesyca atmosfera grozy i tajemnicy, a ponura sceneria zamku w Transylwanii tworzy sugestywne tło dla Draculi, którego zło jest niewyobrażalne. To nie jest stwór, którego można okiełznać łagodnymi metodami. By zapewnić sobie przeżycie manipuluje niewinnymi istotami, stanowi śmiertelne zagrożenie dla tych, którzy staną mu na drodze. Walka z nim staje się prawdziwym starciem Dobra ze Złem.

Powieść można polecić wszystkim fanom fantastyki i horroru, którzy chcą się dowiedzieć czegoś więcej o początkach wampira w literaturze, choć myślę, że nie tylko zwolennicy tych gatunków będą usatysfakcjonowani tą lekturą.

piątek, 10 maja 2013

"SINGLE" MEREDITH GOLDSTEIN

Single to prawdziwy koszmar przy organizowaniu przyjęcia weselnego. Nigdy nie wiadomo gdzie posadzić ludzi, którzy przyjdą bez osoby towarzyszącej. Wszędzie zdają się nie pasować. Ten problem ma Bee z piątką gości zaproszonych na swój ślub. W końcu jej matka rozmieszcza ich pod wpływem impulsu przy raczej przypadkowych stolikach.

Meredith Goldstein pisze o osobach, które nie znalazły swojej drugiej połówki, próbuje też zdiagnozować przyczyny tego zjawiska. Hannah w czasie studiów była związana z Rob'em. Kiedy ten rzucił studia i wyprowadził się do innego miasta, zaczęła się spotykać z Tom'em. Po pewnym czasie mężczyzna odszedł od niej, zarzucając jej, że zbyt wiele czasu poświęca pracy. Teraz Hannah wypełnia wolny czas myślami o tym, że na weselu Bee Tom przejrzy na oczy i zacznie żałować swojej decyzji. Jej poprzedni partner nie zaangażował się w następny związek. Zamiast tego mieszka samotnie, a jego jedynym towarzyszem jest pies, na którego Rob przelewa wszystkie ciepłe uczucia. 
Kolejny singiel to Joe, wujek Bee wprawdzie mieszka z Sarah, ale cały czas szuka pewnego bliżej niesprecyzowanego ideału, przekonany, że w domu ma gorszą wersję wymarzonej towarzyszki. Na weselu poznaje Vicki, która go oczarowuje od pierwszego wejrzenia. Ta jednak nie zauważa zainteresowania starszego od niej mężczyzny. Phil wylądował na ślubie Bee przypadkiem. Jego matka jest przyjaciółką rodziny, a ponieważ nie może przyjść, wysyła go, by ją reprezentował.

"Single" to bardzo ponury obraz ludzi żyjących w samotności. Nie potrafią zbudować związków z różnych przyczyn. Są niedojrzali emocjonalnie, nie potrafią się uniezależnić od matki, za dużo pracują, wreszcie często sami nie wiedzą, czego w życiu szukają. Ich codzienność nie jest pociągająca. Zamiast poczucia wolności i niezależności ich życie wydaje się puste. Przyjazd tej piątki na przyjęcie weselne owocuje serią nieraz komediowych zdarzeń, jednak uśmiech nimi wywołany nie utrzymuje się długo na twarzy. Alkohol, tabletki antydepresyjne, przypadkowy seks to sposób na radzenie sobie ze świadomością, że ma się z kim dzielić życia. I chociaż nieraz ci ludzie sami zapracowali na taki stan rzeczy, to jednak nie sprawia to, że łatwiej im sobie radzić z samotnością i depresją. 

Czas akcji obejmuje krótki czas przygotowań weselnych i samego wesela, a narracja podzielona jest między wszystkich bohaterów, którzy kolejno relacjonują bieg wydarzeń. Dzięki temu poznajemy całość z innych punktów widzenia, a poszczególne wątki zazębiają się i tworzą całość.

Czytanie tej książki jest nieco dziwnym doświadczeniem. Z jednej strony można docenić trudną tematykę, którą podejmuje autorka. Rzeczywiście to bardzo nośny i aktualny problem, który dotyczy wielu ludzi. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że pomimo dosyć zróżnicowanego podejścia do przyczyn pozostania samotnym, autorka podporządkowuje całą powieść dowiedzeniu, że bycie singlem jest generalnie złe i prowadzi do bycia nieszczęśliwym. Być może mam nieco spaczony punkt widzenia, ale zabrakło mi w tej książce spojrzenia kogoś z drugiego obozu, komu bycie singlem nie przeszkadza, kto realizuje się w pracy. Myślę, że takie osoby też istnieją i niekoniecznie może im odpowiadać, że są postrzegani jako ludzie, którzy jeszcze nie dojrzeli do zmiany swojego trybu życia.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości:



środa, 8 maja 2013

"DOM NA SZCZYCIE KLIFU" HANNAH RICHELL

Pandora nie wydaje się odpowiednim imieniem dla dziecka, a jednak Helen i Robert tak właśnie nazywają swoją drugą córkę. Po dramatycznych wydarzeniach, jakie spotkają rodzinę Tide'ów, dziewczyna zwana Dorą, zacznie się zastanawiać, czy nieszczęście jakie ich spotkało nie było wynikiem ponurego proroctwa zawartego w tym imieniu.

Ale zacznijmy od początku. Dwudziestoparoletnia Dora jest na pierwszy rzut oka szczęśliwą młodą kobietą. Żyje w dobrze dobranym związku, jej partner jest świetnie zapowiadającym się rzeźbiarzem, właśnie kupili duże, modne mieszkanie, a Dora odkryła, że jest w ciąży. Wydaje się, że sen z powiek może tej dwójce zganiać tylko konieczność remontu wymarzonego lokum. Ale wiadomość, która powinna być tą najszczęśliwszą w życiu kobiety, wzbudza w niej panikę i rosnącą obawę o przyszłość. Całkiem zrozumiałe myśli o tym, czy nadaje się na matkę, w jej przypadku nie są naturalnie pojawiającymi się rozterkami przyszłej mamy, a echem wypadków z przeszłości, które położyły się cieniem na życiu wszystkich członków jej rodziny.
Dora postanawia wyjechać do rodzinnego domu, by oczyścić atmosferę niedomówień i wzajemnych pretensji, jaka od lat panuje między nią, a jej matką.

Ich źródło tkwi w pewnym letnim dniu, kiedy to Helen zostawiła pod opieką swoich dwóch córek ich młodszego brata - Alfie'ego. Cassandra i Dora miały nie spuszczać trzyletniego chłopca z oka, ale był ostatni dzień wakacji, który dziewczyny chciały spędzić na plaży. Wspólna wyprawa kończy się tragicznie. Chłopiec ginie, a poszukiwania policji nie przynoszą rezultatu. W końcu wszyscy uznają, że Alfie utonął. 

Śmierć małego chłopca burzy egzystencję całej rodziny. Helen i jej mąż pogrążają się w żałobie. Żadne z nich nie zauważa oznak, że Cassie pogrąża się w depresji, a Dora staje się coraz bardziej samotna. Wyrzuty sumienia, poczucie żalu i wzajemne oskarżenia, czynią życie we wspólnym domu koszmarem, z którego nie można uciec. Cassandra decyduje się odciąć od rodziny i rozpoczyna życie na własny rachunek, wkrótce potem odchodzi również Robert.

Autorka opowiada historię poprzez relacje Helen, Cassandry i Dory, bo każda z nich jest cegiełką składającą się na większą całość. Liczne retrospekcje pozwalają nam spojrzeć głębiej w problemy tych kobiet, dając obraz rodziny, która była szczęśliwa, ale to nie potrafiła tego docenić. Brakło otwartości, szczerych rozmów, zamiast tego pojawiły się tajemnice i poczucie krzywdy.
Śmierć Alfie'go to nie tylko skutek nieodpowiedzialnych czynów dwóch młodych dziewczyn, ale i rezultat poczucia niezrozumienia przez drugą osobę. Nieprzemyślane, impulsywne decyzje prowadzą to prób zaspokojenia tego uczucia, które jednak na końcu okazuje się tylko przejawem samolubnej chęci spełnienia swoich planów.

Wyzwolenie jest możliwe tylko poprzez konfrontację z przeszłością i jej sekretami. Swoista spowiedź, którą odbywają bohaterowie tej powieści jest konieczna, by pogodzić się z tym co się stało i iść dalej. Dora przekonuje się, że jeden błąd nie definiuje człowieka na całe życie, a wina może nie leżeć tylko po jednej stronie.

Proza Hannah Richell to bardzo dobra powieść obyczajowa, która nie operuje skrajnymi emocjami, a jej siła tkwi w subtelnych rysach. To przykład książki zaangażowanej w trudne tematy, która nie skupia się na efektownym rozwoju wydarzeń, każącym nieraz sięgać po takie elementy jak żmudne policyjne śledztwo, czy  batalia sądowa. W tym wypadku jest dużo skromnie, bohaterowie sami muszą sobie poradzić z złem, które ich spotkało i zaakceptować to, że być może każde z nich jest w pewnym stopniu winne śmierci małego chłopca.
Takie podejście do trudnego tematu, daje w rezultacie poczucie, że mamy do czynienia z powieścią, która zawiera w sobie nie tylko literacką fikcję, a pewną dozę prawdy, co sprawia, że lektura tą odbiera się bardzo emocjonalnie. "Dom na szczycie klifu" pochłania się błyskawicznie, zresztą objętość tej powieści jest trochę złudna, bo środek wypełniony jest naprawdę sporą czcionką, ale moja irytacja, że mam do czynienia z dużo krótszą powieścią, niż tego oczekiwałam, była tylko chwilowa.

poniedziałek, 6 maja 2013

"SZMARAGDOWA TABLICA" CARLA MONTERO

Ta książka wzbudziła moje zainteresowanie, jak tylko pojawiła się w zapowiedziach wydawniczych. Bardzo długo kusiło mnie, żeby ją kupić, ale pewnie bym się jednak oparła tym podszeptom, gdyby nie recenzja na blogu Książki, wino i ja . Korzystając z promocji w Matrasie, postanowiłam, że sama wyrobię sobie zdanie na temat "Szmaragdowej tablicy", bo w tym samym czasie pojawiła się inna notka, której autorka nie wypowiadała się już tak pozytywnie. Mowa o tej recenzji: Bazgradełko .

W księgarni dostałam w swoje ręce opasłe tomiszcze, w gabarytach jakie lubię najbardziej. Aż westchnęłam z zachwytu na myśl o długich godzinach przy zajmującej lekturze. I rzeczywiście przeczytanie tej powieści zajęło mi sporo czasu, ale przyjemność jaką z tego czerpałam była bardzo umiarkowana. 

Ana jest młodą, piękną, dobrze ubraną kobietą. Kiedyś była zwyczajną dziewczyną. Teraz jest związana z bardzo bogatym człowiekiem, który ukształtował jej upodobania tak, by spełniała wszystkie jego oczekiwania. Jej ubrania, praca w Muzeum Prado, samochód zostały wybrane zgodnie z gustem Konrada Kellera. Kiedy więc w ręce tego mężczyzny trafia list niemieckiego oficera z czasów II wojny światowej, ze wzmianką na temat obrazu "Astrolog", autorstwa Giorgione, Konrad przekonuje Anę, żeby zajęła się odnalezieniem tego dzieła. Kobieta uważa śledztwo za bezcelowe, ale zagłębiając się powoli w historię związaną z obrazem i autorem listu, zauważa, że tajemnice ukryte w przeszłości stały się jej obsesją i nie pozwalają o sobie zapomnieć.

Akcja powieści toczy się dwutorowo. Główną bohaterką części współczesnej jest oczywiście Ana, która prowadzi poszukiwania z pomocą doktora Alaina Arnoux. Ta dwójka podąża nikłymi śladami z przeszłości, ukrytymi w archiwach różnych krajów, by odnaleźć "Astrologa" i wypełnić luki w życiorysach osób z nim związanych. Obraz znajdował się w kręgu zainteresowań Hitlera, a tajemnica z nim związana nadal budzi emocje wielu ludzi, co Ana i Alain zaczynają odczuwać na swojej własnej skórze, kiedy poszukiwania śladów sprowadzają na nich niebezpieczeństwo.

Równolegle poznajemy Georga von Bertheima majora SS, któremu Himmler, na osobiste polecenie Hitlera zleca odnalezienie dzieła Giorgione. Poszukiwania prowadzą go do żydowskiej rodziny Bauerów, z której ocalała tylko Sarah. Georg jest przekonany, że dziewczyna wie, gdzie ukryty jest obraz, ale nie podejrzewa, że ich kontakty będą początkiem miłości, która nie powinna się zdarzyć w okupowanym Paryżu, gdzie Niemcy byli panami życia i śmierci, szczególnie Żydów. Rozpoczynają szaloną i rozpaczliwą grę z gestapo, w której stawką jest nie tylko ich życie.

Lubię książki, których fabuła krąży wokół tajemnicy z przeszłości. Zakazana miłość, II wojna światowa, Paryż, to wszystko obiecywało znakomitą lekturę. I rzeczywiście część historyczna jest zdecydowanie lepsza. 
Dość ryzykowny pomysł, by pozytywnym bohaterem był oficer SS, w rezultacie nie razi, a opis rodzącego się uczucia pomiędzy Bertheimem, a Sarah to kawałek bardzo dobrej literatury, której daleko do taniego melodramatu, o który w tym przypadku nie było trudno się otrzeć. 
Myślę, że spora tutaj zasługa tła tego wątku i rozmaitych dobrze nakreślonych, wyrazistych postaci drugoplanowych. Carla Montero zagłębia się w niuanse poszczególnych jednostek, zebranych pod znakiem SS, tym samym oddaje złożoność tej organizacji i zadań jakie jej podlegały. 
To tylko jeden z elementów jej obrazu Paryża pod niemiecką okupacją. Na przykładzie losów Sarah, można zaobserwować pogarszającą się sytuację Żydów, którzy zostają zepchnięci na margines społeczeństwa. Miasto żyje problemami okresu wojennego. Coraz trudniej jest o dobrej jakości żywność, z czasem głód jest coraz powszechniejszy, a najwierniejszym towarzyszem ludzi staje się strach przed tym co przyniesie następny dzień. Carla Montero w wywiadzie dołączonym do książki wspomina, że tworzeniu tła dla tej historii inspirowała się między innymi relacjami z okupowanej Warszawy, co zaowocowało poczuciem, że mamy do czynienia z prozą, którą czyta się z prawdziwym uczuciem zaangażowania.

To wrażenie całkowicie psuje część współczesna, w której nie znalazłam podobnych emocji. Delikatna aura tajemnicy z początku towarzysząca poszukiwaniom Any, z czasem zbliża ten wątek do powieści sensacyjnych. Mnożące się teorie spiskowe obracają się wokół, jak słusznie zauważyła autorka bloga Bazgradełko, schematu znanego z powieści Dana Browna, co w miarę rozwoju wydarzeń, jest coraz bardziej widoczne. W rezultacie nawet zakończenie powieści nie potrafi zaskoczyć, bo wszystkie rozwiązania zastosowane przez Carlę Montero już gdzieś były wykorzystane. Dodatkowym minusem jest paradoksalnie tajemnica zawarta w "Astrologu". Ciągle czytamy jak niezwykły to obraz, jakie zagrożenie płynie z zagrożenia, że dzieło to trafi w niepowołane ręce. Tymczasem w punkcie kulminacyjnym atmosfera niebezpieczeństwa rozmywa się, a my pozostajemy z niczym, i do końca nie wiemy, o co toczyła się gra.

Długo zabierałam się do opisania moich wrażeń, czasem jednak spojrzenie z perspektywy czasu jest potrzebne. Dzisiaj wiem, że to nie jest zła powieść. Po prostu moim zdaniem bardzo dobry pomysł, został rozwinięty w nieodpowiednim kierunku. Mniejszy rozmach w wątkach sensacyjnych mógłby dać lepszy efekt.

Swoją drogą, recenzje blogowe chyba jednak mają wpływ na realne wybory czytelnicze. Obsługa księgarni śmiała się, że ktoś musiał zrobić książce dobrą reklamę. Byłam nie pierwszą osobą, która tego dnia w Matrasie pytała o "Szmaragdową tablicę".


sobota, 4 maja 2013

STOS NA MAJÓWKĘ

Moje postanowienie, żeby kupować mniej książek zaczyna przynosić efekty. Tym razem prezentuję Wam tylko trzy nabytki. Niestety nie mam dzisiaj możliwości zrobienia zdjęcia, pokazuję więc tylko ogólnie dostępne okładki.

O tej książce pisały: Padma , Dabarai , i Młoda Pisarka . Miałam ją w koszyku przed przeczytaniem tych recenzji, ale opinie te tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że warto ją mieć w domu.










Tutaj blogowe recenzje były główną przyczyną decyzji o kupnie. Więcej w poniedziałkowej recenzji.










I wreszcie ostatnia powieść, która kusiła mnie od dawna. Zakupiona na promocji w Empiku. Recenzja już wkrótce.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...