środa, 27 lutego 2013

"NAD WIELKĄ RZEKĄ" PATRICIA SHAW

Kończę i sięgam po zaległości. Przede mną jeszcze dwie książki z biblioteki, które już drugi raz przedłużyłam. Do tego "Niedokończone opowieści" Tolkiena, które też podczytuję tylko fragmentami i opracowanie Guido Knoppa "Holokaust", także dawkowane, ale tutaj przerwy w lekturze dyktuje tematyka.

Po ostatnich kryminałach, których klimat daleki był od optymizmu, naturalnym wydawało mi się sięgnięcie po coś lżejszego. Lubię wieczorem usiąść z herbatą i poczytać nieraz coś, co zapewnia czystą rozrywkę. Oczywiście stos biblioteczny wywołuje największe wyrzuty sumienia, na własne nieprzeczytane książki przecież kiedyś przyjdzie czas, za biblioteczne trzeba się zabrać od razu. Kolejne kryminały odłożyłam na później, "Córkę markizy" - generalnie chwaloną na blogach, zabrała mama. Została więc powieść "Nad wielką rzeką" Patricii Shaw. Widziałam na bibliotecznej półce sporo jej książek, egzemplarze nosiły ślady czytania, pomyślałam, że spróbuję i ja.

Powieść zabrała mnie do Australii, w XIX wiek, a ja uwielbiam takie podróże w czasie. Czasy, które dawno minęły, całkiem egzotyczne dla mnie miejsca, potrafią sprawić, że zapomnę o wszystkim, że lektura mnie pochłonie. Zaczęło się jak w romansie. Młoda dziewczyna poznaje mężczyznę, czuje, że spotkała kogoś z kim może spędzić życie. Niestety okazuje się, że jest już żonaty, może nie układa się to małżeństwo idealnie, ale Paul nie daje jej żadnej nadziei na wspólną przyszłość. Wkrótce potem Laura dowiaduje się, że ojciec wybrał już dla niej przyszłego męża, a jej nie pozostaje nic innego, jak tylko przystać na tą decyzję.
Tak zawiązany wątek romansowy, zostaje zepchnięty na bardzo daleki plan, czytelnik zaś obserwuje proces kształtowania się środowiska politycznego Australii. Ścierają się różne opcje, pilnie trzeba ustabilizować finanse, niektóre ze stanów dążą do samodzielnego funkcjonowania. Jednym słowem, panuje bałagan, który trzeba uporządkować. Jednak taka sytuacja sprzyja osobom, chcącym powiększyć swoje wpływy. Swoją szansę na karierę widzi również ojciec Laury - Fowler Maskey , członek stanowego parlamentu, któremu po piętach depcze bardzo ambitny konkurent Boyd Roberts. Obaj nie zawahają się przed niczym, by osiągnąć swój cel.
Ale książka Patricii Shaw skupia się nie tylko na walce o władzę. Autorka dużo miejsca poświęca również ludziom, którzy zdecydowali się żyć na tych trudnych terenach, w ciężkich warunkach, gdzie odległości pomiędzy sąsiadującymi ze sobą farmami, były nierzadko ogromne. Paul MacNamara jest takim własnie osadnikiem, przekonanym, że jednym sposobem na życie w Australii jest pokojowe ułożenie stosunków z Aborygenami i akceptacja ich prawa do własnego porządku. Jego poglądów nie podziela wielu, w tym również jego żona, która na widok Aborygena, sięga po broń. Losy tej grupy ludzi ciągle się krzyżują, ich interesy wzajemnie się wykluczają co prowadzi do spięć i serii dramatycznych wydarzeń.

Z początku byłam trochę zdziwiona rozwojem wydarzeń, nie mogę powiedzieć, że historia opowiadana przez autorkę mnie zafascynowała. Raczej spokojnie odwracałam stronę po stronie, nie czułam chęci zajrzenia na koniec, by zaspokoić swoją ciekawość, bo nie towarzyszyło mi zbyt silnie to uczucie podczas czytania "Nad wielką rzeką". Stało się tak może dlatego, że nie polubiłam właściwie żadnego z bohaterów. Trudno przywiązać się do chciwych karierowiczów, kobiet ślepo posłusznych mężom, dzieciom, które pilnują tylko, by postawić na swoim. Laura, która mogłaby taką sympatię wzbudzić, jest ciągle w tle opowieści, nie ma właściwie wpływu na rozwój wydarzeń i kiedy znika z nam z oczu, nie mamy nawet okazji za nią zatęsknić.
Mimo to czas z powieścią, nie był czasem straconym. Zdecydowało o tym miejsce akcji. Można czerpać przyjemność z obcowania z książką, w której czuje się, że opisywane wydarzenia, sytuacje są wiarygodne. Zawsze lubiłam, kiedy autor opisuje miejsce mi nieznane, ale tutaj czułam, że Patricia Shaw wie o czym pisze i chyba tym razem otoczenie było nieco ważniejsze od fabuły.
Dopiero później doczytałam, że autorka zajmowała się publicystyką, a jej specjalność to właśnie początki osadnictwa w Australii. Swoją wiedzę najpierw zawarła w dwóch książkach z zakresu literatury faktu, ale "Nad wielką rzeką" jest przykładem, że zainteresowania te wykorzystuje również tworząc powieści, a ja jestem ciekawa jak na tym tle wyglądają jej inne dzieła. 
Jest więc to moje pierwsze spotkanie z autorką, ale na pewno nie ostatnie, choć mam nadzieję, że jej następnych bohaterów obdarzę cieplejszymi uczuciami, a i fabuła jeszcze bardziej mnie zainteresuje.


poniedziałek, 25 lutego 2013

"JEZIORO" ARNALDUR INDRIDASON

Skandynawskich kryminałów ciąg dalszy. Tym razem sięgnęłam po "Jezioro" Arnaldura Indridasona, islandzkiego pisarza, bardzo popularnego w swoim kraju. Serię powieści kryminalnych, których głównym bohaterem jest Erlendur Sveinsson, zaczęto u nas wydawać od trzeciego tomu, więc nie mamy możliwości poznawać kolejnych części we właściwej chronologii. 
Tak się jednak składa, że rzadko mam okazję poznać kryminalne cykle od pierwszej części do ostatniej. Jeśli na bibliotecznej półce widzę coś, co mnie interesuje, po prostu to wypożyczam, a potem sprawdzam, czy wyrywkowe czytanie się sprawdzi. W przypadku powieści Indradisona nic nie stoi na przeszkodzie, by czytać je według dostępności.

"Jezioro" zaczyna się jak typowy kryminał, od znalezienia ciała. Na dnie zbiornika wodnego, który już od dłuższego czasu się zmniejszał, zostaje odkryty szkielet człowieka z dziurą w czaszce, przywiązany do odbiornika radiowego produkcji radzieckiej.
Erneldur Sveinsson zaczyna szukać rozwiązania zagadki, przeglądając rejestry zaginionych. Od tego czasu jednocześnie śledzimy jego działania, zaś w retrospekcjach poznajemy historię islandzkiego studenta o komunistycznych poglądach, którego partia wysyła na naukę do Niemiec. Jak łatwo się domyślić oba te wątki w pewnym momencie się łączą.

Jak wiecie lubię kryminały, a te skandynawskie pociągają mnie, tak odmiennym od angielskich, amerykańskich, czy francuskich klimatem. Powieści Indridasona są tak pesymistyczne i depresyjne, że ich czasem się zastanawiam, jak właściwie można czerpać przyjemność z takiej lektury. Dodatkowo, moim zdaniem, pod względem intrygi nie są szczególnie skomplikowane. A jednak za każdym razem, kiedy widzę książki tego autora na półce, wyciągam ręce prawie bez zastanowienia, bo wiem, że czeka mnie spotkanie ze świetną literaturą.

Za każdym razem zagłębiam się w kolejną zagadkę, a jednocześnie coraz bliżej poznaję inspektora Sveinssona, stale próbującego pomóc swojej córce uwolnić się od nałogu narkotykowego, podczas gdy on sam ciągle pogrążony jest w traumie, która ma źródło w jego dzieciństwie i miała wpływ na całe jego życie.
Wraz z każdą kolejną częścią zagłębiam się w mrocznych ludzkich uczynkach, chciwości, zawiści, która nigdy się nie kończy. Ponury klimat Islandii, brak słońca, ludzie pogrążeni w letargu, policjanci, dla których jedyną namiastką życia jest praca. Przygnębiające otoczenie, ale jakże bogate w świetnie nakreślone psychologicznie postacie, intrygujące do ostatniej strony powieści. 
I zawsze zastanawiam się, w czym tkwi siła tych kryminałów i co jest ważniejsze: intryga czy klimat powieści? Do tej pory nie znalazłam dobrej odpowiedzi, bo chyba jedno potrzebuje drugiego, by powstała dobra książka.

niedziela, 24 lutego 2013

"NIE OGLĄDAJ SIĘ" KARIN FOSSUM

Mam ostatnio wrażenie, że jeśli chodzi o kryminały ograniczam się do dwóch rejonów. W moich wyborach królują te, których akcja toczy się w Skandynawii albo w Anglii. Po serii powieści obyczajowych, chciałam czegoś trzymającego w napięciu. Z półki spoglądał zachęcająco kolejny tom Agathy Christie, ale czułam, że wysmakowana otoczka angielskiej, salonowej zbrodni, tym razem nie zaspokoi moich czytelniczych pragnień. Po dokładniejszym przyjrzeniu się zawartości biblioteczki, padło na Karin Fossum i jej powieść "Nie oglądaj się".

Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tą pisarką. Oczywiście miałam w pamięci kilka wpisów z blogów, które generalnie zachęcały, do zapoznania się z jej twórczością, ale nic poza tym.
Karin Fossum nazywana jest norweską królową zbrodni, jej książki były wielokrotnie nagradzane i tłumaczone na wiele języków europejskich.Dużą popularnością cieszy się cykl jej powieści z inspektorem Konradem Sejerem w roli głównej. Do tej właśnie serii należy przeczytany przeze mnie kryminał. "Nie oglądaj się" to druga część cyklu, ale czytając ją, nie maiłam wrażenia, że coś tracę. W toku powieści pojawiają się liczne opisy sytuacji rodzinnej inspektora, dzięki czemu można czytać cykl bez kolejności chronologicznej, być może w częściach późniejszych ulega to zmianie.

Konrad Sejer zostaje wezwany do sprawy, która zapowiada się bardzo ciężko. Zaginiona dziewczynka nie wraca do domu, po nocy spędzonej u koleżanki. Sąsiedzi widzieli jak wychodziła z domu, a niedługo potem dostrzegli również przejeżdżającą ciężarówkę. Sytuacja wydaje się oczywista. Dziecko padło ofiarą porwania. Bardzo odchorowuję książki, w których dzieciom dzieje się krzywda, ale tutaj niespodziewanie okazuje się, że to tylko przewrotny wstęp do innego śledztwa. Dziewczynka szczęśliwie wraca do stęsknionej mamy, ale przynosi ze sobą wieść o szokującym znalezisku. W pobliskim jeziorze leżą nagie zwłoki młodej dziewczyny. 

Dalej śledztwo toczy się zwykłym torem, właściwym każdej powieści kryminalnej. Śledczy rozważają kolejno samobójstwo, gwałt, wreszcie wiadomo, że było to morderstwo. Problem w tym, że ofiarą jest osoba powszechnie lubiana, jej śmierć jest szokiem dla całej społeczności małego miasteczka. Czas biegnie, a inspektorzy nie mają żadnego punktu oparcia.
Mimo dosyć szerokiego grona podejrzanych, mamy do czynienia z zamkniętym kręgiem osób, ograniczonych do sąsiadów, znajomych i chłopaka zamordowanej. Jest tylko kwestią czasu, kiedy na jaw wyjdą drobne sekrety, a w spokojnej na pozór okolicy, pod pozorem wszechobecnej normalności, czają się ludzie, którzy mają wiele do ukrycia.

Podoba mi się, jak Fossum konstruuje zagadkę morderstwa. Nie epatuje okrucieństwem zbrodni, o tym pisze bardzo oszczędnie, więcej miejsca poświęca ludziom, ich przeszłości, która nieraz ma determinujący wpływ na ich całe życie. Rozwiązanie może nie było szczególnie zaskakujące, na pewno uważny czytelnik mógł się go wcześniej domyślić, ale ja powoli orientuję się, że najważniejsza w kryminałach jest dla mnie otoczka, klimat powieści. A Fossum moim zdaniem bardzo sprawnie tworzy tło swoich opowieści, wypełnione skrzywdzonymi, zagubionymi ludźmi, którzy nie bardzo wiedzą, co zrobić ze swoim życiem.
Skandynawskie kryminały kojarzą mi się z poczuciem depresji, bezsensowności działań, z jakimś podświadomym dążeniem do katastrofy. "Nie oglądaj się w pewien" sposób wpisuje się w ten nurt, ale mimo to nie miałam wrażenia, że po raz kolejny wchodzę do tej samej rzeki. Przeciwnie z zainteresowaniem śledziłam zmagania Sejera i jego zmagania z żałobą po żonie, które autorka umiejętnie zawarła w kilku epizodach i wspomnieniach bohatera, który wciąż pamięta ile czasu zajęło mu schowanie codziennych kapci żony, czy powzięcie decyzji o remoncie. 
Z taką samą uwagą, ale i chłodem, który nie pozwala na pojawienie się otoczki taniej sensacji, Fossum przygląda się mieszkańcom miasteczka, odkrywa ich obawy, irytujące wady, czasem traumatyczną przeszłość, stwarzając postacie psychologicznie wiarygodne i zajmujące.
Myślę, że nie było to moje ostatnie spotkanie z tą naprawdę intrygującą pisarką. Polecam.

środa, 20 lutego 2013

"UTONIĘCIE ROSE" MARIKA COBBOLD

Eliza żyje z ciągłym poczuciem winy. W wieku szesnastu lat utonęła jej kuzynka. Eliza jest przekonana, że przyczyniła się do jej śmierci. Żyje na uboczu społeczeństwa, w małym mieszkanku, bo tylko na takie ją stać po rozwodzie. Pracuje w muzeum, gdzie odnawia starą porcelanę. Dni biegną jeden za drugim, podobne do siebie, kiedy nagle kobieta otrzymuje telefon od ojca Rose. 
Wuj nie utrzymywał z nią kontaktów od lat, a teraz twierdzi, że chce ją zobaczyć, że jej wybaczył. To zdarzenie burzy, i tak kruchą egzystencję Elizy, mimo to spotkanie dochodzi do skutku.

Marika Cobbold prowadzi narrację dwutorowo. Z jednej strony współczesne wydarzenia, obecne życie Elizy poznajemy z jej punktu widzenia. Ale autorka daje nam też możliwość, by spojrzeć w przeszłość, kiedy Rose i Eliza były uczennicami w dosyć elitarnej szkole. Tutaj narratorką jest pełna kompleksów Sandra.
Nastoletnie kuzynki są jednymi z najpopularniejszych dziewczyn w internacie. Są szczęśliwe, uśmiechnięte, marzą o przyszłej karierze aktorskiej dla Rose i artystycznej dla Elizy. 
Ale pewnego dnia, jedno nieszczęśliwe zdarzenie przekreśla wszystkie plany. Odtąd jedna z nich, ta która pozostała przy życiu, będzie się zastanawiała, czy mogła postąpić inaczej, czy mogła zapobiec śmierci.

Powieść Mariki Cobbold nie jest zaskakująca fabularnie. Kolejne zdarzenia odkrywane są bez pośpiechu, a czytelnik wiedząc jak historia się skończy, stara się odkryć, co doprowadziło do tragedii. Jeśli spragnieni jesteście wartkiej akcji, kryminału, czy wątku romantycznego musicie poszukać innej lektury. Nie oznacza to jednak, że jest to książka nudna. Tajemnica z przeszłości, tak ostatnio popularny wątek, jest tutaj pretekstem, by ukazać jak przeszłość, poczucie, że jest się winnym może zaważyć na całym życiu człowieka. Z marzeń szesnastoletnie, pełnej życia, sympatycznej i wrażliwej dziewczyny nie zostało wiele. Czterdziestoletnia kobieta to pusta skorupka, rozpaczliwie próbująca przejść każdy następny dzień, ustalonym wcześniej rytmem. Podświadomie burzy każdą szansę na własne szczęście, odrzuca pomoc, bo sądzi, że nie jest jej warta. A może prawda jest całkiem inna i tylko czeka na by ją ktoś odkrył.

Język jakim posługuje się autorka jest oszczędny, wyważony, bardzo spokojny sposób prowadzenia narracji, sprawia, że obraz Elizy, której życie jest niepełne, przytłumione staje się bardzo wiarygodny i poruszający. Dosyć przewidywalna fabuła może rozczarowywać, ale rozwiązanie zagadki można odgadnąć bardzo szybko, a to może być wskazówką, że zaskoczenie czytelnika w tym aspekcie, nie było celem autorki. Tutaj trzeba się skupić na niuansach psychologicznych, drobnych epizodach, które osobno nie miałyby znaczenia, dopiero zebrane razem mają siłę, by zmienić bieg czyjegoś losu. Rezultatem tak obranej strategii pisarskiej jest  bardzo interesująca książka wypełniona wielowymiarowymi i ciekawymi postaciami.

sobota, 16 lutego 2013

"PERSWAZJE" - EKRANIZACJE

"Perswazje" Jane Austen ekranizowano cztery razy. Dwa razy książkę przeniesiono na ekran jako serial, kolejno w 1960 i 1971 roku. Za każdym razem produkcją zajmowało się BBC. 
Potem nastąpiła duża przerwa i w 1995 roku znowu za sprawą BBC do telewidzów trafił film na podstawie tej powieści. Tą samą formę obrano w 2007 roku.
Przyznam się, że bardzo lubię powieści Jane Austen w wersjach filmowych, czy serialowych. Idealnie się sprawdzają właściwie przy każdym nastroju. Już wielokrotnie przekonałam się, że chyba nie potrafią mi się znudzić. Dlatego też często wracam też do obu filmów na podstawie "Perswazji", choć obie wersje różnią się od siebie. Niestety nie udało mi się do tej pory obejrzeć wcześniejszych serialowych adaptacji, choć myślę, że kiedyś to nadrobię.

Po zakończeniu oglądania "Perswazji" z 1995 roku, byłam przekonana, że żadne nowe podejście do tematu, nie zmieni mojego zdania, że jest to jedna z najlepszych ekranizacji powieści Jane Austen. Twórcy wiernie potraktowali tekst i w każdym ujęciu widać szacunek do twórczości Austen. Ujęło mnie to, że nie próbowano na siłę upiększyć otoczenia, a przede wszystkim głównych bohaterów, dzięki czemu miałam wrażenie, że oglądam prawdziwą, żywą i przejmującą historię, a nie kolorową bajkę. 
Odtwórcy ról Anny i kapitana Wentwortha, Amanda Root i Ciaran Hinds, świetnie sobie poradzili z klimatem książki. Anna w ujęciu Amandy Root jest początkowo dosyć smutną kobietą, która straciła nadzieję na własne szczęście. Ponowne spotkanie z Wentworthem jest dla niej przypomnieniem, że gdyby kiedyś przeciwstawiła się rodzinie, jej życie może wyglądało by dzisiaj całkiem inaczej. Jednak wraz z rozwojem wydarzeń, kiedy Anna przekonuje się, że być może nadal nie jest obojętna Fryderykowi, jej twarz rozkwita nadzieją i nieśmiałym uczuciem radości. 
Początkowo wydawało mi się, że Ciaran Hinds jest nieco za stary do roli Fryderyka Wentwortha, ale potem się przekonałam, do jego udziału w filmie. Przede wszystkim byłam w stanie uwierzyć, że jego postać spędziła dużo czasu na morzu. Nie ma tutaj wrażenia aktorów, odgrywających swoje role. Na ich miejscu są autentyczne postacie. 
Dbałość o wiarygodność widać też, w całym podejściu do tworzenia tego filmu. Wnętrza wyglądają jakby mieszkali w nich prawdziwi ludzie, na stołach widać okruszki, poduszki są niekiedy nierówno ułożone na kanapach. Kiedy bohaterowie wybierają się na spacer, wracają z niego z potarganymi wiatrem włosami, a suknie kobiet mają na sobie ślady błota. Małe szczegóły, które mają duże znaczenie przy odbiorze całości.
W moim odczuciu film idealnie oddaje ducha powieści Austen, zachowując przy tym napięcie towarzyszące odżywającemu uczuciu dwojga ludzi.

Do adaptacji z 2007 roku podeszłam nieco sceptycznie. "Mansfield Park" z tego samego roku,  nie bardzo mi się podobało, ale wizja ponownego spotkania z bohaterami, których się lubi, była bardzo kusząca.
Główne role grają Sally Hawkins i Rupert Penry-Jones. Od początku zauważalne jest, że główny nacisk położony jest na postać Anne. Liczne bliskie ujęcia jej twarzy karzą zwracać szczególną uwagę na rozwój jej postaci, uczucia, które nią targają. Trudne zadania dla aktorki, która jednak poradziła sobie z nim bardzo dobrze. Dobrym wyborem było też, zamieszczenie scen z Anną, która zapisuje swoje odczucia w dzienniku.
Nie mam również zastrzeżeń do postaci kapitana Wentwortha, który jest trochę szorstki, ale szarmancki i uprzejmy wobec Anne i jej rodziny. Jednak pół filmu zastanawiałam się dlaczego nie występuje tutaj w mundurze, który chyba miał obowiązek nosić. 
Całość oglądało się naprawdę dobrze, ale moim zdaniem kilka momentów zepsuło trochę ogólne dobre wrażenie. Przede wszystkim nie rozumiem końcowych scen, w których Anne biegnie po całym Bath, obijając się po ludziach. Bohaterka Jane Austen chyba nigdy by czegoś takiego nie zrobiła. Rozumiem, że zmieniły się oczekiwania widza, który chce więcej dramatyzmu, ale to jest moim zdaniem niewiarygodne.
Tej wersji "Perswazji" bliżej jest do pięknej ilustracji, troszkę wypranej z autentyzmu, choć cienka granica na szczęście nie została przekroczona, a historia opisana przez Austen, broni się sama. 

Myślę, że oba podejścia do powieści Austen znajdą swoich zwolenników. Trzeba po prostu obejrzeć, żeby wyrobić sobie własne zdanie. Ja jednak mam sentyment to starszej wersji, która jest spokojniejsza, ale bardzo prawdziwa i naprawdę wzruszająca. Polecam i jestem ciekawa Waszych wrażeń.


środa, 13 lutego 2013

"POZWÓLCIE NAM KRZYCZEĆ" STANISŁAWA FLESZAROWA - MUSKAT

Czasem jedna niewłaściwa decyzja zmienia życie. Nietrudno o takie w czasie wojny, szczególnie kiedy człowiek nie ma wiele możliwości manewru, wszystko w dużej mierze uzależnione jest od innych. A czasem tragiczne wydarzenie jest kwestią przypadku.
Magdalena została złapana przez Niemców przy swoim domu. Zobaczyła ojca w towarzystwie oficera, przestraszyła się i zaczęła uciekać. Parę ulic dalej natknęła się na patrol. Kilka dni później jechała z innymi o Niemiec, gdzie miała pracować.
Dziewczyna najpierw dosyć beznamiętnie opisuje swoją podróż, potem odczuwa coś na kształt satysfakcji, kiedy nikt nie chce jej kupić, bo za pracownika trzeba było zapłacić, wybierano go więc jak towar i dokładnie oglądano. Ale w końcu i Magdalena trafiła do gospodarstwa rolnego. Jednego, potem drugiego, a w końcu zaczyna pracę w fabryce obuwia.
Siłę roboczą fabryki w znacznej części stanowią właśnie robotnicy z kolejnych zajmowanych przez Niemców państw. W nieogrzewanym, pozbawionym łazienek "hotelu" mieszkają ludzie z Polski, Belgii, Francji, Ukrainy. 

Magdalena jest bystrą obserwatorką. Nawiązuje kontakty wśród innych pracowników, choć trudno tu mówić o przyjaźni. Są wśród nich osoby, którym jest lepiej w tym miejscu niż w ojczyźnie. Mają jedzenie, dach nad głową. I to poczucie, że u wroga jest im lepiej, wywołuje głębokie rozgoryczenie i poczucie niesprawiedliwości. Są też osoby wykształcone, które tęsknią za tym czego ich pozbawiono. Szczególnie poruszający jest portret dziewczyny, która wychowywana była w domu, gdzie wszyscy obcowali ze sztuką, a ona sama kocha grać na fortepianie. Niemożność korzystania z instrumentu jest dla niej źródłem nieustannego bólu.
Albo losy niewinnej Marysi, która pod nieobecność współlokatorek pada ofiarą gwałtu, a potem przez długi czas musi sama sobie radzić ze swoimi uczuciami i ciążą.

Jednak w równej mierze jest to książka o zwykłych Niemcach, mieszkańcach wsi i małych miasteczek. To zapis ich poglądów i ich stosunku wobec wojny. I nie powinno być to zaskoczeniem, ale okazuje się, że ludzie są różni, jak wszędzie. Są zagorzali zwolennicy Hitlera, którzy codziennie śledzą postępy niemieckiej armii, a brak postępów przyjmują z poczuciem wielkiej straty. Są i inni, dla których wojna jest właściwie obojętna, najnowsze wieści śledzą tylko ze względu na to, że właściwie każdy ma kogoś bliskiego na froncie. Są i tacy, z którymi Magdalena pewnie mogłaby się zaprzyjaźnić w innych okolicznościach.

Stanisława Fleszarowa - Muskat wiele spraw odsłania krok po kroku. Ta książka poza właściwą fabułą, czyli losami Magdaleny i poznanego w Niemczech Piotra, który po pewnym czasie staje się dla niej kimś bardzo bliskim, to mozaika epizodów, z których nie tyle wyłania się obraz społeczeństwa, co portrety jednostek wobec wojny, którą rozpętała ich ojczyzna. I nawet jeśli właściwie nie rozumieją po co to wszystko, to przecież poczucie obowiązku, wobec państwa, czy wobec walczących bliskich karze im z uwagą śledzić postępy wojsk. 
Jest w tej książce wiele fragmentów, które czytałam z poczuciem niedowierzania, ze ściśniętym gardłem. Nie jest to łatwa powieść, ale na pewno warta przeczytania. 
Autorka operuje pięknym językiem, pisze o sprawach trudnych, ale czyni to z godną podziwu rozwagą. Łatwo tu wpaść w pułapkę oskarżeń, czy drastycznych opisów, a jednak powieść momentami jest bardzo liryczna, szczególnie kiedy czytamy o tęsknocie, poczuciu bezużyteczności, bezsilności i ciągłej niewiedzy, co naprawdę dzieje się poza Niemcami.

Podczas czytania miałam wrażenie, że wszystkie moje odczucia wynikające z opisów życia zwykłych ludzi, przysłoniły mi główną bohaterkę tej powieści, czyli Magdalenę. Ale jest ona raczej spoiwem, dzięki któremu łatwiej nam przyswoić uczucia, jakie musiały targać osobami wywiezionymi w głąb wrogiego państwa, gdzie często byli traktowani jak niewolnicy, niedożywieni, wycieńczeni, ale skwapliwie odsyłani do domu, kiedy stan ich zdrowia znacząco się pogarszał. Bo przecież Rzesza nie mogła być obwiniona o ich śmierć. 
Brak tu patosu, wielkich słów, czy choćby jedynych i słusznych prawd.  Ta powieść to jeden ciągły, niestety przez długi czas niemy krzyk, który wreszcie mógł się przedrzeć do szerszej świadomości. 



wtorek, 12 lutego 2013

BIBLIOTECZNE WYCIECZKI

Źródło
Bardzo lubię wizyty w bibliotece, ale czasem mam wrażenie, że wiele zależy od wybrania odpowiedniego momentu wizyty. Nie myślę tutaj o zasobie półek ze zbiorami, bo te zawsze są pełne i często powinnam znaleźć na nich coś wartościowego dla siebie. Ale czasem jest tak, że wędruję pomiędzy regałami, przeglądam, czytam opisy na obwolucie i nic nie zaskakuje. Żadna książka nie mówi, żebym zabrała ją do domu. Wybieram wtedy coś, co mam na liście do przeczytania, jakąś nowość, ale nie ma we mnie, tego bardzo trudnego do zdefiniowania uczucia, które karze mi mieć pewność, że wzięłam odpowiednie książki.
Lubię te wizyty w bibliotece, kiedy już od pierwszej minuty, od pierwszej półki znajduję książkę, którą wiem, że przeczytam z radością. To nie musi być nowość, nie zawsze jest na liście do przeczytania. Często jest to kwestia bardzo przypadkowa, przyciągająca wzrok okładka, ciekawe ilustracje, interesująca tematyka, kwestia chwilowych czytelniczych nastrojów i pragnień. Skomplikowana chemia, a może raczej magia biblioteki.

Zawsze kiedy przyniosę sobie taki nowy stosik do domu, zastanawiam się, dlaczego ta, a nie inna książka przyciągnęła moją uwagę. Dlaczego trafiła do mnie właśnie teraz. Jakiś czas temu, kiedy był jeszcze czynny katalog online mojej gminnej biblioteki, przejrzałam sobie poszczególne kategorie, wynotowując pozycje, które mnie interesują. Efektem jest lista około 250 książek, które wiem, że przeczytam z chęcią. Mam więc ten spis i za każdym razem coś z niego wypożyczam, ale ograniczam się jednorazowo do dwóch lub trzech książek. Nie dam rady wsiąść więcej, bo na skutek  poszukiwań tej, czy innej natrafiam na całkiem inne, które wciśnięte w mniej lub bardziej równy szereg, nagle przyciągają mnie do siebie. Wyciągam wtedy ją z półki, czytam streszczenie, przeglądam, albo otwieram i po prostu czytam stronę lub dwie. Czasem już kilka pierwszych zdań sprawia, że trudno mi ją odłożyć, a czasem powieść wędruje bez żalu na swoje miejsce, ale kto wie, może następnym razem się skuszę.

Źródło
Oczywiście najwięcej kandydatek do zabrania, znajduję od razu przy biurku Bibliotekarki. Tam jest bowiem półka ze zwrotami. Tam też najłatwiej znaleźć jakąś nowość, która uda się wychwycić zanim trafi w kolejne spragnione ręce zawsze chętnego czytelnika. Kiedyś, aż wstyd się przyznać na tym miejscu w bibliotece poprzestawałam. Omijało mnie wiele dobrego, ale teraz to nadrabiam. Wędruję sobie dalej, gdzie trafiam na trzy regały fantastyki. Zawsze sprawdzam, czy zakupiono następne części przeróżnych cykli, które zaczęłam czytać właśnie wypożyczone i nie zdecydowałam się na kupno własnych. Czekam tak na przykład na kolejny tom serii o Mercedes Thompson, autorstwa Patricii Briggs. Na razie niestety nie ma, ale może niedługo... Ostatnio za każdym razem sięgam po coś Tolkiena. Teraz podczytuję sobie "Niedokończone opowieści", a wszystko w ramach przygotowań do zbioru "Listy" tego autora. Już się ciszę na tą przyjemność. 
Dalej idę do zbiorów ogólnych, szukam powieści obyczajowych, kryminałów, czegoś historycznego. A potem obowiązkowo rzut oka na regały z polskimi autorami. Pomyśleć, że przed epoką blogową, kiedy tak często nie czytałam Waszych notatek, prawie nie czytałam współczesnej literatury polskiej. A teraz to obowiązkowy przystanek Tak trafiłam w zeszłym roku na "Zbrodnię w błękicie" Katarzyny Kwiatkowskiej. Druga jej książka ma się niedługo ukazać. Polecam tym wszystkim ,którzy jeszcze nie czytali. 
Zaraz po autorach polskich trafiam w rejony powieści kobiecej i półki z romansami, a że nieustannie lubię sobie taką lekturą uprzyjemnić jakiś ponury wieczór, to tu też zawsze znajdę coś dla siebie. Wtedy już zwykle ledwo udaje mi się utrzymać wszystkie wybrane tomy, ale wystarczy się obrócić i trafiam na półki z literaturą faktu i opracowaniami historycznymi. A Bibliotekarki wiedzą chyba, że ta biblioteka pełna jest pokus, więc limit wypożyczeń wynosi dziesięć książek. Przy dwóch kartach w rodzinie nie muszę się ograniczać i kolejne tomy wędrują ze mną do domu. Zwykle to już koniec, ale ostatnio moją uwagę przyciągnął malutki, ale zacny regał z książkami w języku angielskim. Chyba czas, żebym tam też częściej zaglądała.

Dzisiaj mój ostatni biblioteczny stosik zmalał już do połowy, a ja zaczynam odczuwać głód następnej wizyty. I to pomimo tego, że własne książki czekają w kolejce. :)
Tak sobie myślę, że kocham księgarnie, ale biblioteki chyba bardziej. Ten wpis miał być tylko wstępem do notki o książce "Pozwólcie nam krzyczeć" Stanisławy Fleszarowej - Muskat, ale w sposób całkowicie nieplanowany rozrósł się, więc planowana opinia będzie jutro. A powieść ta jest właśnie wynikiem ostatniej wędrówki po bibliotece. Zniszczony, zaczytany egzemplarz, wśród całego rzędu innych na półce. Wzięty na próbę, a zapoczątkował czytelniczą przygodę. Ale o tym jutro.

czwartek, 7 lutego 2013

"OSTATNI RAZ" ANNA GAVALDA

Ta objętościowo bardzo mała książka nie obfituje w zaskakujące zwroty akcji. Jej fabuła nie jest wypełniona mrożącymi krew w żyłach wydarzeniami. Jej siła polega na wrażeniu, jakie wywiera na czytelniku.
"Ostatni raz" to próba uchwycenia momentu wejścia w dorosłość. Chyba każdy z nas pamięta moment, kiedy jego dzieciństwo się skończyło. Jednym przydarzyło się to wcześniej, innym później, ale myślę, że zawsze towarzyszy temu myśl, że już nic nie będzie takie samo. Momenty beztroski będą miały inne znaczenie. Będą cennymi chwilami azylu przed otaczająca rzeczywistością.

Rodzeństwo Simon i Granace jadą na wesele kogoś z rodziny. Towarzyszy im żona Simona, która nie jest zachwycona tym, że po raz kolejny Granace sama nie dotarła na miejsce. Głęboka więź jaka łączy Simona, Granace, a także Lolę i Vincenta jest dla niej przypomnieniem, że owszem jest żoną, ale nie należy do ścisłego kręgu, nie dzieli poczucia humoru czwórki rodzeństwa i spojrzenia na świat. Granace, która jest narratorką tej opowieści, właściwie nie rozumie, co kierowało bratem, kiedy wybierał sobie taką towarzyszkę życia. Na miejscu okazuje się, że Vincent nie mógł przyjechać na rodzinne przyjęcie. Pod wpływem impulsu Granace, Simon i Lola postanawiają do niego pojechać. Można powiedzieć, że to takie ich dorosłe wagary. Jest w tym trochę nieodpowiedzialności, szaleństwa, ale przede wszystkim dużo beztroskiej i bardzo miłej chęci zobaczenia i spędzenia czasu z kimś kogo kochają. Ze swoim bratem.

Jeden dzień, piękna pogoda, słońce i kąpiel w rzece, posiłek na świeżym powietrzu, dużo rozmów. Dla całej czwórki to moment wyrwany z ciągu codziennych obowiązków. To dzień kiedy przestają się liczyć zaprzepaszczone szanse, stracone złudzenia i zwykłe kłopoty. Ale mimo wszystko to co zostawili, nie daje im mimo wszystko spokoju. Gdzieś w tle rozmów przewijają się obawy co do przyszłej pracy Granace, echa ciężkiego rozwodu Loli. 
Zwykłe życie nie daje o sobie zapomnieć.

"Ostatni raz" to piękny obraz relacji jakie łączą kochające się rodzeństwo. Tu nie ma sekretów, niedopowiedzeń, kłótni. Jest za to akceptacja i wiara w możliwości. Taka rodzina dodaje siły i otuchy. Ale przychodzi też moment uświadomienia sobie, że może trzeba zaufać drugiej osobie do końca i spróbować odszukać w partnerce brata te cechy, które dostrzegł on. Może trzeba się otworzyć na drugą osobę i zaakceptować to, że jest trochę inna.
Ta książka to liryczny obraz końca pewnego etapu. Życie po tym jednym dniu na pewno będzie inne, co nie znaczy, że gorsze. Być może nieco dojrzalsze. 
Kiedy przewróciłam ostatnią kartkę historii powiedzianej przez Gavaldę, pomyślałam sobie, że za kilka lat to rodzeństwo pewnie znowu wymknie się z jakiegoś rodzinnego spotkania. Tylko, że tym razem będą im towarzyszyli mężowie i żony, a pewnie i dzieci. I znowu ich czas wypełni się rozmowami, wspominkami z przeszłości, a letni dzień pozwoli na ucieczkę od teraźniejszości i spojrzenie z dystansu na to, co wywołuje żal i irytację. Doda siły by potem się uporać z rozczarowaniami.

środa, 6 lutego 2013

"DZIEWCZYNA W BŁĘKITNEJ SUKIENCE" GAYNOR ARNOLD


Kilka dni temu skończyłam czytać "Sekretną kochankę Dickensa" Claire Tomalin. Książka ta wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie. Już w trakcie lektury cieszyłam się, że będę mogła przyjrzeć się Dickensowi i jego żonie z innego punktu widzenia, bo na mojej półce czekała "Dziewczyna w błękitnej sukience" Gaynor Arnold. Jest to powieść inspirowana życiem pisarza i jego rodziny. Wprawdzie autorka zaznacza, że zmieniła kilka faktów, dodała trochę szczegółów, postaci, ale takie jest prawo fikcji, która czerpie tematykę z wydarzeń rzeczywistych.

Gaynor Arnold oddaje głos tej, która została porzucona, odcięta od kontaktów z mężem i dziećmi. Dorotheę Miller poznajemy w dniu pogrzebu jej męża Alfreda. Uroczystości odbywają się bez jej udziału. W ostatniej drodze Alfredowi towarzyszą dzieci i tłumy wielbicieli jego talentu literackiego. A Dorothea, zwana pieszczotliwie Dodo, wspomina jak poznała swojego ukochanego. 
Był wtedy młodzieńcem utalentowanym ale biednym, którego ojciec Dodo wspomagał finansowo, by mógł wystawić swoją twórczość na deskach teatru. Początkujący pisarz, komik, aktor, człowiek o ekstrawaganckim sposobie bycia i ubiorze, który to odzwierciedlał, był dla młodej dziewczyny kimś niezwykłym. Jego żarliwość ją oczarowała. I chociaż jej rodzice nie patrzyli na ten związek z pełną przychylnością młodzi zaręczyli się, a potem pobrali.
Na początku żyli bardzo skromnie w malutkim mieszkanku. Dorothea dopiero uczyła się prowadzenia domu, rozporządzania pieniędzmi i planowania wydatków. Alfred pracował coraz więcej, jego twórczość zyskiwała na popularności, a tym samym zarabiał coraz więcej pieniędzy. Wreszcie mogli się przeprowadzić do większego domu, a na świecie pojawiła się pierwsza córka Kitty.

Życie rodzinne jednak poniekąd rozczarowało i Alfreda, i Dorotheę. Popularność pisarza rosła, a on sam coraz więcej czasu poświęcał pracy. Trudno się dziwić, miał na utrzymaniu coraz większą rodzinę, a wychowanie w biedzie, sprawiło, że zawsze obawiał się braku pieniędzy i długów. Ale ważniejsze było jego nastawienie, jego tryb życia. Do Dodo zaczyna docierać, że jej mąż jest kobieciarzem. Wyczerpana kolejnymi porodami kobieta, której uroda już nie jest tak świeża, zauważa, że Alfred darzy może zbyt daleko idącymi względami jej młodszą siostrę, że w towarzystwie flirtuje z innymi kobietami, nie zważając na jej obecność. W końcu kolejna znajomość przeradza się w coś poważniejszego i separacja staje się faktem.

Po "Sekretnej kochance Dickensa" kolejne wydarzenia mnie nie zaskoczyły, ale nie to jest w tej powieści najważniejsze. "Dziewczyna w błękitnej sukience" to głos porzuconej, mimo to wciąż kochającej żony, ale równie ważny jest tu Alfred - Jeden Jedyny, pisarz, autor, na końcu mąż i ojciec. Rodzina zawsze pozostawała w cieniu jego twórczości. Zakochany we własnej popularności nie wahał się przed spotkaniami z wielbicielami, podróżami do Ameryki. Życie domowe to tło, które nieproszone wdziera się w jego życie kobieciarza, wiecznie szukającego poklasku i uwielbienia tłumów.  

Żona, którą być może wybrał nieco pochopnie, która nie jest obdarzona wielką wyobraźnią, zajęta kolejnymi ciążami i dziećmi, to nie to czego oczekuje Jeden Jedyny. On chce pełnych podziwu spojrzeń ze strony młodych, pełnych wdzięku i świeżości dziewcząt. Tak młodych jak kiedyś była jego żona. Ale to było kiedyś...
Dodo nie pozostaje nic innego, jak tylko pogodzić się z rozwojem wypadków, tym bardziej, że nie ma nikogo kto by się za nią wstawił. Nawet jej własna siostra stoi po stronie Alfreda. Co pozostawało kobiecie wychowanej w społeczeństwie wiktoriański? Nic. Musiała przystać na wszystkie warunki. Miała czuwać nad swoją rodziną, być opoką i wsparciem. Kiedy tego zabrakło, została sama, zamknięta w malutkim mieszkanku, z którego nie wychodziła, z obawy przed rozpoznaniem.

Postać Dorotheii mimo całej krzywdy jaka ją spotkała, nie jest jednak łatwa do polubienia. Czasami miałam ochotę nią potrząsnąć, powiedzieć, żeby się opamiętała i przestała wiecznie bronić Alfreda, ale dla niej ten człowiek pozostał tym pełnym fantazji młodzieńcem, który ją oczarował w domu jej rodziców. Jego urok, wspomnienie pięknych wspólnych chwil pozostało w tej kobiecie na zawsze i nic nie było w stanie tego wymazać. Dodo darzyła i darzy Alfreda miłością bezgraniczną i czystą. W zamian oczekiwała tylko jej odwzajemnienia, a pozostała jej świadomość, że to ona jest jedyną wdową po Jednym Jedynym.

Powieść przeczytana w ramach wyzwań: Z półki, Tea Time z Corridą, Długie zimowe wieczory.

sobota, 2 lutego 2013

JESTEM CHOMIKIEM.... STOS NA LUTY

Czas na przyznanie się do winy. Jestem chomikiem książkowym. Uwielbiam chodzić po księgarniach, bibliotekach, a nawet zwykłych kioskach z gazetami, bo może akurat trafi się jakaś fajna książka w dobrej cenie. Kupuję i już. Kupuję, bo mam taką możliwość, a pamiętam jeszcze czasy, że zakup kilku książek, to był temat na długie rozważania. Pewnie te szaleństwa ostatnie są tego wynikiem. No i liczę się z tym, że taka sytuacja może się powtórzyć. Widok własnych, nawet nieprzeczytanych książek, mnie nie martwi. Kiedyś przyjdzie na nie czas. 
Powyższe słowa są wynikiem analizy blogerów, która niedawno ukazała się na jednej z internetowych stron, gdzie dzielono blogerów na tych, którzy stosy publikują i na tych, którzy się od tego stanowczo odcinają. Ja stosy publikuję, bo sama bardzo lubię oglądać Wasze. Nie przeszkadza mi, że nie wszystkie z prezentowanych książek, doczekają się notki recenzyjnej.  Pierwszą wskazówką, że może warto się nią zainteresować, jest już jej obecność w zakupionych, czy wybranych do recenzji pozycjach. 
Nie będę zamieszczać linka do wspomnianego artykułu, żeby nie nabijać zawyżonych statystyk, tej analizie, która moim zdaniem jest mocno chybiona. Czytanie, kupowanie, dzielenie się swoją radością jest moim zdaniem wyrazem pasji, którą u blogerów, nie tylko książkowych cenię. Wchodząc na kolejne blogi, nie oczekuję tylko profesjonalnych recenzji. Czasem słowa, że czytelnik zarwał przy danej książce noc, że nie przejmował się, że będzie musiał iść na drugi dzień do pracy, czy szkoły, że płakał przy zakończeniu, albo śmiał się głośno i rodzina dziwnie na niego spoglądała, dają mi więcej niż naukowe rozważania na minimum pięć tysięcy znaków. Co nie znaczy, że takiej analizy, nie przeczytam z przyjemnością. Ale ważna jest różnorodność. I czasem zwykła opinia licząca sobie nawet tylko kilka zdań, ale trafnie dobranych, jest mnie w stanie przekonać. 
Aha... No i jestem niewyżytą czytelniczo absolwentką polonistyki, która ma bardzo poważny problem z  przecinkami. Za co przepraszam.

A teraz stos, a właściwie jego część, bo następne zamówienia czekają na realizację w Empiku i na Allegro. Odkryłam niedawno, że ta druga strona nadal istnieje. I można na niej kupić książki za 10 zł. Kolejny adres, którego będzie trzeba się wystrzegać... 




1. Gaynor Arnold "Dziewczyna w błękitnej sukience"
2. Stephen King "Dallas'63"
3. Anna Przedpełska - Trzeciakowska "Na plebanii w Haworth"







4. Marika Cobbold "Utonięcie Rose"
5. Corban Addison "Wędrówka przez słońce"
6. Hans Magnus Enzensberger "Hammerstein, czyli upór"
7. Tucker Malarkey "Odrodzona"
8. Anna Bikont "My z Jedwabnego"

Oto rezultat moich nieugruntowanych i amatorskich zainteresowań. :) W przyszłym miesiącu można się spodziewać kolejnego. Niestety będzie sobie liczył więcej pozycji. Chyba jestem przypadkiem nie do uratowania... Tylko dlaczego mnie to nie martwi?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...