poniedziałek, 29 kwietnia 2013

"DRUGI PRZEKRĘT NATALII" OLGA RUDNICKA

Ostatniej soboty czułam, że muszę iść do biblioteki. Niby w domu miałam co czytać, ale wizyta w bibliotece wydawała mi się obowiązkowym punktem dnia. Weszłam, skierowałam się w kierunku półki z ostatnio oddanymi książkami i już wiedziałam, że to było warto. Na regale zobaczyłam najnowszą powieść Olgi Rudnickiej "Ostatni przekręt Natalii", a po lekturze "Natalii 5", sięgnięcie po ten kryminał było tylko kwestią czasu.

Siostry Sucharskie ochłonęły już po niespodziankach, które spadły na nie po śmierci ojca. Mieszkają razem we wspólnym domu, żyją zgodnie, choć oczywiście tyle silnych osobowości pod jednym dachem musi rodzić nieporozumienia i chwile napięcia. Ale kiedy trzeba wszystkie kobiety tworzą zgraną grupę i potrafią się wzajemnie wspierać.
W ich w miarę uporządkowane życie znowu wkracza chaos, kiedy ginie notariusz, którego poznały w czasie odczytywania testamentu ojca. Z czasem wszystkie siostry zaprzyjaźniły się ze starszym panem, wpadały na herbatę, spędzały wspólnie część świąt, pożyczała książki. Jednak pewnego dnia zorientowały się, że żadna z nich od jakiegoś czasu nie miała kontaktu z panem Januszem. Pod jego mieszkaniem zastają policję, która własnie odkryła w środku ciało mężczyzny z odstrzeloną głową, a sam notariusz wkrótce potem zostaje uznany za zmarłego. Testament Zawady jasno określa, że spadkobierczyniami całego majątku jest pięć sióstr Sucharskich. 
Oczywiście żadna z tych pięciu kobiet nie byłaby sobą, gdyby nie spróbowała rozwiązać zagadki zwłok z mieszkania pana Janusza. Tym sposobem zaczyna się kolejne śledztwo pięciu Natalii.

Kiedy w zeszłym roku zaczynałam swoją znajomość z pisarstwem Olgi Rudnickiej, miałam trochę mieszane odczucia. "Martwe jezioro" było sprawnie napisanym czytadłem, nie pozbawionym jednak kilku wad, ale całość zapowiadała się bardzo interesująco. "Natalii 5" zaś utwierdziło mnie w przekonaniu, że książek tej autorki warto szukać na bibliotecznych, czy sklepowych półkach. Po "Drugim przekręcie Natalii" wiem, że przeczytam wszystko co napisała Olga Rudnicka.

Czytałam tą książkę w czasie podróży autobusem, który był pełen innych podróżnych. Myślę, że momentami dziwnie na mnie spoglądali, ale nie miałam okazji tego sprawdzić, bo od tej powieści nie sposób było się oderwać. Przewracałam więc kolejne strony i coraz mocniej zaciskałam zęby, by nie wybuchnąć śmiechem na cały autobus. Poczucie humoru pani Rudnickiej, uwydatnione przez lekkie pióro i fabułę, w której wszystkie elementy sprawnie wskakują na odpowiednie miejsca zapewniły mi kilka godzin kapitalnej rozrywki.

Siostry Sucharskie są nadal nieobliczalne i błyskotliwe, a ich zdolność do doprowadzania kolejnych policjantów na skraj wytrzymałości również działa bez zarzutu. Mimo, że na scenie pojawiają się kolejne trupy, mamy do czynienia z kryminałem pod znakiem dobrego humoru. Akcja toczy się wartko, wydarzenia następują jedne po drugich, nie ma dłużyzn. Momenty napięcia związanego ze śledztwem, przerywane są scenkami z wspólnego domu sióstr, do którego zaczynają się też wprowadzać kolejni adoratorzy, co czasem powoduje lekkie spięcia wśród domowników. 

Cała intryga jest skonstruowana w bardzo przemyślany sposób, wątki ładnie się zazębiają, nie pozostawiając białych plam, a końcowe rozdziały, podobnie jak w "Natalii 5", skręcają w stronę sensacji, zostawiając humor na drugim planie. 

Nie pozostaje nic innego jak poszukać innych powieści Olgi Rudnickiej.

czwartek, 25 kwietnia 2013

"ARCHIWUM RINGELBLUMA: DZIEŃ PO DNIU ZAGŁADY" OPRACOWANIE ZBIOROWE

Książek o prześladowaniach Żydów w czasie II wojny światowej powstało dużo. Ciągle pojawiają się nowe  opracowania, syntezy. Ale relacja naukowa nigdy nie zastąpi opowiadania tych, którzy tego koszmaru doświadczyli i codziennie musieli się zmagać z głodem, brudem, wreszcie ciągłą groźbą śmierci.

"Dzień po dniu Zagłady" to publikacja z serii "Żydzi Polscy", w które zebrane i opublikowane zostały fragmenty relacji zwykłych ludzi. Pod kierownictwem Emanuela Ringelbluma działała grupa ludzi zjednoczona pod nazwą "Oneg Szabat". Ich zadaniem było przechowywanie pamiętników, listów, wspomnień zapisywanych na bieżąco, w których opisywano to co się działo po wkroczeniu wojsk niemieckich. Ich autorzy to nie tylko literaci, ludzie wykształceni, ale przede wszystkim zwykły człowiek obserwujący wydarzenia kolejnych dni.

Na początku pojawiają się sprawozdania z działań, mających na celu upodlenie Żydów. Nakaz obcięcia bród, upokarzające rozkazy ćwiczeń fizycznych, a wszystko to pod ciągłym ostrzałem wyzwisk i uderzeń gumowych pałek. Żołnierze wiedzą, że są bezkarni, że wszystko im wolno, więc zdarza im się po prostu strzelić do Żyda. Pod wpływem kaprysu. Przecież nikt się nie upomni o to ludzkie życie. Potem przychodzi nakaz noszenia opasek z gwiazdą Dawida. Palone są synagogi, zaczynają się masowe egzekucje, a dla Żydów zostają wydzielone osobne dzielnice - getta. Postępuje wykluczenie ze społeczeństwa, które ma się nie identyfikować z Żydami, a przyjmować ich los z obojętnością. Po przeprowadzce do getta wszystko jest inne. Panuje głód, którego nie można zaspokoić, przesiedleni nie mają żadnych bagaży, bo albo kazano im się spakować w ciągu pół godziny, albo walizki zostały zrabowane. Trzeba się przystosować, zacząć walczyć, ale czasem nie ma na to siły, bo wszystkie myśli nieświadomie nawet krążą wokół jedzenia. Szpitale zamieniają w umierlanie. 

Na książkę składają się nieraz tylko fragmenty relacji, ułożone w porządku chronologicznym, tak by dać jak najszerszy obraz doświadczeń. Czytamy więc wspomnienia pielęgniarki, opiekunki w przedszkolu, malarki, ale i szewca. Spotykamy Żydów pobożnych i tych, którzy do religii nie podchodzą tak restrykcyjnie. Poznajemy ludzkie nieszczęścia, ale nie zostają również przemilczane przypadki, kiedy niektórzy korzystają zarabiając na przemycie za mury żywności. Podobnie po stronie Polaków. Autorzy mówią o antysemityzmie, o poparciu dla niemieckich działań, ale nierzadko pojawia się też świadectwo o ludziach, którzy pomagali, wstawiali się za swoimi sąsiadami, protestowali przeciwko rzeczom, które działy się na ich oczach. 

Te listy, te pamiętniki są przesiąknięte wielkim bólem. Pisanie było odruchem, formą poradzenia sobie z rzeczywistością, może też chęcią pozostawienia po sobie jakiegoś śladu, który by zaświadczał o istnieniu. Kiedy piszący, zdaje sobie sprawę, że pozostał sam na świecie, że nikomu z jego rodziny nie udało się przeżyć, że był świadkiem jak mordowano jego najbliższych w masowym grobie, pojawia się pytanie, co dalej, czy warto po czymś takim żyć dalej. Te fragmenty były bardzo trudne dla mnie. Czytałam je z rosnącym poczuciem protestu. A i bohaterowie tych relacji przyznają, że nic istniejącego wcześniej, żaden obraz, żadna książka nie oddaje tragizmu, beznadziei i bezsilności trawiącej człowieka poddanego tym zbrodniczym działaniom.

Archiwum Ringelbluma zostało ukryte w metalowych skrzyniach i bańkach na mleko. Odnaleziono po wojnie dwie części, trzecia prawdopodobnie została zniszczona w czasie Powstania Warszawskiego. To niezwykła publikacja oddająca stan ducha zwyczajnych ludzi, stanowiąca dokumentację etapów Zagłady. Może czasem ogólne wrażenie psują skróty zastosowane przez redakcję. Nieraz chciałoby się wrócić do niektórych osób, przeczytać o ich dalszych losach, ale z drugiej strony w ten sposób zapoznajemy się z syntezą, mającą zapewne zachęcić nas do dalszych poszukiwań w tym temacie. 
Szczególnie przygnębiające są relacje, podpisane jako źródło anonimowe. Ich czytaniu towarzyszy świadomość, że nie jesteśmy w stanie określić, co stało się z ich autorem, zaginął po nim najmniejszy nawet ślad, poza tym kawałkiem papieru, na którym spisał opowieść, o tym czego doświadczył.



wtorek, 23 kwietnia 2013

"MORDERSTWO NA MOKRADŁACH" SASZA HADY

Urokliwa angielska wieś już kilka razy mnie oczarowała jako tło powieści, szczególnie fajnie wypada w kryminałach. Bardzo miło spędziłam czas przy książkach Marthy Grimes i M.C. Beaton, a kiedy trafiłam na blogach na recenzje "Morderstwa na mokradłach" Saszy Hady, pomyślałam, że chcę to przeczytać. 

Alfred Bendelin, londyński prywatny detektyw, to bohater kilku kryminałów, w których sprawnie rozwiązuje sprawy morderstw, pozostawiając w tyle policję. Do jego drzwi puka pewnego dnia Helen Bradbury, by nakłonić go do przyjazdu na urokliwą, angielską wieś, gdzie niedawno w beczce na dynie znaleziono głowę mężczyzny. Pani Bradbury jest przekonana, że tylko Bendelin jest w stanie znaleźć sprawcę tego morderstwa. Problem tkwi jednak w tym, że osobą, która mieszka pod książkowym adresem detektywa jest Nick Jones, były współlokator autora powieści o Bendelinie, Ruperta Marley'a. 
Nick już nie pierwszy raz został poproszony o pomoc, ale zawsze jakoś udawało mu się przekonać potencjalnych pracodawców, że trafili pod błędny adres. Tym razem jednak, oczarowany urodą siostry Helen Bradbury, przyjmuje zlecenie i wraz z Rupertem wyrusza do małej wioski.

"Morderstwo na mokradłach" jest przykładem książki, która czyta się sama. Już pierwsze rozdziały oddają lekkość fabuły, gdzie makabryczny początek równoważy świetnie uzupełniająca się para prywatnych detektywów z przypadku. 
Nick Jones jest w rzeczywistości funkcjonariuszem policji, troszkę fajtłapowatym młodym człowiekiem, który w kontaktach z kobietami prawie zawsze powie coś nie tak. Rupert to jego przeciwieństwo. Świetnie zarabia na swoich książkach, jest pewny siebie, ale jednocześnie nieco znudzony życiem bez problemów, gdzie największym  dylematem jest wybór odpowiedniego krawata do koszuli. Polubiłam ich od razu. Może nie jest to fascynacja na miarę tej, towarzyszącej poznawaniu Richarda Jury'ego, ale już na początku zdałam sobie sprawę, że będę im kibicować, a ich perypetie nie pozostawią mnie obojętną.
Autorce udało się stworzyć bohaterów, którzy oprócz ogólnych rysów charakteru, są również postaciami z drobnymi wadami, takimi jak np. próżność, a to tylko dodaje im kolorytu.
Jednak prawdziwe wodze fantazji, w dobrym tego słowa znaczeniu, popuściła Sasza Hady przy kreowaniu mieszkańców angielskiej wsi. Znajdziemy tam kobietę kolekcjonująca plotki, jak najcenniejsze klejnoty, rywalizującą na tym polu z chłopcem, którego wszędzie jest pełno. Do tego urocza, budząca powszechną sympatię wdowa z czwórką dzieci, dziewczyna o osobowości dziecka, a także mruk, do którego strach się odezwać.
Pełen wachlarz osobowości. Nick spotyka się z nimi wszystkimi, rozmawia, szuka powiązań z ofiarą, bo przecież każdy z nich tak naprawdę mógł zabić.

Ten kryminał bazuje na świetnie opisanych scenach. Nick niby ma szukać mordercy, ale bardzo szybko Rupert zwraca mu uwagę, że między nim, a mieszkańcami zawiązuje się nić przyjaźni. Na początku miałam wrażenie, że trochę za mało było w tym kryminale typowego śledztwa, znanego choćby z powieści Agathy Christie, ale kiedy poznałam zakończenie, przekonałam się, że każda z postaci jest tu tak samo ważna dla rozwoju fabuły, a samo śledztwo odpowiednio zagmatwane. Dopiero na końcu okazuje się jak bardzo przemyślany był rozwój wypadków, a niektóre błahe z pozoru wydarzenia okazuje się bardzo istotne. 

W stylu pisania Saszy Hady wyczuwalna jest lekkość pióra, doprawiona świetnym poczuciem humoru. Tradycja kryminału spotkała się tutaj z nieco komediowym klimatem, choć to może trochę za ostre słowo, by oddać prawdziwy charakter tej książki, której nie brak momentów napięcia w końcowych fragmentach i umiejętnie dodanych scen okraszonych poczuciem nostalgii w delikatnie zarysowanym wątku romansowym.

Świetny debiut.

A tutaj link do bloga Saszy Hady: http://kuzynka-sasza-poleca.blogspot.com/

czwartek, 18 kwietnia 2013

"ŚRÓD ŻYWYCH DUCHÓW" MAŁGORZATA SZEJNERT


Czy tak już idzie w tę stronę - pyta pani Gienia - że będziemy leżeli, jakby nas nie było?

To zdanie wypowiedziane przez jedną z uczestniczek swoistego śledztwa, którego podejmuje się Małgorzata Szejnert, wydaje mi się szczególnie trafne, jako posumowanie całej relacji zawartej w "Śród żywych duchów".

Każde dziecko na pytanie, kiedy skończyła się II wojna światowa, odpowie, że w 1945 roku.
Ale dla niektórych nie był to koniec, a początek jeszcze gorszych przejść, które często kończyły się śmiercią. Tym razem z rąk rodaków.
Ta książka to pamiętnik z poszukiwań grobów polskich żołnierzy z AK, których po wojnie więziono w więzieniu na warszawskim Mokotowie. 
Autorka najpierw opierając się na pogłoskach, na wypowiadanych ostrożnym głosem wiadomościach, dociera do  świadków tamtych wydarzeń. Przedziera się przez ludzki strach i zatarte wspomnienia, bo o takich sprawach lepiej było nie pamiętać. Spotyka się z rodzinami żołnierzy, którzy nie mają grobów, z którymi nieraz nie wiadomo co się naprawdę stało. 

Z poszczególnych rozmów z pracownikami więzienia, z rodzinami, z ludźmi mieszkającymi przy cmentarzach, wyłania się wspólna informacja, że zamordowanych grzebano w bezimiennych grobach, na ziemiach, które później włączono w obręb cmentarzy. Są to tak zwane "pole Bokusa" na Służewie i "Łączka" przy Powązkach. Pod osłoną nocy zajeżdżały wozy konne, później ciężarówki wypełnione ciałami, które wrzucano do płytkich dołów, chowano bez szacunku, tak by ślad o nich zaginął. Nieraz rodziny wiedziały, gdzie szukać chociaż w przybliżeniu swoich bliskich, szukały śladów, chodziły po cmentarzach. Groby jednak w ogromnej większości przypadków, pozostawały tylko symboliczne. Mimo to dawały siłę.

Czytałam tą książkę ze ściśniętym gardłem i bardzo trudno mi o niej pisać. "Śród żywych duchów" to jak
Źródło
pisze Norman Davies, niezwykły nagrobek wystawiony polskim bohaterom. Ludzie ci przeczuwając swój los, bali się również tego, że nikt nie będzie wiedział, gdzie ich szukać, że nikt nie zapali lampki na ich grobie, bo takiego po prostu nie będzie. Że zostaną wymazani. W swojej książce Małgorzata Szejnert przytacza fragmenty z życiorysów, wspomnienia rodzin, zamieszcza zdjęcia z szczęśliwych czasów. Dopowiada, to co miało zaginąć w perfidnej machinie minionego ustroju. 

Dzisiaj, kiedy trwa ekshumacja na Powązkach reportaż Małgorzaty Szejnert pozostaje bardzo aktualnym komentarzem. Dziennikarka niestrudzenie pukała do kolejnych drzwi, rozmawiała, nawiązywała kontakty, mozolnie oddzielała informacje bardziej i mniej prawdopodobne. Rezultatem jest ta książka, która nawet dzisiaj wywołuje wielkie wzruszenie. Jest to też świadectwo wysłuchania rodzin, które nie mogły się doprosić żadnej wiadomości o swoich bratach, dzieciach, mężach, ojcach. Zderzały się z milczącą ścianą, nieraz tylko jakiś współczujący człowiek szepnął słówko, że ich już nie ma. A czasem wręcz przeciwnie, ktoś informował o tym suchym tonem, który rodzinę pozbawiał nadziei. Pytania, gdzie szukać grobów pozostawały bez odpowiedzi.

wtorek, 16 kwietnia 2013

"PORADNIK POZYTYWNEGO MYŚLENIA" MATTHEW QUICK

Zwykle wolę przeczytać książkę przed obejrzeniem jej filmowej adaptacji. Tym razem jednak film trafił do kin wcześniej, niż powieść do księgarń, więc i ja jako pierwszy poznałam film "Poradnik pozytywnego myślenia". Po wyjściu z kinowej sali wiedziałam, ze przeczytam książkę jak tylko się ukaże. 

I tak na pierwszych stronach powieści zostałam zaznajomiona z planem Pata, trzydziestokilkuletniego mężczyzny, który jakiś czas spędził w szpitalu psychiatrycznym. Pat nie wie dokładnie ile przebywał w "niedobrym miejscu", ale wie, że musi zrobić wszystko, żeby odzyskać żonę, która od niego odeszła. Jego dzień wypełniony jest intensywnymi ćwiczeniami fizycznymi w siłowni, urządzonej przez jego mamę, bieganiem, a także nadrabianiem zaległości w literaturze, bo Nikki jest nauczycielką literatury.
Oprócz tego Pat musi regularnie brać leki i uczęszczać na sesje terapeutyczne. Pilnowanie tego planu bierze na siebie jego matka, dzięki której staraniom mężczyzna opuścił szpital.

"Poradnik pozytywnego myślenia" to spojrzenie z perspektywy Pata. Jego życie podporządkowane jest jednemu celowi, a każde inne zdarzenie to potencjalna przeszkoda w jego osiągnięciu. Mimo to powoli Pat zaczyna poszerzać swój krąg zainteresowań. Z rozmów z przyjaciółmi i rodziną dowiaduje się o zmianach jakie zaszły w ich życiach. Niektóre z nich są trudne do pojęcia dla człowieka, który nie może sobie uświadomić jak długo właściwie był poza domem. Ponieważ wiemy tyle ile Pat, a on próbuje nie myśleć o pewnych wydarzeniach, poszczególne elementy jego wcześniejszego życia składamy sobie z przebłysków jego świadomości, z pytań terapeuty.

Bohater z zaburzeniami psychicznymi to postać, z która trudno się zidentyfikować. Mimo to polubiłam Pata od pierwszego rozdziału, choć nie było to uczucie pozbawione momentów zwątpienia. Było mi mimo wszystko trudno zaakceptować jego pozytywne myślenie, którego naiwność dla zwykłego czytelnika jest od razu widoczna. Jego napady złego humoru, przejawy obsesji sprawiały, że miałam wątpliwości, czy czeka go jeszcze coś dobrego. ale jednocześnie jego determinacja była godna podziwu.

Ostatecznie była to dla mnie książka o sile rodziny, przyjaciół i pasji. W niektórych opiniach czytałam, że za dużo w książce było opisów związanych z footballem amerykańskim. Według mnie obecność tego elementu była kluczowa, bo właśnie zamiłowanie do tego sportu zjednoczyło na nowo całą rodzinę i pozwoliło im odnaleźć wspólny mianownik. Powieść Qiuck'a to spojrzenia na najbliższych zmagających się z chorobą. Pozostają oni w drugim planie, ale wyraźnie można dostrzec ich wysiłek. Stan Pata wywarł wpływ na wszystkich w jego otoczeniu. Niektórzy z jego bliskich musieli się uczyć akceptować go na nowo."Poradnik pozytywnego myślenia" w wersji filmowej był poniekąd komedią romantyczną. Książka jest zupełnie inna. To bardziej powieść obyczajowa o odnajdywaniu na nowo swojego miejsca w świecie, który tylko pozornie pozostał taki sam, bo psychika nie potrafi zaakceptować zmian. Ale i miłość ma w niej ważne miejsce. Ostatecznie okazuje się przecież, że wpływ na nas mają ci obecni przy nas cały czas, a w życiu Pata pojawia się inna kobieta.

A na koniec jeszcze o spoilerach. :) 
Pat czyta sporo literatury amerykańskiej i kilka książek, które chciałam przeczytać, zakończeniem mnie już nie zaskoczą. :)

środa, 10 kwietnia 2013

"ZIMA ŚWIATA" KEN FOLLETT

O "Upadku gigantów" pisałam nieco ponad rok temu, w tej notce . Od tego czasu to jeden z najpopularniejszych postów na blogu. Pytanie o drugi tom z cyklu Trylogia Stulecia, powtarzało się bardzo często w zapytaniach. Wreszcie jest. Powiem szczerze, że choć pierwszy tom mnie zainteresował, to jednak nigdy nie żałowałam, że zapoznałam się z nim przez bibliotekę. Po przeczytaniu nigdy nie miałam myśli, by jednak kupić i cieszyć się nim na półce. 
Kiedy do księgarń zawitał tom drugi, miałam moment zwątpienia. Wyłożone w Empiku tomy w twardej oprawie, bardzo kusiły, choć para na okładce niebezpiecznie kierowała moje czytelnicze skojarzenia w stronę typowego romansu. Biłam się z myślami długo, bo cykle lubię kończyć. Nawet jak coś jest generalnie nienajlepsze, mam wielką pokusę, by kupić, przeczytać. Najwyżej później wymienię. :)
Pewnie w końcu jakaś wizyta w księgarni, skończyłaby się szybkim zakupem, tak by niedoszły do głosu wątpliwości. Na szczęście zanim tak się stało, zauważyłam "Zimę świata" na liście zakupów mojej biblioteki. Kolejka oczekiwania była długa, ale pod koniec zeszłego tygodnia książka trafiła w moje ręce.

Ten bardzo długi wstęp ma Wam uświadomić, jak mimo wszystko czekałam na tę książkę. Oczekiwania miałam duże, bo pierwsza część, mimo kilku zastrzeżeń, czytała się bardzo szybko, a i tematyka była z tych bardzo interesujących. Kiedy spojrzałam całkiem niedawno na średnią ocena na Biblionetce, byłam zachwycona. Nota w granicach 5,00 sugerowała, że autor poprawił niedociągnięcia tomu pierwszego i drugi będzie czystą rozkoszą dla czytelnika.

Faktem jest, że Follett podjął się bardzo trudnego zadania. Osnucie fabuły na filarach najważniejszych wydarzeń XX wieku wymusza rozmach w doborze miejsc akcji i bohaterów. Trudno sobie jednak wyobrazić bardziej przyciągające tematy. Dwie wojny  światowe, feminizm, rozwój komunizmu i faszyzmu, to tylko niektóre z tematów, które znajdziemy na ponad dwóch tysiącach stron obu tomów. 
Brzmi zachęcająco, prawda?

"Zima stulecia" obejmuje lata 1933 - 1949. Pierwszoplanowi bohaterowie to dzieci postaci opisywanych w
"Upadku gigantów". Dobrze znani znajomi z tego tomu, tym razem występują w drugim planie. Następuje zmiana pokoleń, ale nadal Follett ma ambicję pokazać szeroki przekrój społeczny i polityczny. Śledzimy więc losy bogatej amerykańskiej dziedziczki, lekceważonej przez śmietankę towarzyską, która w końcu decyduje się na podbój angielskiej arystokracji. Autor przerzuca akcję z USA do Anglii, z Niemiec do Związku Radzieckiego, opisując koleje losów polityków, żołnierzy, działaczy komunistycznych, przeciwników i zwolenników faszyzmu.
Bardzo duży rozrzut sprawia, że czasem ma się wrażenie, jakby czytało się kilka powieści, których bohaterowie dziwnym trafem, często się spotykają. Kiedy już poczułam, że zagłębiam się w jedną opowieść, po chwili okazywało się, że muszę się przenieść w inne realia. Trochę to psuło rytm powieści. 

Poza tym pisanie o tak wielu bohaterach wymagało dużej skrótowości. Zaowocowało to nagromadzeniem bardzo nieraz dramatycznych wydarzeń na kilku stronach. Ciężko mi się było przejąć jednym dramatem, bo wiedziałam, że w następnym rozdziale wydarzy się następny. A Follett swoich postaci nie oszczędza. Trudno się zresztą dziwić, bo przecież wszystkie postacie są w samym środku wydarzeń kształtujących obraz świata. Powinno to dawać efekt wyczuwalnego napięcia, tymczasem powieść tego napięcia jest tak naprawdę pozbawiona. Przełomowe wydarzenia nie przykuwają uwagi, bo jest ich za dużo. Ciągle ten, czy inny bohater się zakochuje, poznaje miłość swojego życia, traci z nią kontakt, rozwodzi się, zaręcza, przeżywa śmierć kogoś bliskiego. I tak fabuła się kręci, a autor zmienia tylko otoczenie i imiona. 
Drugim sposobem na zagwarantowanie dramatyzmu akcji, miało zapewne być wrzucenie wszystkich postaci w wielki tygiel zmian historycznych. Sprawdziło się to w pierwszym tomie, kiedy miałam wrażenie, że zaglądam za kulisy historii. W drugim tomie to nie zdało egzaminu. Ilość zagrożeń jaka czyha na bohaterów, szybko przestaje robić jakiekolwiek wrażenie na czytelniku. Przecież autor nie zabije jedynej postaci, poprzez którą poznajemy sytuację np. w Niemczech, czy USA. 

Podstawową słabością tej powieści jest paradoksalnie jej rozmach. Dodanie większej ilości drugoplanowych bohaterów rozwlekłoby fabułę w nieskończoność. Ograniczenie pierwszoplanowych postaci do kilku osób, spowodowało, że nie mamy do czynienia z pełnowymiarowymi ludźmi, a raczej z modelami, którym kazano przeżywać wszystkie możliwe radości i problemy, zmieniające się tylko w zależności od miejsca urodzenia i zamieszkania. Poza tymi wymuszonymi położeniem geograficznym i różnicami politycznymi zmianami, postacie Folletta są zadziwiająco wręcz podobne. Prawdziwy koszmar zaczyna się jednak wtedy, kiedy autor wkłada w ich usta przemowy, które streszczają przemiany zachodzące w poszczególnych krajach, co wypada bardzo sztucznie i dodatkowo odbiera bohaterom ludzkości, czyniąc z nich tylko przekładowe jednostki.

Tak sobie piszę i wychodzi na to, że "Zima świata" absolutnie mi się nie podobała. A jednak przeczytałam te ponad tysiąc stron i jeśli biblioteka zakupi tom trzeci, to też przeczytam. Powód tkwi, w tym, że naprawdę muszę poznać koniec, jeśli zaczęłam czytać.
Po drugie zaś nie potrafię odmówić sobie lektury żadnej książki, której akcja zahacza o II wojnę światową. 
Tutaj dodatkowym atutem, była obecność niemieckiej rodziny, będącej tym samym świadkiem rozwoju faszyzmu, fobii skierowanej przeciwko Żydom, by potem uświadomić sobie, że klęska Niemiec jest tylko kwestią czasu, a dawnym wygranym przyjdzie się zmierzyć z okrutnym odwetem radzieckich żołnierzy. Bardzo mnie również ucieszył fakt, że Follett nie przemilczał flirtu Anglii z nazizmem, który znalazł swoich zwolenników wśród przedstawicieli arystokracji. 
I choć i tutaj autor prześlizguje się tylko po ważnych problemach, bo zwyczajnie jest ich za wiele, by wszystkim poświęcić tyle miejsca, na ile zasługują, to jednak ta część powieści sprawia, że nie żałuję czasu spędzonego z drugim tomem "Trylogii Stulecia".




poniedziałek, 8 kwietnia 2013

STOS NA KWIECIEŃ

Uzbierałam na nowy stos, który Wam prezentuję po ciepłym i słonecznym weekendzie. Pogoda wygoniła mnie na spacer, niewiele czytałam, potrzeba odmiany zwyciężyła. Pewnie znaczenie miało i to, że czytałam "Zimę świata"Kena Folleta. Pierwsza część była stanowczo lepsza i ten tom raczej męczyłam, ale o tym za jakiś czas w osobnej notce.

A teraz nowości na półkach.

1. Emily Giffin "Sto dni po ślubie"
2. Graham Swift "W świetle dnia"
3. Anna J. Szpielak "Dworek pod Lipami"
4. Marian Keyes "Najjaśniejsza gwiazda na niebie"
5. Natasha Salomon "Powieść w altówce"
6. Meredith Goldstein "Single"
7. Margaret Dilloway "Sztuka uprawiania róż z kolcami"







8. Matthew Quick "Poradnik pozytywnego myślenia"
9. Javier Moro "Hinduska miłość"

10. Małgorzata Szejnert "Śród żywych duchów""
11. Hilary Mantel "W komnatach Wolf Hall"



12. Edith Wharton "Wiek niewinności"        
13. Preethi Nair "Sto odcieni bieli"
14. Sarah-Kate Lynch "Za oknem cukierni"
15. Kate Alcott "Ocalone z Titanica"
16. Henry James "W kleszczach lęku"











Trochę tu od dawna upatrzonych książek, trochę wymian i całkiem nieprzewidzianych tytułów. Część jest z wymian, kilka z promocji w księgarniach internetowych, a dwie pochodzą z nawiązanej niedawno współpracy z wydawnictwem.
Kilka powieści mam zamówionych, ale ich odbiór wypada dopiero za jakiś czas. Wiem też, że na mojej liście must have są jeszcze cztery książki z zapowiadanych nowości, m.in nowa powieść Kate Morton. Ale mam mocne postanowienie ograniczyć przybywanie książek. Lubię jak półki się wypełniają, to się nie zmieniło, ale zbyt duży wybór skutkuje tym, że nie wiem, na co się zdecydować i w rezultacie idę do biblioteki, bo tu decyzja jest łatwa. Trzeba przeczytać, to co szybko musi być oddane. 
Jak tak dalej pójdzie otoczona będę książkami, które będą tylko czekały. Trzymajcie mnie więc za słowo, a może następny stos uzbiera się nieco później. :)

niedziela, 7 kwietnia 2013

"RÓŻA Z WOLSKICH. PODRÓŻ DO MIASTA ŚWIATEŁ" MAŁGORZATA GUTOWSKA-ADAMCZYK

Ominęła mnie popularność "Cukierni pod Aniołem". Nie mogę powiedzieć, że trzytomowa saga nie przypadła mi do gustu, ale zauroczona też nie byłam. Niemniej książki wywarły na mnie pozytywne wrażenie i byłam ciekawa następnych powieści Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk.
Wkrótce po "Cukierni" ukazała się "Róża z Wolskich. Podróż do miasta świateł". 

Podobnie jak w przypadku "Cukierni pod Amorem" mamy do czynienia z dwiema opowieściami: współczesną i osadzoną na przełomie XIX i XX wieku. Łączy je osoba Róży Wolskiej, która wraz z matką przybywa do Paryża, by tam szukać pomocy u znanych lekarzy. Dziewczynka po zesłaniu ojca na Syberię, przestała mówić. W stolicy Francji gościny udziela im bogaty wuj. Róża i jej matka mogą zwiedzać miasto, czerpać przyjemność z rozrywek, które oferuje. Jednak matka Róży odrzuca to wszystko. Upiera się przy okazywanej na każdym kroku żałobie, strofuje dziewczynkę za każdy wyraz radości życia. 
Sytuacja ulega pogorszeniu, kiedy wuj umiera. Obie kobiety zostają wtedy zmuszone do samodzielnego życia na obczyźnie, bez przyjaciół, rodziny i praktycznie bez grosza.
Drugim wątkiem, który pozostaje jednak w cieniu tego poświęconego Róży, poznajemy Ninę. Kobieta przyjeżdża do Zajezierzyc, by zorganizować pogrzeb ciotki, której nawet nie znała. Zatrzymuje się w hotelu prowadzonym w dawnym pałacu, którego właścicielką jest Iga Hryć. 
Nina jako historyk sztuki zostaje poproszona o zbadanie autentyczności obrazu, którego autorką ma być Rose de Vallenrod, czyli właśnie Róża Wolska.

Powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk przenosi nas do fascynującego miasta, do Paryża na przełomie wieków. Za sprawą Róży, która wybiera artystyczną drogę życia poznajemy środowisko szkół malarskich. Córka polskiej szlachcianki, wychowana w skromności i szacunku dla nieobecnego ojca, którego już nie bardzo pamięta, odkrywa inny świat. Pozuje jako modelka, projektuje piękne suknie, wreszcie zakochuje się miłością, na pierwszy rzut oka, niemożliwą do spełnienia. To uczucie prowadzi ją w rejony artystycznych salonów, które najpierw obserwuje, a potem sama zaczyna szukać swojej niszy, w której mogłaby się realizować.
Osamotniona, ciągle narażona na krytykę ze strony matki, nierozumiejącej zachodzących w świecie zmian, żyje w poczuciu braku akceptacji i zrozumienia, które jeszcze pogłębia angażując się w trudny związek z mężczyzną.
Mimo to Róża podejmuje walkę, uczy się przeciwstawiać matce, choć ta ciągle wzbudza w niej poczucie winy. Losy Róży to obraz podejmowanej z trudem emancypacji kobiety, która chce brać odpowiedzialność za swój los i samodzielnie podejmować decyzje, godząc się na konsekwencje, które mogą one przynieść.

Paradoksalnie wiele lat później z podobnymi problemami boryka się Nina. Przy wyborze studiów odrzuciła swoje zdolności artystyczne. Wybrała bardziej stabilną historię sztuki, choć ta decyzja też nie spotkała się z aprobatą jej matki. Dorosła kobieta nadal żyje pod dyktando wysyłanych regularnie sms-ów z listami zakupów i kolejnymi instrukcjami. 
Relacje obu matek i córek są toksyczne, pozbawione bliskości i czułości, a jednak mają też w sobie sporą dozę uzależnienia, bo brak kontaktu też wyzwala obawy, nie pozwalające się skupić na własnym życiu.

"Róża z Wolskich" to bardzo dobra książka, kobiece czytadło sprawdzające się przy każdej pogodzie, w domu, czy podróży. Czytałam ją z przyjemnością płynącą z poczucia, że poznaję coś nowego, osnutego wciągającą fabułą, która nie pozwala się nudzić. I napis informujący o końcu pierwszego tomu na ostaniej stronie był zapowiedzią, że to dopiero początek dobrej lektury. 

środa, 3 kwietnia 2013

"SZTUKA UPRAWIANIA RÓŻ Z KOLCAMI" MARGARET DILLOWAY

Kiedy składamy sobie życzenia z okazji urodzin, imienin, czy innych świąt zawsze wspominamy o zdrowiu. Jeżeli ma się zdrowie, wszystko inne można osiągnąć własnymi siłami. Zdrowie jest bezcenne.
Ale co, jeśli tego zdrowia nie ma? Są przecież osoby, które są chore od dziecka. Ich codzienność to lekarze i szpitale, ciągłe konsultacje, badania i nadzieja na poprawę.

Do takich osób należy Gal, trzydziestosześcioletnia nauczycielka biologii w szkole średniej. Wprawdzie nie spędza swojego całego życia w szpitalach, ale jest po przeszczepach nerek i właśnie czeka na kolejny. Jej organizm funkcjonuje tylko dzięki cotygodniowym, całonocnym dializom. Jej życie prywatne ogranicza się do jednej przyjaciółki i hodowli róż. Kwiaty są pasją Gal. Wypełniają praktycznie każdą wolną chwilę, zajmują każdą myśl. Nie jest to zwykła uprawa, bo Gal jest profesjonalistką, chce stworzyć całkiem nową odmianę róż.  W szkole jest surową, ale sprawiedliwą nauczycielką, dąży do tego, by jej wychowankowie nauczyli się samodzielnie myśleć. 
Jednak przede wszystkim jest samotna. Nie dopuszcza blisko nikogo, kto mógłby się bliżej nią zainteresować. Uporządkowaną codzienność rujnuje pojawienie się siostrzenicy. Jej matka wyjechała do Hongkongu, do pracy, a córkę niespodziewanie wysłała do Gal.
Gal nigdy nie miała z siostrą dobrych stosunków, ale Riley jest dla niej ważna. Pojawienie się dziewczyny zmusza Gal do innego spojrzenia na otaczający ją świat.

Niewątpliwie tematyka tej powieści nie należy do najłatwiejszych. Autorka nie oszczędza nam opisów różnych dolegliwości, z którymi musi sobie radzić Gal. Konieczność dializ to tylko jeden z elementów jej choroby. 
Jednak poza chorobą Gal książka porusza i inne problemy.
Szczególnie zainteresowało mnie funkcjonowanie rodziny, w której wszystko podporządkowane jest jednemu z dzieci. Gal od początku, z racji swojego stanu, była traktowana ze szczególną uwagą. Z jednej strony taka sytuacja może prowadzić do wymuszania przez dziecko przywilejów, z drugiej może być uciążliwa. Dziecko chce się wtedy za wszelką cenę usamodzielnić. Zawsze jednak drugie dziecko jest, albo tylko czuje się odsunięte na drugi tor. Relacje Gal i jej siostry zawsze były naznaczone cieniem choroby, która nigdy nie pozwoliła im się do siebie zbliżyć.

Przyjazd Riley sprawia, że Gal zaczyna się interesować sprawami, które nigdy wcześniej jej nie dotyczyły. Nadal musi się zajmować sobą, nadal poświęca się uprawie róż, ale w kręgu jej zainteresowań pojawia się żywa osoba z potrzebami. Trzeba wysłuchać zmartwień, problemów, obdarzyć czułością, sprawić, że będzie się czuła chciana i kochana. Dla kogoś, kto do tej pory był zajęty tylko sobą, nie jest to proste. 
Otwierając się na obecność siostrzenicy, Gal zaczyna dostrzegać w swoim otoczeniu istnienie innych osób, którym na niej zależy.

Pomimo trudnej tematyki, czytanie powieści nie sprawia trudności. Od początku poczułam się zaintrygowana zestawieniem tematyki dotyczącej choroby z profesjonalnymi uwagami na temat uprawy róż. Życie, tak jak i te najpiękniejsze z kwiatów ma swoje kolce, ale bez nich wszystko byłoby banalne. Trzeba przyjąć to co daje nam los i wykorzystać to na swój sposób.



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości: 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...