czwartek, 18 kwietnia 2013

"ŚRÓD ŻYWYCH DUCHÓW" MAŁGORZATA SZEJNERT


Czy tak już idzie w tę stronę - pyta pani Gienia - że będziemy leżeli, jakby nas nie było?

To zdanie wypowiedziane przez jedną z uczestniczek swoistego śledztwa, którego podejmuje się Małgorzata Szejnert, wydaje mi się szczególnie trafne, jako posumowanie całej relacji zawartej w "Śród żywych duchów".

Każde dziecko na pytanie, kiedy skończyła się II wojna światowa, odpowie, że w 1945 roku.
Ale dla niektórych nie był to koniec, a początek jeszcze gorszych przejść, które często kończyły się śmiercią. Tym razem z rąk rodaków.
Ta książka to pamiętnik z poszukiwań grobów polskich żołnierzy z AK, których po wojnie więziono w więzieniu na warszawskim Mokotowie. 
Autorka najpierw opierając się na pogłoskach, na wypowiadanych ostrożnym głosem wiadomościach, dociera do  świadków tamtych wydarzeń. Przedziera się przez ludzki strach i zatarte wspomnienia, bo o takich sprawach lepiej było nie pamiętać. Spotyka się z rodzinami żołnierzy, którzy nie mają grobów, z którymi nieraz nie wiadomo co się naprawdę stało. 

Z poszczególnych rozmów z pracownikami więzienia, z rodzinami, z ludźmi mieszkającymi przy cmentarzach, wyłania się wspólna informacja, że zamordowanych grzebano w bezimiennych grobach, na ziemiach, które później włączono w obręb cmentarzy. Są to tak zwane "pole Bokusa" na Służewie i "Łączka" przy Powązkach. Pod osłoną nocy zajeżdżały wozy konne, później ciężarówki wypełnione ciałami, które wrzucano do płytkich dołów, chowano bez szacunku, tak by ślad o nich zaginął. Nieraz rodziny wiedziały, gdzie szukać chociaż w przybliżeniu swoich bliskich, szukały śladów, chodziły po cmentarzach. Groby jednak w ogromnej większości przypadków, pozostawały tylko symboliczne. Mimo to dawały siłę.

Czytałam tą książkę ze ściśniętym gardłem i bardzo trudno mi o niej pisać. "Śród żywych duchów" to jak
Źródło
pisze Norman Davies, niezwykły nagrobek wystawiony polskim bohaterom. Ludzie ci przeczuwając swój los, bali się również tego, że nikt nie będzie wiedział, gdzie ich szukać, że nikt nie zapali lampki na ich grobie, bo takiego po prostu nie będzie. Że zostaną wymazani. W swojej książce Małgorzata Szejnert przytacza fragmenty z życiorysów, wspomnienia rodzin, zamieszcza zdjęcia z szczęśliwych czasów. Dopowiada, to co miało zaginąć w perfidnej machinie minionego ustroju. 

Dzisiaj, kiedy trwa ekshumacja na Powązkach reportaż Małgorzaty Szejnert pozostaje bardzo aktualnym komentarzem. Dziennikarka niestrudzenie pukała do kolejnych drzwi, rozmawiała, nawiązywała kontakty, mozolnie oddzielała informacje bardziej i mniej prawdopodobne. Rezultatem jest ta książka, która nawet dzisiaj wywołuje wielkie wzruszenie. Jest to też świadectwo wysłuchania rodzin, które nie mogły się doprosić żadnej wiadomości o swoich bratach, dzieciach, mężach, ojcach. Zderzały się z milczącą ścianą, nieraz tylko jakiś współczujący człowiek szepnął słówko, że ich już nie ma. A czasem wręcz przeciwnie, ktoś informował o tym suchym tonem, który rodzinę pozbawiał nadziei. Pytania, gdzie szukać grobów pozostawały bez odpowiedzi.

2 komentarze:

  1. bardzo ściskająca za gardło była ta książka. Czytałam ją i czułam, że za serce trzyma mnie lodowa dłoń. Niewyobrażalne...

    Wydaje mi się, że słowa są za małe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Towarzyszyły mi bardzo podobne odczucia. Parę razy miałam wrażenie, że muszę odłożyć na później, ale jednak czułam, że nie mogę jej porzucić.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...