niedziela, 24 marca 2013

"ABEL I KAIN" KATARZYNA KWIATKOWSKA

Za oknem nic nie wskazuje na to, że mamy już w kalendarzu wiosnę. Zimno, śnieżno, a krajobraz bardziej przypomina ten z okolicy Bożego Narodzenia niż Wielkanocy. 
Ja jednak przez ostanie dni miałam wrażenie, że wokół mnie panują całkiem inne temperatury. Wszystko przez nową książkę Katarzyny Kwiatkowskiej "Abel i Kain". W zeszłym roku pisałam w tej notce o "Zbrodni w błękicie", pierwszej powieści z Janem Morawskim w roli głównej. Wtedy, w środku lata, czytałam o mroźnej zimie, teraz, kiedy śnieg za oknem, o istnieniu innych pór roku przypominała mi ta książka. 

Jest środek bardzo upalnego lata roku 1900. Jan Morawski wraz ze służącym, który bardziej przypomina towarzysza i przyjaciela, ma jechać do znanego z poprzedniej części domu Tadeusza Tarnowskiego na chrzciny. Jednak zanim tam trafi, na prośbę Tadeusza, udaje się do majątku Adama Ponińskiego, gdzie niedawno miały miejsce wydarzenia tragiczne. Najpierw po bardzo ciężkim porodzie umarła synowa właściciela wraz z nowo narodzonym dzieckiem. Potem w gabinecie znaleziono ciało jego najstarszego syna. O morderstwo zostaje oskarżony młodszy potomek. Nikt z domowników nie wierzy w jego winę, ale Edward zamknięty w areszcie, milczy i ani słowem nie komentuje swojego ciężkiego położenia. 
Jan spełnia życzenie przyjaciela i postanawia spróbować dowiedzieć się, co naprawdę zdarzyło się w noc morderstwa.

Pisałam już nieraz, że kocham książki, które wciągają mnie bez reszty w swój świat. "Abel i Kain" bez wątpienia należy do takich właśnie powieści. Odwracając kolejne strony z radością odkrywałam, że klimat książki opiera się w głównej mierze na świetnie skonstruowanym tle wydarzeń i bardzo zróżnicowanych charakterach bohaterów. Adam Poniński jest człowiekiem obowiązkowym, prowadzi swój majątek z wyczuciem, pozwalającym uzyskiwać dobre zyski. Wierzy, że w ten sposób też można doprowadzić do odzyskania prze Polskę niepodległości. Kierując się tym przekonaniem pomaga swoim sąsiadom i każdy może się do niego zwrócić z problemem. Edwardowi również do tej pory nic nie można było zarzucić. To raczej zamordowany Adam był czarną owcą w rodzinie, jednak ojciec był i jest przekonany o jego nieskazitelnym charakterze, w czym jeszcze utwierdzają go wszyscy domownicy, ukrywając przed nim prawdziwe oblicze juniora. Jan od początku czuje, że Edward nie byłby zdolny do bratobójstwa, ale kolejne odkrywane przed nim sekrety, uświadamiają mu, że spokojny na pierwszy rzut oka majątek, tak naprawdę skrywa burzliwe wydarzenia, które mogły doprowadzić do śmierci Adama.

Za sprawą powieści Katarzyny Kwiatkowskiej po raz kolejny przeniosłam się do świata, który już nie istnieje i miałam okazję podejrzeć funkcjonowanie dużego domu i gospodarstwa na przełomie XIX i XX wieku. Polubiłam małą wnuczkę gospodarza, uroczo kapryszącą przy każdym posiłku i rezydenta, pana Terencjusza  który z kolei wszystko pochłania z jednakowym zaangażowaniem, jeśli tylko nie zawiera zbyt dużo warzyw. "Abel i Kain" to kryminał bogaty w różnorodne, wiarygodne charaktery, których obecność ubarwia zagadkę kryminalną, której rozwiązania podejmuje się Morawski. A i samo śledztwo jest zajmujące. Autorka kieruje umiejętnie domysłami czytelnika, co jakiś czas kierując podejrzenie na różne postaci. W pewnym momencie byłam pewna, że wiem kto zabił, ale moje typy okazały się błędne, a finał mnie trochę zaskoczył. 
Na uwagę zasługują również widoczne w powieści starania, by czytelnik poczuł, że akcja dzieje się faktycznie w Wielkopolsce. Mateusz żartuje więc z oszczędności, z której słynie region, a bohaterom zdarza się mówić gwarą. Wszystko to sprawia, że kryminał czyta się z prawdziwą przyjemnością, która płynie nie tylko z obcowania z  przemyślaną fabuła, ale i ze światem, skonstruowanym z dbałością o szczegóły.

Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że to nie ostatnie spotkanie z Janem i Mateuszem.


Za możliwość przeczytania książki, bardzo serdecznie dziękuję pani Katarzynie Kwiatkowskiej.




środa, 20 marca 2013

"DOM JEDWABNY" ANTHONY HOROWITZ

Sherlock Holmes pojawił się po raz pierwszy w powieści "Studium w szkarłacie", wydanej w 1887 roku. Artur Conan Doyle napisał jeszcze 3 powieści i 56 opowiadań z detektywem w roli głównego bohatera i Watsonem, jego wiernym towarzyszem i kronikarzem. 
Można uważać, że postać mająca już tyle lat, straciła nieco ze swojej atrakcyjności. Jednak przygody Holmesa są cały czas ekranizowane i to nie tylko w klasycznej formie. Wystarczy wspomnieć tutaj o interpretacji Guy'a Ritchie, z Robertem Downey'em Jr. w roli głównej. Każda część przyciągnęła do kin rzesze widzów i pewnie za jakiś czas dostaniemy część trzecią, bo przecież nie zabija się kury, znoszącej złote jajka. 
Niedawno też wierni fani Sherlocka Holmesa mogli się cieszyć rozpoczęciem zdjęć do trzeciej serii serialu o detektywie, którego tym razem przeniesiono do współczesnego Londynu. Przed pierwszą częścią miałam wrażenie, że taki eksperyment nie może się udać, albo że wyjdzie to co najmniej dziwacznie. Nie wyszło, a sam serial jest świetny i zaskakująco wierny wersji książkowej.

Na mojej półce leży już od ponad roku, wielkie tomiszcze zatytułowane "Księga dokonań wszelkich Sherlocka Holmesa". Zakupiona na fali popularności serialu, od czasu do czasu jest wyciągana, bym mogła oddać się czytaniu pojedynczego opowiadania. Więcej nie daję na razie rady, nie umiem się zagłębić w tym świecie bez pamięci i myśleć tylko o przewracaniu stron. 
Obok leży sobie skromniejszy rozmiarowo tom pt. "Dom Jedwabny". Autor, Anthony Horowitz, podjął się dopisania do serii przygód Holmesa jeszcze jednego rozdziału. Mamy więc do czynienia z klasyczną kontynuacją, która dodatkowo w założeniu ma być jak najbardziej wierna oryginałowi.

Od wstępu Watsona, bo to on jak zwykle opowiada całą historię, wiemy, że ostatnie zlecenie Holmesa musiało zostać zatajone, a relacja kronikarza słynnego detektywa, mogła się ukazać dopiero w sto lat po śmierci wszystkich zaangażowanych osób.
Zaczyna się od powrotu Watsona do czasów kawalerskich. Jego żona wyjeżdża, a on sam przenosi się do domu Holmesa, pod opiekuńcze skrzydła troskliwej gospodyni. Spokój zakłóca im wizyta bogatego marszanda z Wimbledonu. Od pewnego czasu ma on wrażenie, że ktoś go obserwuje. A ponieważ niedawno w Ameryce był uczestnikiem niezwykłych wydarzeń, podczas których to życie straciło kilku członków bandy rabusiów, obawia się zemsty. Sherlock podejmuje się zbadania tej sprawy, która szybko okazuje się tylko początkiem afery, która zatacza coraz szersze kręgi, zahaczając o wpływowe wyższe sfery.
Watson i Holmes będą musieli się zmierzyć z ludźmi, którzy nie zawahają się przed niczym, by tajemnica Domu Jedwabnego nie wyszła na jaw.

Jeśli znacie opowiadania Artura Conan Doyle'a, lektura "Domu Jedwabnego" będzie jak powrót w dobrze znane środowisko. Anthony Horowitz kontynuuje dobrze znane wątki i pozwala wrócić wszystkim postaciom. Swój udział w rozwiązywaniu zagadki ma więc i brat Sherlocka, i  inspektor Lastrange. 
Moim zdaniem nieznajomość opowiadań, nie przeszkadza w czytaniu tej kontynuacji, ale na pewno lepsze rozeznanie, pozwala wcześniej zauważyć niektóre tropy. Wybór więc należy do was.
Kolejne śledztwo Holmesa ma bardzo mroczny momentami charakter. By powiązać ze sobą wszelkie poszlaki, bohaterowie będą musieli zagłębić się w ciemne zaułki Londynu. 
Stolica Anglii to miasto rozwarstwione. Na powierzchni widać piękne domy, czyste ulice, eleganckie damy i dżentelmenów. Wystarczy się jednak zagłębić w nieoświetlone zakamarki, by odkryć przepełnione domy dla sierot, brudne zajazdy i bardzo przedsiębiorcze młodociane gangi, przed którymi nic się nie ukryje. 
To tam ,w palarniach opium i innych podejrzanych miejscach, szukają rozrywki dobrze urodzeni bogacze, którym pieniądz gwarantuje zaspokojenie wszelkich możliwych zachcianek i przede wszystkim anonimowość.

Od pierwszej strony zagłębiłam się w ta historię, a jej późniejsza coraz mroczniejsza atmosfera, nie pozwoliła mi zapomnieć o odłożonej na później książce. Co wieczór wiernie wracałam do bohaterów i z nimi błądziłam po Londynie odkrywając jego kolejne tajemnice. 


poniedziałek, 18 marca 2013

"PIASEK W BUTACH" ELIN HILDERBRAND I "NIEDORĘCZONY LIST" SARAH BLAKE,

CZYLI ZALEGŁOŚCI "Z PÓŁKI".


Trzy kobiety przyjeżdżają na wyspę Nantucket. Każda z nich boryka się z problemami. Mniejsze, lub większe skutecznie zaprzątają im myśli, sprawiając, że podróż, która miała być powrotem do wspomnień z dzieciństwa i młodości, staje się ucieczką od kłopotów. Pozostają jednak rozmyślania, które jak piasek w butach, pozostały po wypadzie na plażę, irytuje.
Vicky ma udane małżeństwo, dwójkę dzieci, zawsze prowadziła zdrowy tryb życia, jednak to właśnie ona zapada na raka płuc. Zamiast zostać w domu, w dużym mieście, z dobrze wyposażonymi szpitalami, decyduje się na przyjmowanie chemioterapii na wyspie. Zostawia męża, któremu bardzo trudno jest się pogodzić z tą decyzją, zabiera dzieci, siostrę i wyjeżdża do małego domku, który zostawiła im babcia.

Jej siostra to Brenda, kobieta, która własnie zrujnowała swoją błyskotliwą karierę uniwersyteckiego wykładowcy, romansem ze studentem. Przy okazji uszkodziła bardzo cenny obraz, będący własnością uczelni. Bez pracy, bez pieniędzy na odszkodowanie na renowację dzieła, zaszywa się na wyspie, by tam w spokoju napisać scenariusz filmu, który by zapewnił mile widziane w tych okolicznościach honorarium.

Towarzyszy im przyjaciółka Vicky. Melanie, po wielu latach starania się o dziecko, odkryła, że jest w ciąży. Prawie równocześnie dowiedziała się o romansie męża, który zmęczony podporządkowaniem ich życia intymnego chęci posiadania dziecka, poszukał sobie kobiety, bez takich pragnień.

W opiece nad dziećmi pomaga im Josh, młody chłopak, dla którego to lato stanie się czasem przekraczania progu dorosłości.
Książka szybka w lekturze, lekka, ale nie pozbawiona momentów refleksji. Bohaterki czasem irytujące,  ale można je polubić, choć głębsze przejęcie się ich troskami, nie stało się moim udziałem. Powieść na kilka wieczorów, miło wypełniła czas, ale nie nic więcej.


"Niedoręczony list" to historia trzech kobiet, które połączył pewien list. Iris jest naczelniczką poczty. Kobieta jest bardzo oddana swojej pracy, tropi wszelkie nieścisłości i drobne pomyłki, a jednak pewnego dnia zacznie się zastanawiać, czy może nie zataić pewnej wiadomości i pozostawić jej adresatkę w nieświadomości. 

Frankie to dziennikarka nadająca relacje z bombardowanego Londynu. Przebywając w tym mieście, żyjąc w ciągłym zagrożeniu, przekazuje wrażenia z codziennego życia słuchaczom zza oceanu. Po śmierci przyjaciółki przejmuje jej misję i opowiada również o tym, co spotyka Żydów w kolejnych krajach, zajmowanych przez Niemców.

Emma zaś jest żoną doktora. Z początku ufna i pogodna z nadzieją młodej żony patrzy w przyszłość. Niestety jej mąż, poruszony śmiercią pacjentki, którą stracił w wyniku bardzo ciężkiego porodu, postanawia wyjechać do Londynu, by tam pracować w szpitalu, niosąc pomoc rannym w wyniku bombardowań.

Losy tych trzech kobiet splata ze sobą przypadek i wojna. 
Była to dla mnie powieść, w której tytułowy niedoręczony list pozostał w tle. Bardziej zainteresował mnie za to obraz ludzi, których życie przebiega tak odmiennie z racji miejsca zamieszkania. Frankie przebywa w Londynie, wieczorami biegnie do schronów, jest świadkiem ludzkiej śmierci, codziennie obserwuje cichą rozpacz i determinację swojej przyjaciółki, która wszystkim opowiada o sytuacji Żydów w Europie. Potem siada przed mikrofonem i wyobrażając sobie, że mówi do matki, opowiada o życiu w czasie wojny. Po drugiej stronie, w USA są ludzie, którzy jeszcze nie wiedzą co to znaczy, ale już zaczynają czuć zagrożenie. Matki obawiają się o swoich synów, niemieccy emigranci traktowani są z wrogością i pogardą, wszyscy wypatrują szpiegów w swoim otoczeniu.

Wiedziałam, że akcja tej książki toczy się w czasie II wojny światowej, ale subtelna okładka sprawiła, że oczekiwałam raczej ciut sentymentalnej opowieści miłosnej o rozstaniu. Zaskoczył mnie delikatny, ale czasem nieco zbyt formalny styl tej opowieści, w której  głównym wątkiem jest relacja trzech kobiet. Emma i Iris z uwagą słuchają opowieści Frankie, jej audycje sprawiają, że tak odległe od nich wydarzenia, poruszają i zaprzątają myśli. Żadna z nich nie przypuszcza jednak, że los zetknie je ze sobą jeszcze bliżej, a Frankie będzie musiała osobiście przekazać wiadomość, która zmieni życie Emmy.
Intrygująca historia, szkoda tylko, że w jej odbiorze przeszkadza trochę powściągliwy styl autorki. 


Książki przeczytane w ramach wyzwania: Z półki.



środa, 13 marca 2013

"WODA DLA SŁONI" SARA GUERN

Może to dziwne, ale nigdy nie lubiłam cyrku. Nawet gdy jako dziecko widziałam plakaty reklamujące przyjazd takiego widowiska do mojego miasta, nie czułam pokusy, by namówić rodziców na wycieczkę. Pamiętam jedno przedstawienie, na którym byłam, ale wiążą się z nim żadne szczególne wspomnienia, czy przeżycia. 

Ale w powieści Sary Guern "Woda dla słoni" cyrk jest dla głównego bohatera miejscem wyjątkowym. Joseph jest studentem weterynarii, po której ukończeniu zamierza dołączyć do praktyki, prowadzonej przez jego ojca. Tuż przed egzaminem końcowym dostaje jednak tragiczną wiadomość, o śmierci rodziców w wypadku samochodowym. Na skutek kłopotów finansowych, bank zajmuje cały majątek, jaki miał przypaść chłopakowi. Wszystkie plany Jacoba stają się nagle nieaktualne.
Na jego drodze staje pociąg wiozący z miasta do miasta cyrk. A weterynarz, nawet bez dyplomu zawsze się  w cyrku przyda. Jacob poznaje życie ludzi związanych z tym interesem od podszewki i przekonuje się, że poza namiotem i samym momentem przedstawienie niewiele w nim magii. 
Dla właściciela to przede wszystkim biznes, w którym aby zarobić, trzeba na wszystkim oszczędzać. Zwierzęta są więc często karmione zepsutym mięsem, ludzie nie zawsze otrzymują wypłaty na czas, a jeśli ktoś zostanie uznany za bezużytecznego, ląduje poza pociągiem, pozostawiony własnemu losowi. 

Dla Jacoba cyrk staje się jednak całym światem, mimo że dostrzega on wszystkie ciemne strony z nim związane. Dla tego młodego człowieka staje się on prawdziwą szkołą życia. Znajduje tam przyjaciół i to co najważniejsze - prawdziwą miłość, o którą musi zawalczyć. 

"Woda dla słoni" jest napisana w formie wspomnień Jacoba, który w podeszłym wieku znajduje się w domu starców. Staruszek wprawdzie nie potrafi podać dokładnie swojego wieku, ale konieczność przebywania w takim miejscu jest dla niego źródłem udręki. Ten pełen życia człowiek tęskni za przeszłością, za przygodą, która była dla niego chlebem codziennym. Uporządkowany rytm dnia w domu opieki obracający się wokół posiłków i leków, drażni go i przypomina o tym, że nikomu jest już niepotrzebny.
Bardzo trafnie oddała autorka nastroje mężczyzny, którego myśli i umysł pozostały młode, a tylko głupie ciało potrzebuje więcej czasu na odpowiednie działanie. 

Tej powieści niewiele można zarzucić. Fabuła jest przemyślana i dobrze skonstruowana, a jej tematyka może zaciekawić. Jest to historia wielkiej miłości, przyjaźni człowieka ze zwierzęciem, z realnym tłem w postaci kraju pogrążonego w kryzysie, gdzie zdobycie pracy było rzeczą graniczącą z cudem. Autorka z wielkim zaangażowaniem kreśli obraz ludzi związanych z wielkim widowiskiem, których społeczeństwo uznaje za wybryki natury. Ci ludzie znajdują tam swój dom, jednak całe życie uczą się, że ich egzystencja naznaczona jest samotnością wynikającą z inności.
Jacob w cyrku odnalazł cel i sens swojego życia, kilkadziesiąt lat później nie żałuje żadnej podjętej przez siebie decyzji. Niewielu ludzi może mieć taką świadomość.

Wiem, że ta powieść ma bardzo wielu zwolenników, ale ja odebrałam ją bardzo spokojnie. Kolejne strony czytałam bez uczucia niepokoju i chociaż mogę zrozumieć zachwyty, które wzbudza w czytelnikach, to jednak ich nie podzielam. Doceniam wszystkie jej zalety: dobrze oddane i sugestywne portrety psychologiczne postaci, oryginalne miejsce akcji, logiczny bieg i prawdopodobny bieg wydarzeń. Wszystko to przemawia na plus, ale ja nie poczułam się niestety zaangażowana w tą opowieść.

poniedziałek, 11 marca 2013

"CIĘŻAR MILCZENIA" HEATHER GUDENKAUF

Zawsze z rezerwą podchodziłam do książek z wydawnictwa Mira. Harlequiny nigdy nie należały do moich ulubionych lektur, ale tutaj od pierwszej chwili zachwyciła mnie okładka. Dodatkowo inspirujący opis sprawił, że pomyślałam, że może czas przełamać niechęć. Powieść ta sporo czasu przeleżała na półce i wreszcie przyszła pora na jej przeczytanie, tym bardziej, że czas biegnie, a moje wyzwanie związane z czytaniem książek dawno zakupionych i odłożonych, raczej tkwi w miejscu.

Z dwóch domów znikają w nocy dwie dziewczynki. Calli i Petra są przyjaciółkami, prawdziwymi pokrewnymi duszami, które mogą się porozumiewać bez słów. W tym przypadku nie jest to tylko pusty slogan, bo Calli naprawdę nie mówi. Przestała w wieku czterech lat i teraz, siedem lat później, nadal porozumiewa się z otoczeniem za pomocą gestów i podstaw języka migowego. Petra zaś zawsze wie co Callie myśli i czuje, w naturalny więc sposób staje się jej rzeczniczką w szkole.

Rodziny obu dziewczynek są bardzo różne. Ojciec Petry jest wykładowcą uniwersyteckim, spotkał swoją żonę, kiedy już myślał, że pisane jest mu tylko bycie starym kawalerem. Córka jest spełnieniem marzeń, wyczekiwanym promykiem, który dobrym sercem zjednuje sobie wszystkich wokół. Słodka dziewczynka, która zawsze słucha się rodziców. 
Callie nie żyje w tak szczęśliwym domu. Ma wprawdzie kochająca mamę i brata, ale rodzina jest spokojna tylko wtedy, kiedy ojciec dzieci wyjeżdża do pracy na Alaskę. Moment jego powrotu oznacza zwykle pełną agresji atmosferę, a wybuchów wściekłości nigdy nie można przewidzieć, co całą rodzinę skazuje na życie w niepewności.
Kiedy pewnego ranka rodzice odkrywają, zaginięcie dwóch dziewczynek nikt nie wie, co o tym sądzić. W domach nie ma śladów walki, ale za domem Callie jej matka zauważa, odciski stóp dwóch osób. Dorosłego i dziecka. Ponieważ niedawno w okolicy miało miejsce zabójstwo dziewczynki, a sprawcy dotąd nie odnaleziono, działania rodziców i policji stają się dosyć nerwowe.
Dwunastoletni brat Callie postanawia sam wyruszyć na poszukiwanie siostry do pobliskiego lasu, gdzie rodzeństwo lubiło się bawić. 

Narracja w powieści podzielona jest między kilku bohaterów, bezpośrednio zaangażowanego w śledztwo szeryfa, rodzinę i samą Callie. Ich relacje następują na przemian, uzupełniają i zazębiają się rozwijając akcję. Razem tworzą wielowymiarowe spojrzenie na zdarzenie, które może okazać się, jak mają nadzieję rodzice, błahym wybrykiem, albo tragedią. 
Trochę dziwna to powieść  w której przez długi czas nie wiadomo na co tak naprawdę się zanosi. Wydaje nam się, że wiemy, co się stało, że jesteśmy wtajemniczeni w bieg wydarzeń, bo mamy możliwość poznania opowieści wszystkich zaangażowanych, a jednak wraz z kolejnymi szczegółami z przeszłości, które ujawniają przemyślenia bohaterów, zaczynamy odczuwać coraz silniejszy niepokój. 
Kiedy w drugiej połowie akcja zaczyna przyśpieszać, napięcie rosło, a ja złapałam się na tym, że ta pozbawiona brutalnych opisów powieść, zaczyna mnie coraz bardziej ciekawić.

"Ciężar milczenia" nie jest rewelacyjny, ale jest to po prostu dobra i przemyślana książka, której lektura dostarcza prawdziwej przyjemności. Podążając tropem dwóch zagadek, chcemy wraz z bohaterami poznać zarówno powód zniknięcia dzieci, jak i przyczynę zamilknięcia Callie. 
Można tu zaznaczyć, że tak naprawdę spora dawka napięcia wynika z tego, iż fabuła skoncentrowana jest na dziewczynkach, niewinnych istotkach, a myśl o skrzywdzeniu ich wywołuje głęboki sprzeciw i nadzieję, że mimo złych braku wieści, wszystko skończy się dobrze. Nie zmienia to jednak faktu, że czytamy przyzwoitą, ciekawą powieść. 

W ramach wyzwania: Z półki.

piątek, 8 marca 2013

"PRZERWA NA ŻYCIE" STANISŁAWA FLESZAROWA - MUSKAT

Po "Pozwólcie nam krzyczeć" było tylko kwestią czasu, kiedy sięgnę po część drugą tryptyku Stanisławy Fleszarowj-Muskat. 

"Przerwa na życie" to pierwsze powojenne lata. Magdalena jest już w domu. Spędza czas z rodziną, która na szczęście wojenną zawieruchę przetrwała cała i zdrowa. Dziewczyna niby jest szczęśliwa, planuje ślub, wspólną przyszłość z narzeczonym, jednak ciągle szarpie nią niepokój związany z brakiem wiadomości od Piotra. 
Żeby uciec choć na trochę od Warszawy, narzekań matki na dokwaterowanych do ich domu lokatorów i myśli o przyszłym życiu, Magdalena wyjeżdża z ojcem nad morze. Dni wypełnia zakupami i chodzeniem po Gdańsku. Podczas przechadzki nieoczekiwania spotyka Piotra. Nie zastanawiając się wiele dziewczyna rzuca wszystko, odmawia powrotu do domu i zostaje z Piotrem w Gdańsku. Szaleństwo, którego jej rodzice nie potrafią zaakceptować tym bardziej, że mężczyzna bardzo aktywnie uczestniczy w budowaniu nowego porządku, którego oni nie akceptują. W pojęciu rodziców Magdalena popełnia mezalians. 
A życie młodych od początku nie układa się też sielankowo. Piotr jest oddany partii, upiera się, żeby żona dorabiała się wszystkiego tak jak inni. Nie pozwala jej sprzedać wartościowego pierścionka od babci, mieszkają w małym pokoiku bez łazienki z wiecznie zapchaną ubikacją. Chwilami Magdalena pogrąża się w zwątpieniu, ale jednak są razem i to ostatecznie zawsze dodaje jej sił.

Przyznam się szczerze, że miałam trochę mieszane uczucia co do tej książki. Stanisława Fleszarowa-Muskat po wojnie działała w PZPR i jej doświadczenia na pewno znalazły odzwierciedlenie w tej powieści. Obraz ludzi, którzy odbudowują miasta jest bardzo poruszający, ale widać w tych opisach ciągły strach przed donosem, aktywność UB, które potrafiło wysłać niewinnego człowieka do więzienia na podstawie jednego złośliwego zeznania. Bardzo trudne czasy, ciężka codzienność, która jednak niepozbawiona jest chwil wytchnienia, podczas których można się cieszyć z trudem zdobytym pierwszym, samodzielnym mieszkaniem, czy powoli zbieranymi drobnymi sprzętami. 
Widać też w tej powieści szczery zapał ludzi, którzy pragną się uczyć, pracować na rzecz Polski. I choć oczywiście przykładem takiego wzorcowego obywatela, autorka czyni prostego robotnika, który z trudem poświęca się wieczorami nauce, to jednak trudno temu obrazowi odebrać siły przekazu, choć propaganda partyjna jest tu bardzo wyczuwalna. 

Myślę, że dużo bardziej podobało mi się tło tej powieści, niż bohaterowie. Jest to ciąg dalszy, a napisanie dobrej kontynuacji, jest nieraz trudniejsze niż stworzenie postaci od podstaw. Bardzo to widać na przykładzie własnie "Przerwy na życie", w której autorka karze Magdalenie spotkać się przypadkowo nie tylko z Piotrem, ale i właścicielem fabryki butów, gdzie kobieta pracowała podczas przymusowego pobytu w Niemczech. W dalszej części pojawia się również Gaston, który odegra w życiu głównej bohaterki bardzo ważną rolę. Taki sposób konstruowania fabuły razi nieco sztucznością, a kolejne zbiegi okoliczności są nieco nieprawdopodobne i tym samym nużące. Zarówno Magdalena jak i Piotr są przez większą część powieści nieco papierowymi postaciami, które zdają się istnieć tylko po to by zobrazować trud życia ludzi po wojnie i przemiany, którym zostało poddane państwo i społeczeństwo. Dotyczy to również wątku brata Magdaleny, którego losy w Anglii są ilustracją wyborów, do których zostało zmuszonych wielu polskich obywateli.
Niemniej jednak pisarstwo Fleszarowej-Muskat ma w sobie siłę. Bardzo poruszające są rozterki Magdaleny, chcącej poczuć się naprawdę szczęśliwą, beztroską i kochaną. Jednak na drodze stoi po raz kolejny wojna, a właściwie wojenna trauma, która karze się bohaterce zastanawiać, czy jej wspólne życie z Piotrem jest wynikiem prawdziwego uczucia, które narodziło się podczas robót, czy może jest to tylko swoiste przyzwyczajenie, przymus dzielenia codzienności z kimś, kto wie o nas więcej niż inni, bo sam przeżył i doświadczył tego samego.

To zagmatwanie jest bardzo realne, prawdziwe i chyba są to chyba najlepiej napisane fragmenty powieści. Bardzo udały się również autorce postacie drugoplanowe. Babcia Magdaleny, cudowna, pełna życia i ironicznego spojrzenia na świat, który niczym nie potrafi jej już zaskoczyć. Kolejne zmiany w swoim otoczeniu przyjmuje z akceptacją, nie wyzbywając się jednak swoich przekonań, które pozwalają jej oczekiwać na powrót dawnej normalności. 

"Przerwa na życie" to ciąg dalszy i całkiem nowa rzeczywistość powojenna, którą mamy okazję poznać w tej powieści. Mimo zastrzeżeń czyta się to znakomicie, strony umykają jedna po drugiej, a myśli pogrążone są w kontemplacji nad trudnymi losami ludzi, układających sobie życie po latach zwątpienia, czy lepsza przyszłość nadejdzie. 
Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przeczytać część trzecią pt. "Wizyta".

środa, 6 marca 2013

"CÓRKA MARKIZY" LAUREL CORONA

Suche daty mówią nam, że oświecenie to czas przypadający na lata 1688 - 1789. Nie ukrywam, że nie jest to mój ulubiony czas w literaturze. Dużo bardziej odpowiada mi wpadający ze skrajności w skrajność romantyzm. Wiek rozumu, wiek filozofów, bieg dążenia do wiedzy zawsze wydawał mi się nieco suchy, pozbawiony emocji i głębszych uczuć. Ale przecież poglądy nie zmieniają się z dnia na dzień. Do każdej idei trzeba dorosnąć, każdą też epokę tworzą żywi ludzie z codziennymi pragnieniami, uczuciami, miłością, chęcią odnalezienia własnego miejsca w świecie i zaznaczenia swojego istnienia.

Laurel Corona opowiada fikcyjne losy Stanislas - Adelaide, zmarłej w niemowlęctwie córki Gabrielle - Emilie le Tonnelier de Breteuil, markizy du Chatlet, wybitnej matematyczki. Życie jakie tworzy dla tej dziewczynki autorka jest całkowicie wymyślone, ale podstawą ku snuciu całej opowieści są dzieje jej matki, które dają historii mocny fundament. Powieść jest zresztą podzielona między dwie bohaterki. Śmierć Gabrielle - Emilie w kilka dni po urodzeniu córki, jest momentem rozpoczęcia narracji, w której na przemian się cofamy, żeby poznać koleje życia matematyczki, a potem wracamy do dziewczynki zwanej Lilii i jej losów.
Choć osierocona, Lilli wyrasta w domu przepełnionym miłością. Ojciec przydziela jej tylko rentę, wystarczającą na pokrycie wydatków związanych z jej wychowaniem, ale opiekę nad nią sprawuje przyjaciółka jej matki. Jest to kobieta niezależna, zmarły mąż pozostawił jej niemały majątek. Przyjaźni się z filozofami, uczonymi, stając się dla dziewczynki wzorem do naśladowania zarówno w kwestii poglądów, jak i urody oraz prezencji. Dodatkowo sama jest matką córki, rówieśniczki Lilli. Bajka powiecie. Rzeczywiście tak to z pozoru wygląda. 
Jednak szczególne pochodzenie Lilli, pogłoski wynikające z wątpliwości co do uczciwości małżeńskiej jej matki, prowadzą do tego, że przez całe życie jest ona poddawana kontroli starszej krewnej, zwolenniczki surowej dyscypliny, która z niechęcią patrzy na wszelkie przejawy indywidualizmu.

Sama fabuła powieści jest prosta. Lilli uczy się, dorasta, przeżywa przedstawienie u dworu. Ucieczką od nielubianych, pełnych intryg i zawiści gierek towarzyskich i rytuałów dworskich są pisane przez nią krótkie powiastki i nauka, której poświęca dużo czasu. Coraz więcej myśli poświęca też swojej matce. Zastanawia się jaka była, jak spędzała czas, co było dla niej ważne. Wreszcie niepokoi ją też całkowity brak zainteresowania, oprócz wypełniania obowiązków finansowych, ojca. 
Mimo to Lilli jest szczęśliwa. Wizyty u baronowej, która próbuje ją uformować według sztywnych reguł i konwenansów rządzących francuską szlachtą, są krótkie, a miłość i akceptacja przybranej rodziny, daje poczucie siły. Przychodzi jednak moment kiedy Lilli musi zawalczyć o własną przyszłość, a ratunek znajdzie powracając do przeszłości  i odkrywając fakty z życia matki.

Autorka wykorzystuje znany motyw tajemnicy z przeszłości, dorastania do poznania sekretów z przeszłości, z tłem w postaci pełnych przepychu domów francuskiej arystokracji. Jednak jest to też książka o odnajdywaniu własnego miejsca wśród społeczeństwa, zapatrzonego w przywileje, jakie dała im przeszłość. Lilli dąży do realizacji własnych zamysłów, spiera się z konserwatywnymi krewnymi ze strony ojca, chce podążać drogą rozumu, ale i prawdziwej miłości, którą spotyka na swojej drodze. Rozmowy z uczonymi, filozofami utwierdzają ją w przekonaniu, że indywidualność to coś, do czego warto zmierzać. 
Dorastanie Lilli to proces odnajdywania w sobie cech, które ją wyróżniają z otoczenia, ale i odkrywanie, że nie jest jako osobowość zawieszona w próżni. Kontynuuje drogę swojej matki, osiągając to, czego jej nie było dane, prawdziwą wolność płynącą z życia według własnych przekonań.

"Córka markizy" jest osadzona w konkretnych latach, które później okazały się przełomowe dla Europy. Rewolucja francuska, która miała swoje źródło m.in w nierównościach społecznych, to efekt wielu lat podczas, których utrzymanie państwa spychane było na barki chłopów i mieszczan. Korzyści jakie czerpały z takiego porządku arystokracja i kler były ogromne. I choć akcja powieści toczy się na klika lat przed rewolucją, to jednak poczucie narastającego niezadowolenia ludności nie jest kwestią dni, czy miesięcy. Rodząca się powoli świadomość wśród nielicznych przedstawicieli szlachty, że coś trzeba zmienić, a z drugiej strony przerażający brak świadomości wśród innych, to kolejne cechy tamtych czasów, które udało się bardzo dobrze oddać autorce. Idealizm Lilli i rozsądek jej przybranej matki trafnie jest skonfrontowany z zakłamaniem i dwulicowością skupionej na podtrzymywaniu swoich przywilejów większości arystokracji, co dodatkowo podkreślone jest opisem procesu wychowania jakiemu poddane są dzieci i młodzież. Jasno określone reguły, szereg umiejętności, które musi pojąć młoda dziewczyna, przed zaprezentowaniem królowej, a potem poszukiwanie małżonka i negocjacje rodzin, to nic innego jak utrwalenie istniejącego stanu i odcięcie się od zmian.

Muszę napisać, że "Córka markizy" była lekturą właściwie bliską ideału. Zajmująca fabuła, lekka, ale jednocześnie posiadająca drugie dno. Zajęła mi kilka godzin podczas, których z radością wędrowałam do Francji XVIII wieku, w czasy nam odległe, ale bardzo fascynujące. Z przyjemnością przeczytam i inne książki Laurel Corony.

poniedziałek, 4 marca 2013

STOS NA WIOSNĘ

Sobota była pięknie słoneczna. Wreszcie czuć wiosnę w powietrzu.
Tymczasem marzec przyniósł kilka książek do mojej biblioteczki, kilka innych wywędrowało nowych właścicieli. A ponieważ w lutym czytałam praktycznie biblioteczne zdobycze, zbiera mi się na półkach mały zapas. Na razie nawet nie odczuwam potrzeby sięgnięcia po te wszystkie nowości. Udaje mi się wypożyczyć interesujące mnie książki, ale cieszy mnie po prostu perspektywa momentów, kiedy podejdę do regałów i wyciągnę coś z poczuciem, że przyszła odpowiednia pora na tą, czy inną lokatorkę.


1. "Niebo na Indiami" Nicole C. Vosseler. Piękna okładka, a opisy sugerują romantyczną, pełną przygód historię miłosną. Obiecuję sobie coś w klimatach powieści Lailii El Omari, które mnie zauroczyły w zeszłym roku. Zobaczymy.:)
2. "Kobieta w bieli"Wilkie Collins . Nabrałam ochoty podczas lektury "Sekretnej kochanki Dickensa" Claire Tomalin. Collins był bliskim przyjacielem Dickensów, a jego twórczość wydaje się dzisiaj nieco zapomniana. Nabytek z allegro.
3. "Po prostu razem" Anna Gavalda. Oczarowana "Ostatnim razem". Recenzja TUTAJ , postanowiłam nabyć na fincie.
4. J.R.R. Tolkien "Listy". Impuls i rosnąca od jakiegoś czasu chęć bliższego przyjrzenia się temu pisarzowi. Również allegro.
5. "Skrwawione ziemie" Timothy Snyder. Długo chodziłam wokół tej książki. Wiedziałam od dawna, że kiedyś się na nią skuszę, a niedawna lektura "Czerwonego księcia", tylko mnie utwierdziła w przekonaniu, że warto. 

6. "Wrzos" Maria Rodziewiczówna. Kiosk z gazetami też potrafi być książkową pokusą. :)
7. "Hotel Paradise" Martha Grimes. Uwielbiam powieści tej autorki. Teraz przyszła kolej na jej inną serię. Pobrana na fincie.
8. "Call the midwife". Jennifer Worth. Zakup z allegro, wyjątkowo okazyjny, a książka zbiera bardzo dobre opinie na blogach.
9. "Przekleństwa niewinności" Jeffrey Eugenides. Pod wpływem dobrego wspomnienia z filmowej adaptacji.
10. "Siostrzyca" John Harding. Tyle się naczytałam świetnych recenzji tej powieści, że jej zakup był kwestią czasu, a i promocja w Empiku była sprzyjającą okolicznością.
11. "Gdy zaskoczy nas noc" Kate Sounders. Całkowita niewiadoma. :)

sobota, 2 marca 2013

"WIELKI BAZAR KOLEJOWY: POCIĄGIEM PRZEZ AZJĘ" PAUL THEROUX

Nieczęsto czytam o podróżach. Jest to chyba jakiś odruch obronny, bo podróżować i poznawać nowe miejsca uwielbiam, a czytając o dalekich miejscach, mam ochotę natychmiast się spakować i wyjechać. Szkoda tylko, że nie zawsze okoliczności pozwalają.

Pociągi od zawsze dla Paula Therouxa były obietnicą przygody, cudownym i trochę magicznym środkiem transportu pozwalającym dotrzeć w miejsca nieznane. Pragnieniem autora było nie tylko odwiedzenie innych krajów, ale i prawdziwe przeżycie podróży samej w sobie. Przemieszczania się z miejsca na miejsce, bez z góry określonego planu. Podróż, w której sposób przebycia drogi z punktu A do punku B, a potem C, D i tak dalej, jest równie, a może i ważniejsza od konkretnych miast na trasie.
Paul Theroux zostawia więc posadę, rodzinę i zaopatrzony w cygara, alkohol i dobre książki wyrusza w drogę. Oczywiście pociągiem. Rozmach przedsięwzięcia jest zaiste imponujący. 

Europa, bliski Wschód, Azja, Syberia oglądane z okien wagonów, w pospiesznych czasem wypadach w miasta, w których przypadają kolejne postoje, czy przesiadki. Czasem autor spędza na przystankach więcej czasu, ma wykład na temat swojej twórczości, bo przecież jakoś na to szaleństwo trzeba zarobić. Głównie jednak poznaje tereny, które przemierza przez ludzi napotkanych w drodze. Staruszek, który nie zdążył przed odjazdem pociągu, kobieta z synem płaczącym, kiedy ktoś zaczyna rozmawiać z jego matką, narkoman, przeróżne kraje, przeróżni ludzie. A wraz z nimi historie, które opowiadają, śmieszne anegdoty, smutki i radości jakie ze sobą wiozą i którymi się dzielą. 
Czasem samotność staje się wyczekiwanym luksusem. Momenty kiedy można się zagłębić w dobrej powieści, z notesem pod ręką, by spokojnie zanotować nasuwające się podczas postojów, czy obserwowania krajobrazów przesuwających się za oknem, refleksji. A warte zapamiętania jest wszystko. Autor poświęca sporo uwagi warunkom życia w Indiach, czy Wietnamie, które to fragmenty zainteresowały mnie najbardziej, ale zwraca też uwagę na to w jakim otoczeniu pokonuje kolejne kilometry, co je, co pije, a poszukiwania wagonu restauracyjnego nieraz zaprzątają wszystkie jego myśli. 

Podróż Therouxa miała miejsce w latach 70-tych. Niektóre realia na pewno się zmieniły, a i sam podróżnik spogląda na odwiedzane miejsca z perspektywy obcego, który patrzy na mijane miejsca z ironią, trochę z góry. Pod koniec tej relacji moja fascynacja i zainteresowanie tym niezwykłym projektem, zmieniła się w znużenie i zniecierpliwienie wywołane zastrzeżeniami autora do towarzyszy podróży, pociągów i całego otocznia. Jednak i sam Theroux przyznaje, że pod koniec odczuwał bardzo tęsknotę za domem, rodziną i pragnął po prostu wrócić. Niesamowite doświadczenie, swoisty eksperyment, którego podjęcie wymagało dużej odwagi i wytrwałości. 
Mnie by jej zabrakło, dobrze więc, że chociaż mogę za pośrednictwem książek, poznać uczucia i wrażenia z tego niecodziennego doświadczenia, którego możemy być świadkami, przewracając stronę za stroną. 

"IMPERIUM WILKÓW" JEAN - CHRISTOPHE GRANGE

Nadal sięgam po zaległości biblioteczne. Tym razem padło na "Imperium wilków" Jeana Christophe Grange. Pisarz ten był mi praktycznie nieznany, jedyny kontakt z jego twórczością miałam za pośrednictwem filmowej adaptacji jego powieści "Purpurowe rzeki". Film oglądałam już jakiś czas temu i nie wszystko mi się w nim podobało, ale wrażenie jakie pozostawił po sobie było na tyle dobre, że postanowiłam się przekonać, czy może książka Grange będzie zachęcała, do sięgnięcia po inne jego powieści.

Od początku obserwujemy działania dwóch osób. Anna Heymes jest żoną urzędnika Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Od jakiegoś czasu miewa dziwne momenty amnezji, podczas których nie poznaje twarzy własnego męża, natomiast obcy człowiek wydaje jej się znajomy. Podczas konsultacji z neurologiem pada z jego strony sugestia biopsji mózgu. Anna jest bardzo przeciwna temu badaniu, nie wiadomo dlaczego czuje się zagrożona i postanawia poszukać pomocy bez wiedzy męża. Odkrywa, że jej twarz została całkowicie zmieniona w wyniku operacji plastycznych, których sama nie pamięta. 
Jednocześnie z tym wątkiem śledzimy działania policjanta, badającego sprawę brutalnych zabójstw trzech kobiet, które przed śmiercią zostały prawdopodobnie poddane torturom. 

Początek jest bardzo intrygujący, autor sprawnie buduje napięcie w dwóch z pozoru nie związanych ze sobą wątkach. Oczywiście czytelnik wie, że w końcu obie sprawy się połączą, bo przecież taki schemat nie jest niczym nowym w literaturze. Tutaj jednak od początku udaje się pisarzowi przerywać akcję w momentach największego zaskoczenia, żeby przejść do drugiego wątku. Dzięki temu niecierpliwie przewracałam kartki by jak najszybciej poznać dalszy tok wydarzeń i rozwiązanie kryzysowej sytuacji, w jakiej zostawiony został dany bohater. To bardzo dobry sposób na utrzymanie uwagi czytelnika. 
Jednak kryje się, w takim podejściu do narracji pewne niebezpieczeństwo. Chcąc ciągle zaskakiwać, trzeba wymyślać kolejne zwroty akcji, łatwo wtedy o otarcie się o nieprawdopodobne sploty wydarzeń. I tutaj właśnie, w drugiej połowie powieści miałam wrażenie oderwania od rzeczywistości, którego szczytem było moim zdaniem zakończenie.

Nie zmienia to faktu, że powieść jest napisana bardzo sprawnie, cały czas trzyma w napięciu, które nie pozwalało mi jej odłożyć na bok, póki nie poznam zakończenia. 
Spotkanie z Grange, było dla mnie okazją by bliżej poznać gatunek, z którym nie mam wiele do czynienia. Zamknięta w obrębie powieści obyczajowej i kryminalnej, czasem zerkam w stronę literatury faktu, fantastyki, czy romansu. "Imperium wilków" jest zaś powieścią sensacyjną, która to przyciąga moją uwagę bardzo rzadko. Obiektywnie patrząc, potrafię uznać zalety takiej formy. 
Rewelacyjnie można nią zapełnić wolne godziny, nie będzie wam się nudzić w kolejce do lekarza, czy podczas podróży, ale ten typ literatury to jednak nie całkiem moja bajka.
Brakowało mi pogłębionych portretów psychologicznych postaci, bo nie da się ukryć, że autor skupił się tu jednak na akcji. Może dlatego też zakończenie wydało mi się naciągane. Postępowanie bohaterów w żaden sposób nie zapowiadało takiego rozwiązania. Drażnił mnie też zasięg kolejnych tropów podejmowanych przez autora. To co zapowiadało się na śledztwo w sprawie psychopatycznego mordercy, rozwinęło się z czasem w międzynarodową akcję przestępczą z eksperymentami medycznymi w tle. Jak dla mnie trochę za dużo grzybów w barszczu.

Kolejna pozycja biblioteczna odhaczona, ale sensacja pozostanie tym gatunkiem, po który sięgam raczej sporadycznie.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...