środa, 30 stycznia 2013

"SEKRETNA KOCHANKA DICKENSA" CLAIRE TOMALIN

Epoka wiktoriańska niezmiennie mnie pociąga. Sztywny gorset konwenansów powstrzymujący angielskie społeczeństwo, przed ujawnieniem prawdziwych uczuć, nakazywał wręcz ich tłumienie. Wtedy tworzyli swoje dzieła jedni z moich ulubionych pisarzy, których twórczość często opiera się na kontraście między społecznymi nakazami, a życiem jednostki pochłoniętej uczuciami z nimi sprzecznymi. Wystarczy wspomnieć siostry Bronte, Elizabeth Gaskell, czy Charlesa Dickensa. Ten ostatni cieszył się wśród współcześnie żyjących wielką popularnością i szacunkiem. 
Jak na pisarza był bardzo bogaty i bardzo znany. 
Choć w swoich powieściach wytykał wady społeczeństwa, jego nieczułość na biedę, sam wiódł życie, które w pewnym momencie, zawędrowało bardzo daleko od wiktoriańskich nakazów moralnych.
Można powiedzieć, że to w sumie nic niezwykłego. Podwójna moralność była często spotykana we wszystkich warstwach, a pewnie przede wszystkim wśród osób majętnych.

Niecodzienne jest jednak to, że drugie życie Dickensa długo pozostawało w sferze domysłów, a niektórzy biografowie uparcie zaprzeczali jego istnieniu. Co wpłynęło na taką postawę i jak udało utrzymać się taki sekret w tajemnicy, relacjonuje Claire Tomalin w swojej książce "Sekretna kochanka Dickensa". Ową kochanką, wieloletnią towarzyszką, dla której pisarz decyduje się na separację z żoną, była Ellen Ternan, zwana Nelly.
Źródło
Dickens poznał ją, jej dwie siostry i matkę przy okazji wystawiania amatorskiego przedstawienia teatralnego, które realizował. Pani i panny Ternan były zawodowymi aktorkami. Profesja niezby chlubna w wiktoriańskiej Anglii, praktycznie zrównująca kobietę z prostytutką, zawsze skłaniała do wątpliwości w zakresie cnoty i moralności, Jednak Nelly i jej siostry były porządnie wychowanymi młodymi damami, których losy od wczesnego dzieciństwa było związane z teatrem. Wyrwanie się i podjęcie innego sposobu na życie w zamkniętym społeczeństwie było praktycznie niemożliwe. 
Ironią losu jest to, że jedna z dziewcząt pomimo dobrego wychowania, za przyzwoleniem i wiedzą matki zostaje kochanką człowieka, którego popularność jest oparta na przekonaniu, że wiedzie on egzystencję opartą na niepodważalnych wartościach moralnych.

Źródło
Bardzo interesująca jest w tym świetle, odpowiedź na pytanie co skłoniło obie strony, do podjęcia takiego trybu życia i czy takie postępowanie przyniosło im szczęście. Ponieważ istnienie Nelly było ukrywane przed opinią publiczną, ale i dalszymi znajomymi, relacje listowne, czy pamiętnikarskie są bardzo skąpe. Jednak autorce udaje się nakreślić bardzo sugestywny obraz pisarza i jego kochanki, z którego wynika, że przynajmniej Dickens był w tym związku szczęśliwy, choć było to uczucie niepozbawione momentów goryczy, wynikających z niepewności i ciągłej obawy przed ujawnieniem. A Nelly? Czy była zadowolona z obranej drogi, a może czuła się przytłoczona rozwojem wypadków. Odpowiedź na to, do pewnego stopnia dają jej decyzje po śmierci Dickensa.

Claire Tomalin rozumie, że zrozumienie decyzji pisarza nie jest możliwe, bez znajomości realiów epoki, w jakiej przyszło mu żyć i tworzyć. Dlatego też książka niemało miejsca poświęca szerokiej panoramie stosunków społecznych, uprzedzeń i wyobrażeń, próbując echa poglądów otoczenia odnaleźć w powieściach Dickensa. Dzięki czemu otrzymujemy nie tylko biograficzny wyjątek z życia pisarza, ale i szersze spojrzenie na warunki, które ukształtowały sposób w jaki zarówno Dickens, jak i Nelly postrzegali otaczający ich świat i jego ograniczenia. 
Autorka nie szuka sensacji, swoje odkrycia przedstawia w sposób rzetelny i tak taktowny, jakby pisała o wydarzeniach sprzed kilku lat. Dzięki temu czytelnikowi zostaje oszczędzone poczucie, że poznaje wydarzenia, których poznać nie powinien. Jednocześnie jej opowieść pełna jest skrywanych uczuć, nadziei, wahań nastrojów, z której choć ważniejsza powinna być tytułowa sekretna kochanka, to jednak na pierwszy plan wychodzi pisarz, którego siła oddziaływania była tak wielka, że do swoich racji potrafił przekonać właściwie całe swoje otoczenie. Lektura wartościowa nie tylko dla wielbicieli Dickensa.

Wyzwanie: Z półki 2013
                 Literatura nie tylko piękna. 

wtorek, 29 stycznia 2013

"ROSYJSKA KOCHANKA" MICHAEL WALLNER

Dwudziestodziewięcioletnia Anna żyje w małym mieszkanku, w Moskwie. Miejsce akcji jest tu o tyle ważne, że wpływa na losy bohaterów. Anna ma męża, który jest oficerem Armii Czerwonej i wiecznie chorującego synka. Młodzi dzielą mieszkanie  z ojcem, odsuniętym na boczny tor, poetą Wiktorem Zasuchinem. Egzystencja tej kobiety ogranicza się do codziennej pracy, przygotowywania posiłków, opieki nad dzieckiem i uspokajaniem rozżalonego ojca. Dla męża już czasu brakuje, zresztą trudno znaleźć choć odrobinę prywatności w jednym pokoju, który zajmuje tyle osób.
Trochę z ciekawości, trochę z nudów, a trochę dlatego, że nie widzi innego wyjścia Anna nawiązuje romans z Aleksiejem Bulyagkowem, wiceministrem do spraw nauki.
Początkowo ich kontakty ograniczają się do spędzania razem czasu. Rozmawiają, jedzą przygotowane przez Annę posiłki, ale wkrótce ich związek przeradza się w głębszą relację. 

Kobieta ciągle analizuje swoje kontakty z ministrem. Zastanawia się co takiego mężczyznę mogło do niej przyciągnąć. On wykształcony, wpływowy. Ona, wprawdzie ładna, ale wykonująca pracę fizyczną, której życie ogranicza się do wypełniania zachcianek małej rodziny. Jednak jakimś dziwnym trafem oboje dobrze czują się w swoim towarzystwie i inicjatywa pogłębienia ich relacji, właściwie wychodzi ze strony Anny. 
Wkrótce też okazuje się, że związek tych dwojga interesuje szersze grono osób. Kobieta zostaje nakłoniona do współpracy z KGB, któremu ma donosić na Aleksieja. 
W tym momencie w sferę prywatną zaczyna wkraczać polityka, szybko jednak okazuje się, że nic w tych relacjach nie jest proste, a wiceminister jest świadomy działań Anny. Cała historia jest zaś sprawnie zrealizowanym planem zmylenia KGB.

Odtąd i czytelnik zaczyna uczestniczyć w grze między tajnymi służbami, a kochankami, zastanawiając się jak daleko posunie się Anna. Przed kobietą zaś zaczynają się odkrywać nowe możliwości. Przez swoje działania niejako awansuje do wyższej warstwy społecznej. Jej życie jest zakłamane, poddane ciągłej inwigilacji, na którą właściwie nie ma wpływu. Ale jednocześnie ma dostęp do lepszego szpitala. Jej synek wreszcie zaczyna reagować na leczenie, ojciec wydaje nowy tomik wierszy. Nawet mąż zostaje odesłany na daleką Syberię. Ma nie przeszkadzać w romansie, ale zaczyna też więcej zarabiać. Własne mieszkanie staje się realną opcją. 
Dwuznaczne moralnie życie zaczyna przynosić korzyści nie do odrzucenia. 
Główną wartością książki jest właśnie bardzo trafny opis życie w społeczeństwie poddanym ciągłemu nadzorowi, które nie zadaje pytań. Nawet główna bohaterka, świadoma i często komentująca realia, nie zdobywa się na aktywną walkę z nimi. Państwo nie ufa swoim obywatelom, nawet jednostki na wysokich stanowiskach są ciągle pilnowane, kontrolowane, sprawdzane. Każdy może się okazać donosicielem, w każdej rozmowie należy się pilnować. Ucieczka właściwie nie istnieje.

Słabą stroną powieści są natomiast główni bohaterowie. Nie widać między nimi uczucia, miłości, która powoli się rodzi, zaskakując ich samych. Anna i Aleksiej nie potrafią przykuć uwagi na dłużej, to co się z nimi dzieje było mi trochę obojętne.
Akcja powieści toczy się zbyt powoli, a kiedy pod koniec głos zostaje oddany po kolei wszystkim uczestnikom wydarzeń, napięcie rozmywa się i rozwiązanie fabuły nie zaskakuje. Niestety też żadnej z postaci nie można do końca polubić, może dlatego, że motywy ich działań odkrywamy zbyt późno, może dlatego, że Anna do końca właściwie nie wie co myśleć, a jej niezdecydowanie zaczyna w końcu denerwować. W tym świetle lepiej wypada jej mąż, który w decydującym momencie podejmuje walkę o swoje szczęście, nie oglądając się przy tym na innych, umiejąc też otaczające go realia przyjąć, ale i dostosować do swoich pragnień.

Wyzwanie: Długie zimowe wieczory.
    

czwartek, 24 stycznia 2013

CO SIĘ STAŁO Z "THE GOOD WIFE" ?

"The Good Wife" to jeden z tych seriali na, którego nowy sezon czekam z niecierpliwością. Pilot mnie zaciekawił, choć nie zauroczył, ale następujące po nim odcinki, były na tyle dobre, że produkcja stała się dla mnie hitem sezonu. Jednak ostatnia seria rozczarowuje, pod kilkoma względami, a podczas oglądania niedawnych epizodów skrystalizowało mi się w myślach kilka  spostrzeżeń, które postanowiłam zebrać w jedną notkę.

Źródło
"Żona idealna", bo pod takim tytułem serial funkcjonuje w polskich telewizjach, bazuje na niezbyt oryginalnym schemacie. Jeżeli przymrzyjmy się podstawie, zobaczymy, że każdy odcinek oparty jest na innej sprawie, której prowadzenie zleca kancelarii "Lockhart & Gardner". Nic to nowego jeśli akcja toczy się wokół praktyk biura prawniczego.
Poza tą osią, niemniej istotnym wątkiem jest życie prywatne Alicji Florrick, głównej bohaterki, która po skandalu erotyczno - łapówkarskim dotyczącym jej męża, pełniącego funkcję prokuratora generalnego, zostaje przyjęta do pracy w firmie, gdzie współwłaścicielem jest jej kolega ze studiów, Will Gardner. Połączenie to okazało się bardzo owocne, nie tylko z powodu świetnie poprowadzonych obu wątków. Fabuła "The Good Wife" nie wisiała w próżni bez otoczenia. W tle przewijało się, bardzo zajmując widza, umiejętnie stopniowane napięcie między Alicją i Willem, których być może w przeszłości łączyło dość niesprecyzowane coś więcej. To niesprecyzowanie było bardzo dobrym pomysłem twórców, którzy nie podali od razu na tacy, czy ta para była kiedyś tylko bliskimi przyjaciółmi, czy zanosiło się może na bliższy związek. Pierwszy sezon rozwija tą myśl, a atmosfera gęstnieje, bo mimo, że Will zauważalnie jest zainteresowany Alicją, to jednak pozostaje ona przecież mężatką. A Peter Florrick nawet w więzieniu nie daje o sobie zapomnieć. Jeszcze ciekawiej robi się, kiedy z niego wychodzi. Historia przeradza się wtedy trochę w klasyczny trójkąt, w którym jednak potencjalny romans nadal istnieje, tylko jako jedno z dopuszczalnych rozwinięć fabuły. I tak scenarzyści trzymają widzów przy telewizorach, karząc im, czekać  na ten konkretny odcinek, kiedy stanie się faktem. Każdy kolejny wyjawiony sekret Petera, niby zbliża do wyczekiwanego momentu, ale równoważą to epizody, wskazujące, że Will być może również nie jest bez wad i ma coś do ukrycia. 
Dobrym wyborem było też ukazanie małżeństwa Florriców, jako w gruncie rzeczy udanego związku. Wzajemne kontakty Petera i Alicji, po ujawnieniu afery, czy to w więzieniu, czy potem pokazują, że są oni dobraną parą. Łączy ich dwójka dzieci, ale nie tylko. Alicja zawsze popierała polityczne ambicje męża. Podjęcie własnej pracy, pozwoliło jej na odzyskanie niezależności, zyskanie większej pewności siebie, ale rozwód nigdy nie był kwestią, do pilnego rozważenia. Po części ze względu na dzieci, po części na karierę Petera, która okazuje się nie do końca zaprzepaszczona, a po części dlatego, że Alicja mimo wszystko chyba nadal go kocha i chce mu wybaczyć. Wszystkie te kwestie, pozwalały na wiele możliwości, jeśli chodzi i poprowadzenie fabuły i były do pewnego momentu świetnie wykorzystane.

Źródło
Serial przyciągał również ciekawymi postaciami drugoplanowymi. Drugą właścicielką kancelarii jest kobieta, którą można przeciwstawić Alicji. O ile ta poświęciła się rodzinie i wychowaniu dwójki dzieci, o tyle Diane Lockhart jest typową, być może nieco gruba kreską nakreśloną kobietą sukcesu. Zawsze elegancko i nienagannie ubrana, siedzi w narożnym, dużym, świetnie umeblowanym gabinecie i po prostu rządzi. Ale i tutaj twórcy przemycili kilka momentów, które pozwalają nam ją polubić. Po kilku odcinkach można zauważyć, że Will i Diane dobrze sobie radzą jako wspólnicy, a sympatia  którą darzymy Willa przechodzi i na Diane. Poza tym jej lekko humorystyczne randkowe epizody ze specjalistą od broni, sprawiają, że nie można tej postaci traktować śmiertelnie poważnie.
Ciekawą osobowością jest też Kalinda Sharma. Druga silna kobieta, postawiona w opozycji do Alicji, pełni funkcję śledczego w kancelarii i zdaje się, że nie ma dla niej rzeczy niemożliwych, jeśli chodzi o zbieranie konkretnych informacji. Często dzięki niej sprawy beznadziejne zostają rozstrzygnięte po myśli prawników. Jednocześnie jej życie prywatne jest nieustabilizowane. Biseksualistka, spędzająca czas zarówno z mężczyznami, jak i z kobietami, generalnie nie waha się wykorzystać tych konkatów w sprawach zawodowych. Jej coraz bliższa przyjaźń z Alicją, jest troszkę zaskakująca. 
W pierwszym sezonie nie można też pominąć kwestii rywalizacji między panią Florrick, a Carry'm Agosem, czyli drugim prawnikiem przyjętym do firmy. Po roku współwłaściciele mają zdecydować, które z nich zostaje w pracy na dłużej.

Wokół tych wątków rozwijały się trzy sezony. Po drodze były bardzo ciekawe nieraz sprawy. Świetne postacie sędziów, dzięki którym sceny procesowe oglądało się z wielką przyjemnością. Kłopoty finansowe kancelarii zmusiły do przyjęcia trzeciego wspólnika, którego potem pozbyto się w bardzo efektowny sposób. Jego wyeliminowanie było tematem jednego z najlepszych epizodów. Carry odszedł do prokuratury, by tam mącić przeciwko "Lockhart & Gardner", a potem niespodziewanie odkrył, że praca po przeciwnej stronie mu się podoba.
Pod koniec drugiego sezonu romans stał się faktem, by w trzecim przejść do historii. Co zdziwiło mnie na początku, przyjęłam to bez jakiegoś wielkiego smutku. "The Good Wife" okazało się na tyle dobrym serialem, że rozwiązanie kwestii Willa i Alicji, nie wpłynęło na jakość całości.

Źródło
Ale w czwartym sezonie chyba nie do końca coś zagrało. 
Koniec trzeciej serii, to wyjście na jaw kolejnego oszustwa Petera wobec Alicji. I tym razem znowu bardzo perfidnego, bo okazuje się, że zdrada z prostytutką nie była jedyna. Ale w grę wchodzi znowu gra polityczna i do rozwodu nie dochodzi. Co więcej, Alicja zgadza się pomagać mężowi w kampanii wyborczej. A my mamy powtórkę z rozrywki, bo małżeństwo oczywiście znowu się do siebie zbliża. I przyznam, że staje się to powoli nudne. Do końca nie wiadomo, co kieruje bohaterką. Na pewno pozostaje kwestia dzieci i politycznego poparcia. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że Alicja po prostu lubi być żoną ważnego polityka. Takie prowadzenie postaci wprowadza ciekawy rys psychologiczny, tym bardziej, że romans z Willem jest chyba sprawą zamkniętą. Jednak faktem jest, że takie relacje między Peter'em i Alicją nie są w gruncie rzeczy niczym nowym. Właściwie czekam tylko na wyjawienie kolejnej ciemnej sprawki, choć jeszcze nic w tym tropie nie zostało zasygnalizowane.
Wątkiem, który miał trzymać w napięciu w zamian, porzuconego wątku romansowego, była sprawa pojawiającego męża Kalindy, który okazuje się dość nieprzyjemnym typem. Kalinda jednak ma do niego zauważalną słabość i dopiero groźby wobec Alicji, skłoniły kobietę do rozwiązania tego problemu. Do końca nie wiadomo w jaki sposób Kalinda zmusiła go do  zniknięcia i być może tkwi tutaj wciąż jakiś potencjał. Myślę, że ta postać została tak zdecydowanie określona jako bardzo stanowcza, że jej kłopoty istniały trochę poza świadomością widza. Bo czy istnieje sprawa, z którą Kalinda nie jest w stanie sobie poradzić? Bardzo wątpliwe.

I tak serial kręci się w czwartym sezonie wokół groźby bankructwa kancelarii, którą jednak trudno brać poważnie, bo przecież wyniki oglądalności wydają się niezłe i następny sezon, chyba jest w planach. Brakuje jednak czegoś spajającego poszczególne odcinki, a kolejne sprawy, choć nadal zajmujące, to nie jednak nie do końca, to co chodzi w dobrej produkcji. Trzymam kciuki za jakąś zaskakującą zamianę.

Wpis ten powstał za sprawą męczącej mnie od tygodnia grypy, która nie pozwala mi wyjść z domu. Dlatego też nie zostały dotąd wysłane książki  rozlosowane w konkursie. Dziewczyny, przepraszam, ale wszystko idzie ku lepszemu, więc przesyłki niedługo do Was dotrą. :)


środa, 23 stycznia 2013

"CZERWONY KSIĄŻĘ" TIMOTHY SNYDER

Gdyby "Czerwony Książę" był powieścią, mocno bym się zastanawiała, nad prawdopodobieństwem przedstawionych tam wydarzeń. Ale bohater tej książki jest jak  najbardziej prawdziwy.
Timothy Snyder jest historykiem specjalizującym się w historii Europy Środkowej i Wschodniej. Jego "Skrwawione Ziemie", zdobyły tegoroczną Nagrodę Historyczną im. Kazimierza Moczarskiego. Tkwią już w moim schowku w Empiku od bardzo dawna. Póki co wpadł mi w ręce właśnie "Czerwony Książę", postanowiłam, więc sprawdzić, czy styl w jakim pisze autor mi odpowiada.
Czerwony Książę to arcyksiążę Wilhelm Habsburg, kandydat na króla państwa ukraińskiego, które miało być utworzone pod protektoratem Habsburgów i Niemców. Jego ojciec, arcyksiążę Karol Stefan Habsburg, wychował swoje dzieci w duchu poszanowania dynastii habsburskiej. Nic w tym dziwnego, bo monarchia wydawała się przed I wojną światową niezniszczalna. Jej członkowie dostrzegali jednak coraz silniejsze ruchy nacjonalistyczne. Receptą na utrzymanie narodów, dążących do niepodległości, w strefie wpływów dynastii, miała być ich autonomia, pod panowaniem habsburskiego regenta.
W słonecznej Grecji dzieci Stefana uczyły się więc m.in. języka polskiego, której przyszłym królem miał być Habsburg.
W 1907 roku cała rodzina przeprowadziła się do Żywca, gdzie mieścił się odziedziczony po teściu majątek, w którego skład wchodziły m.in. browary.

Już na miejscu Wilhelm i jego rodzeństwo kontynuują naukę. Dążąc do poszerzenia swoich związków z nową ojczyzną, dwie córki zostają wydane za polskich arystokratów. Tymczasem Wilhelm zwraca się ku innemu narodowi. Zafascynowany językiem i kulturą ukraińską, oddala się od planów ojca i zaczyna snuć własne marzenia.
W czasie I wojny światowej dowodzi pułkiem złożonym z Ukraińców. Pod ubraniem nosi tradycyjną wyszywaną koszulę, szerzy świadomość narodową i uczestniczy w rozmowach dotyczących utworzenia nowego państwa. Ponieważ jego interesy są sprzeczne z dążeniami Stefana, ojciec go wydziedzicza. Jego działania kończą się jednak fiaskiem.
Po wojnie mieszka w Paryżu. Utrzymuje się z pensji wypłacanej przez braci. W jego otoczeniu jest też dużo Ukraińców, ale nie tylko.

Swój czas dzieli pomiędzy rozrywki i próby zdobycia funduszy na realizację dążeń do stworzenia państwa ukraińskiego. Pieniądze od braci wydaje praktycznie bez namysłu. Podróżuje w towarzystwie lokaja, jego homoseksualne skłonności nie są tajemnicą, mimo to potrafi również oczarować kobiety. Skandal związany z jego romansami zmusza go do wyjazdu do Austrii.
Dalej jest już II wojna światowa i chwilowy flirt z nazizmem. Oczywiście w nadziei na pomoc w odrodzeniu Ukrainy. Potem zawiązuje kontakty z wywiadami Anglii i Francji, by walczyć przeciwko ZSRR.


Niezwykle ciekawa była to książka. Przybliża nie tylko życie człowieka, o którego istnieniu nie miałam pojęcia, ale bardzo sugestywnie opisuje klimat świata w momencie przełomu, kiedy ludzie wtedy żyjący mieli świadomość nadchodzących zmian, ale nie przewidzieli ich radykalności. I wojna światowa kładzie kres monarchii habsburskiej. Pozostały w Polsce syn Stefana - Albrecht, w czasie II wojny światowe walczy po stronie polskiej, a jego brat nie porzuca marzeń o panowaniu nad Ukrainą. Czy całe życie Wilhelma jest wyrazem siły marzeń, determinacji do urzeczywistnienia swoich planów, czy może obsesją człowieka, który nie dostrzega tego, że świat, w którym żyje bezpowrotnie się zmienia? Pewnie wszystko to po trochu.
Snyder umieszcza losy Wilhelma w szerokiej panoramie historii Europy, upatrując korzeni jego postawy w trwałości i konserwatyzmie dynastii habsburskiej, a także w procesie wychowania w ideałach Stefana. Autor stawia też śmiałe tezy o pokrewieństwie dzisiejszej wizji Unii Europejskiej z niepodległą Ukrainą, jako odrodzonego dziedzictwa Wilhelma. Jeśli przyjmiemy to twierdzenie, wtedy działania potomka Habsburgów, trzeba by było traktować w kategoriach wizjonera, wykraczającego poza ograniczenia swojej epoki.
Jeżeli chcecie wyrobić sobie swój własny osąd na ten temat, nie pozostaje nic innego, jak tylko przeczytać "Czerwonego Księcia".
Warto.

Książka przeczytana w ramach styczniowego wyzwania Trójka e-pik.
Wyzwanie: Nie tylko literatura piękna.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

"ZŁOTO CZAROWNIC" HEIDI REHN

"Kobieta z bursztynowym amuletem" nie spełniła moich oczekiwań, ale na półce czekała jej druga część. Myślałam, żeby ją odnieść do biblioteki bez czytania, ale postanowiłam najpierw spróbować, by zobaczyć, czy może jednak coś się zmieniło.
Po ciężkich przeżyciach opisanych w pierwszym tomie, Magdalena i jej ukochany są razem. Mieszkają w pięknym i dużym domu, a Erick prowadzi rozległe interesy. Ich córka jest bystra, po matce odziedziczyła zamiłowanie do leczenia, ale równie dobrze radzi sobie w rachunkach, pomagając ojcu w kantorze. Nasza felczerka nie musi już leczyć, prowadzi dom odpowiedni dla nowego życia rodziny, ale czasem tęskni za dawnymi czasami. Niestety nie wszystko układa się dobrze. Erick bywa oschły, skryty i obcy. Dodatkowo ginie jego kuzyn i wspólnik. Ponieważ majątek rodziny był zadłużony,  jego żona i syn przeprowadzają się do Magdaleny, a Erick wyrusza w podróż by poprawić ciężką sytuację finansową
Kiedy Magdalena nawiązuje kontakt, z dawna niewidzianą rodziną jej ojca, dowiaduje się, że jej mąż od dawna ją oszukiwał. Postanawia ruszyć jego śladem i przejąć swój spadek, odkrywa przy tym kilka tajemnic z życia swojego ojca i jego związków z rodziną Ericka.
"Złoto czarownic" było dla mnie miłą niespodzianką. Myślałam, że porzucę powieść po kilkunastu stronach i z czystym sumieniem będę ją mogła odnieść do biblioteki. W drugiej części akcja toczy się jednak szybciej, a kiedy Magdalena wyjeżdża za Erickiem, zaczyna się robić całkiem ciekawie.
Zaletą książki pozostaje trafne oddanie społeczeństwa XVII wieku. Kupcy podróżują po całej Europie, by znaleźć jak najlepsze towary handlowe. Ryzykują nieustannie swoim majątkiem i życiem, majątki przechodzą z rąk do rąk w ramach papierów zastawnych. Prężnie rozwijają się miasta, a ludzie wędrują w grupach złożonych nieraz z całkiem przypadkowych osób.
Do takiej właśnie grupy trafia Magdalena, a my przekonujemy się, że choć niektóre dziedziny się rozwijają, to nadal bardzo dobrze mają się przesądy i zabobony wynikające z niewiedzy. Kobieta potrafiąca leczyć, człowiek dotknięty niezwykłą przypadłością, dziwne znamię, wszystko to może prowadzić do oskarżenia o czary.
Pod koniec lektury byłam już pewna, że bardzo podoba mi się sposób w jaki Heidi Rehn tworzy tło dla swojej fabuły. Jest ono barwne i sugestywne, co sprawia, że niedostatki powieści, aż tak nie przeszkadzają.
A trochę ich jest. Przede wszystkim kuleje moim zdaniem konstrukcja postaci, a raczej ich interakcje. O ile Magdalena pozostaje intrygującą bohaterką, o tyle jej działania są nie do końca zrozumiałe.
Nie mogę zrozumieć jej zaślepienia Erickiem, który jeśli byśmy mieli wnioskować, z jego sposobu postępowania, tego  uczucia nie podziela. Właściwe życie Magdaleny sprowadza się do wypatrywania oznak złego humoru mężczyzny.
To po prostu nie pasuje do tej kobiety. Poza tym cały pierwszy tom poświęcony był walce o przetrwanie wielkiej miłości tej pary i możliwość bycia razem. Kiedy w drugiej części to pragnienie się ziszcza, uczucie widać tylko we wzajemnych deklaracjach, a nie czynach.
"Złoto czarownic" jest zauważalnie lepsze od "Kobiety z bursztynowym amuletem", ale wiarygodność bohaterów to dla mnie bardzo ważna część książki. Tutaj mi tego zabrakło i z tego powodu podziękuję następnym książkom tej autorki.

Książka przeczytana w ramach styczniowego wyzwania Trójka e-pik

sobota, 19 stycznia 2013

"PERSWAZJE" JANE AUSTEN

Kiedy myślę o powieściach Jane Austen, zawsze narzuca mi się podział na dwie grupy. W jednej są: "Duma i uprzedzenie", "Emma" i "Rozważna i romantyczna", "Opactwo Northanger". Ich bohaterki są młode, a perypetie jakie je spotykają nie są pozbawione wątków humorystycznych. Kiedy je czytam mam wrażenie, że z ich kart płynie poczucie optymizmu i wiary w szczęśliwe zakończenie.
Całkiem inne są natomiast "Perswazje" i "Mansfield Park". Tematem głównym obu jest oczywiście historia miłosna, ale przedstawiona z innego punktu widzenia.
W "Perswazjach" Jane Austen bohaterką jest już zbliżająca się do 30 roku życia Anna Elliot, kobieta, której świeżość młodości już przeminęła. Niezbyt ceniona przez ojca i siostry, od początku zdobyła jednak moją sympatię.
Anna jest  typem osoby, twardo stąpającej po ziemi i potrafiącej stawić czoła problemom, które spotykają jej rodzinę.
Elliotów poznajemy w trudnym momencie, kiedy muszą całkowicie zmienić swój tryb życia. Do tej pory wiedli egzystencję wypełnioną przyjemnościami, kolejnymi sezonami w Londynie, a radością pana Elliota było przeglądanie "Almanachu baronetów" i napawanie się własną pozycją społeczną. Kłopoty finansowe, które zmuszają ich, do przeprowadzki i wynajęcia własnej siedziby, są w ich przekonaniu, wynikiem nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, a nie rozrzutnego życia, które nie miało pokrycia w rzeczywistych dochodach, płynących z majątku.
Posiadłość zostaje w końcu wynajęta, Anna postanawia spędzić jeszcze trochę czasu, przed wyjazdem do Bath, w domu swojej siostry, Mary,
Wtedy też spotyka ponownie mężczyznę, którego kiedyś darzyła szczerym, ale nieśmiałym uczuciem młodej kobiety, rozbitej pomiędzy własnymi pragnieniami, a oczekiwaniami rodziny. Ponieważ jej wybranek - kapitan Wentworth nie był wtedy osobą majętną, ani uznaną w środowisku marynarskim, Anna uległa namowom rodziny i przyjaciół i odrzuciła propozyję małżeństwach. Po latach, kiedy dom Elliotów wynajmuje siostra Wentwortha z mężem ich spotkanie wydaje się nieuniknione. Jednak ich pozycja uległa przez ten czas zmianie. Kapitan zdobył majątek i szacunek, zaś Anne, choć nadal może się poszczycić dobrym pochodzeniem, czuje, że jej czas już minął. Cóż, określenie jej mianem starej panny, samo ciśnie się na usta.
A jednak Jane Austen sprawiła, że od początku kibicowałam jej postaci, choć sama Anna, nie widziała już dla siebie praktycznie żadnej nadziei na odmianę losu. Swoje położenie przyjmuje z godnością. Jej działania zmierzające, do tego, by znaleźć dla siebie azyl wśród rodziny, która nie podziela jej upodobań i przekonań są pełne cichej rezygnacji z marzeń, dawno uznanych za niemożliwe do spełnienia.
Jej spotkania z kapitanem Wentworthem praktycznie pozbawione są rozmów, ale angielska pisarka potrafiła nasycić je taką dozą napięcia płynącego z wzajemnych spojrzeń i drobnych gestów, że od razu można wyczuć, że nie wszystko jest tutaj stracone. Obie strony są jednak jakby zamknięte w swoich skorupach. Zarówno Anne, jak i Wentworth pamiętają, że łączą je przykre wspomnienia i żadne nie chce powtórnego zranienia, choć Anne jest świadoma tego, że jej uczucia nie uległy zmianie. Ale czy druga strona czuje to samo?
Rozdziały tej powieści wypełniają rozważania, dociekania, nieśmiałe przypuszczenia, poczucie kiełkującej nadziei, które są jednak zaraz weryfikowane przez ciągłe wątpliwości, czy spojrzenie, gest pojedyńcze słowo zostały na pewno dobrze zrozumiane.
Subtelność tych opisów jest przejmująca i nie pozwala nikomu pozostać obojętnym, wobec rozgrywającej się na naszych oczach, cichej walki o własne szczęście.
"Perswazje" to niewiele ponad 200 stron w wydaniu, które czytałam, a jednak nasycone są tyloma trafnymi spostrzeżeniami na temat społeczeństwa, zasad funkcjonowania w towarzystwie, a pojawiające się postacie drugoplanowe to prawdziwy majstersztyk. Niektóre wręcz karytakularne rysy uwypuklają wszelkie wady nieodpowiedniego wykształcenia, czy podporządkowania wszechwładnej etykiecie.
Postępowanie Anny wydaje się sposobem autorki, na wyrażenie przekonania, że tylko decyzje podjęte w zgodzie z własnym sumieniem, kierowanie się poczuciem moralności i przyzwoitości gwarantuje prawdziwe szczęście.  
I choć powieść pozbawiona jest dramatycznych wydarzeń, czy gwałtownych zwrotów akcji, to śledzenie fabuły dostarcza prawdziwej przyjemności, polegającej na obcowaniu z pięknem stylu, jakim posługuje się autorka. A historia miłosna po raz kolejny oparta na wadze właściwego urodzenia i majątku, zagłębiająca się emocje targające głównymi bohaterami, ani przez chwilę nie staje się nużąca. 


Przeczytane w ramach wyzwania "Klub Jane Austen" i Tea Time z Corridą
Booktroter: Anglia

czwartek, 17 stycznia 2013

"KOBIETA Z BURSZTYNOWYM AMULETEM" HEIDI REHN

Wojna trzydziestoletnia pochłaniała państwa europejskie pomiędzy 1618 a 1648 rokiem. Końcowe lata tej wojny to tło, które wybrała dla swojej powieści Heidi Rehn.
Autorka daje swojej bohaterce dość niezwykłą profesję felczerki w wojskowym obozie.
Magdalena lubi swoje zajęcie, chętnie uczy się sporządzania nowych mikstur od mistrza Johanna, podpatruje też akuszerkę Roswithę.
Prowizoryczny, obozowy szpital jest dla niej też miejscem ucieczki, przed niezbyt przyjazną atmosferą panującą w jej rodzinie.
Choć ojciec Magdaleny w każdym obozie znajduje, godne miejsce zamieszkania w domach opuszczonych przez mieszczan, dziewczyna nie czuje się dobrze w towarzystwie matki i kuzynki.
 
Magdalena ma też swoją tajemnicę. W wieku sześciu lat z wielkiego pożaru Magdeburgu uratował ją Erick. Po kilku latach chłopak odnajduje ją w taborze wojsk cesarskich, niestety łączące ich uczucie muszą ukrywać przed rodzicami dziewczyny. W czasie jednego ze starć ginie ojciec felczerki, a Erick znika. Magdalena musi sobie radzić sama. Przyzwyczają się do nowego życia, kiedy niespodziewanie los znowu styka ja z ukochanym.
 
Romans historyczny to dla mnie lektura, od której oczekuję, że mnie pochłonie. Niestety tutaj zawiodłam się bardzo mocno. Obóz wojskowy i życie w jego warunkach, ciągła wędrówka, brak stabilizacji, wszechobecny bród i nieokrzesani żołnierze są opisani bardzo sugestywnie i obrazowo, co pozytywnie wpływa na odbiór powieści. Ale warstwa fabularna jest dosyć schematyczna, a akcja prowadzona w sposób bardzo rozwlekły i pozbawiony momentów trzymających w napięciu.
Konflikt dzielący rodziny Ericka i Magdaleny zostaje tylko zasygnalizowany, a dalej właściwie nic z niego nie wynika.
 
Wraz z rozwojem wydarzeń byłam też rozczarowana postacią głównej bohaterki. Choć wydaje się ona zdecydowaną i pewną siebie silną, młodą kobietą, to jednak w obecności Ericka zdaje się tracić cały swój temperament. Nie zadaje mu praktycznie żadnych pytań, dotyczących jego powodów jego zniknięcia i dwuletniej nieobecności Tłumi w sobie wszelkie zastrzeżenia co do podejrzanej działalności zarobkowej mężczyzny. Można powiedzieć, że kocha bez względu na pojawiające się wątpliwości, ale taka naiwność nie pasuje do tej odważnej i zdeterminowanej dziewczyny.
 
Powieść jest dosyć obszerna, bo liczy sobie trochę ponad 500 stron i muszę przyznać, że końcówka mocno mnie nużyła, co sprawiło, że czytałam dosyć nieuważnie, wypatrując tylko jakichś bardziej znaczących wydarzeń.
Dalsze losy Magdaleny poznajemy w powieści "Złoto czarownic". Miałam na półce, wiec przeczytałam. Moje wrażenia jutro, ale już dzisiaj mogę powiedzieć, że po inne powieści tej autorki na pewno nie sięgnę.

środa, 16 stycznia 2013

"MATKI, ŻONY, CZAROWNICE" JOANNA MISZCZUK

Początek zapowiadał bardzo przyjemną powieść kobiecą. Nawet zaczęłam się cieszyć, że pomimo kilku niezbyt łaskawych recenzji na blogach, mimo wszystko zabrałam "Matki, żony, czarownice" z bibliotecznej półki do domu.
Trzy przyjaciółki spotykają się na babskiej kolacji. Jedna mieszka za granicą, nie bardzo wiadomo, co dokładnie się u niej dzieje, drugiej właśnie rozleciał się przynoszący świetne pieniądze biznes, a u trzeciej wszystko w najlepszym porządku. Przy sporej ilości dobrego alkoholu, zaczynają sie zwierzenia. Wychodzą na jaw sekrety, małe tajemnice. Czytelnik, czyli ja, bawi się całkiem dobrze.
Dalej jest, zdaje się jeszcze lepiej. Poznajemy bliżej jedną z przyjaciółek - Klarę, tę której to życie po kilku solidnych kopach, wreszcie zaczęło oferować kilka dobrych, spokojnych lat z mężem i córką. W retrospekcjach poznajemy dom w jakim się wychowała, a co za tym idzie jej matkę i babkę. Bardzo zajmujące były rozdziały, poświęcone wojennym przeżyciom Marii, czy te opisujące perypetie matki Klary, która dostrzegła jak wielką miłością ją darzono, kiedy kochający człowiek odszedł na zawsze. Silne kobiety, które umiały sobie poradzić z przeciwnościami losu, na tle historii i codzienne życie, które niezależnie od czasów bywa bardzo skomplikowana. Trudne decyzje, ale i momenty prawdziwego szczęścia, w których towarzyszy im pierścień miłości i przebaczenia, przekazywany z pokolenia na pokolenie.
Obecność tego trochę tajemniczego przedmiotu, zapowiadała wędrówkę ku przeszłości rodziny, a ponieważ lubię takie wątki, nie miałam nic przeciwko, rozwinięciu tej opowieści.
Tymczasem życie Klary zaczęło się odpowiednio komplikować, w myśl zasady, że główna bohaterka musi spaść z wyżyn szczęścia w otchłanie rozpaczy. Z tymi otchłaniami oczywiście trochę przesadziłam, ale kobieta musi szukać nowego sposobu na życie, już bez dotychczasowego małżonka.

I to jest moment, kiedy książka przestaje mi się powoli podobać, ze strony na stronę mam coraz więcej mieszanych uczuć, by wreszcie zamknąć ją z wielkim poczuciem ulgi, że już się skończyło.
Powiedzmy, że realizmu w tej powieści za wiele nie znajdziemy, ale można to przeboleć. Pewnych powieści nie czyta się dla wiernych opisów życia w naszym pięknym kraju, ale moment kiedy Klara dostaje pracę marzeń, świetnie płatną i ogólnie genialną przy przypadkowym spotkaniu ze znajomym, uważam zbyt mocno naciągany.

Największym problemem są dla mnie jednak, dociekania bohaterki na temat historii pierścienia, a tym samym zawiłości rodowych, które odkrywają kolejnych nieprawdopodobnych członków rodziny. Kogo tam nie ma.... Przewracałam kolejne strony z rosnącym poczuciem irytacji i coraz większą chęcią dobrnięcia do końca. Druga połowa powieści to dla mnie czysta fantastyka, która nie pasuje do dobrze zapowiadającego się czytadła. Brnęłam przez koleje losów coraz bardziej niesamowitych postaci i zastanawiałam się dokąd to zmierza. Celu do tej pory nie widzę.

Doszły mnie słuchy, że jest część druga. Co więcej już ją widziałam w bibliotece. Przeczytam, grubość nie odstraszała, a może zakończenie będzie sensowne...


Wyzwanie: Polacy nie gęsi i swój język mają.

wtorek, 15 stycznia 2013

"FANABERIE" JOLANTA WROŃSKA

Mogłabym być naprawdę złośliwa wobec tej książki, bo kilka razy miałam ochotę ją odłożyć i nie wracać do niej nigdy więcej, ale pomimo kilku irytujących niezręczności, dotrwałam do końca i nie załuję czasu, który poświęciłam tej lekturze.
Zasadniczym plusem powieści Jolanty Wrońskiej jest biznesowa otoczka, która towarzyszy fabule. Pastelowa okładka z apetyczną babeczką, która zachęca zarówno do jej zjedzenia, jak do podziwania kunsztu plastycznego twórcy wypieków, sugerowała środowisko cukierników, restauratorów i historię obracającą się wokół jedzenia i płynących z tego korzyści. Pomyslałam sobie, że bohaterka na pewno bedzie odkrywać w sobie talenty kulinarne. No i się pomyliłam.
Klara jest zdolną i ambitną bizneswoman, która dzieli czas pomiędzy doskonale zorganizowaną firmą, kilka lat temu z powodzeniem wprowadzoną na giełdę, a domem. W momencie rozpoczęcia powieści sprawy zaczynają się jednak komplikować. Kobieta jest po rozwodzie, mąż układa sobie życie z inną, oczywiście młodszą, ale Klara pewna swojej wartości nie rozpacza po nim. Jej głowę zaprzątają problemy firmowe. Otóż na jej przedsiębiorstwo czycha prawdziwy rekin biznesu, chcący m.in. zemścić się za nieodwazjemnione awanse.
Czarny charakter powieści nie docenia jednak samej Klary, ani tym bardziej jej trójki dzieci, które w penym momencie biorą sprawy rodzicielki w swoje ręce i próbują ocalić dorobek życia matki.
Pierwszy chyba raz w literaturze typowo kobiecej spotkałam się, z tak szerokim wykorzystaniem tematyki opartej na działanich giełdy, czy zasadach obrotu papierów wartościowych, przechodzenia akcji z rąk do rąk. Pomysł moim zdaniem bardzo trafiony, choć ilość informacji, które nawet nie mimochodem, a w postaci prawdziwych wykładów przedstawia autorka, momentami jest przytłaczjąca. Opisy transakcji, sojuszy, regulaminów przysparzały mi sporo problemów. Dodatkowo odgrywają one tak znaczącą rolę w toku akcji, że ich pominęcie, czy choćby tylko pobieżne przeczytanie jest niemożliwe, bo zakłuca odbiór ciągów przyczynowo - skutkowych.
Podobały mi się też bardzo retrospekcje pokazujące dzieciństwo Klary w biednej, ale bardzo porządnej śląskiej rodzinie, która niechacianemu przez matkę dziecku, ofiarowała miłość i akceptację. Te wątki są też bardzo dobrze zilustrowane językowo.
Niemnej jednak całość książki nieodparcie kojarzyła mi się z pewnym typem amerykańskich filmów, w których bystre dzieciaki swoimi brawurowaymi działaniami ratują z opresji dosrosłych, znajdując matce przy okazji, spełnaijącego wszystkie warunki adoratora. Tutaj wprawdzie amanta mama znajduje sobie sama, ale skojarzenie jest jak najbrdziej naturalne, bo i mężczyzna marzeń ma swój aktywny udział w intrydze dzieciaków.
Książka nabrała przez to bardzo familijnego charakteru, sympatycznego, ale trochę naiwnego.
Przeszkadzał mi też nawiązujący do tego daleko idący idealizm postaci. Klara radzi sobie ze wszystkim śpiewająco. Idealna matka, przyjaciółka, kobieta sukcesu działająca uczciwie, spełniona w życiu zawodowym i rodzinnym. Postacie nie spełniące uznanych wartości moralnych mają swoje miejsce tylko na drugim planie.
"Fanaberie" wywarły na mnie nieco mieszane wrażenie, ale może na ich pozytywną w gruncie rzeczy ocenę, wpłynął trudny do określenia nastrój chwili, bo ogólnie przyjemnie mi się tę książkę czytało. Chyba przede wszystkim podobało mi się to, że główna boahterka, choć raz nie była załamana rozstaniem z mężem, czy też nie została porzucona bez pieniędzy i perspektyw, a okazała się w gruncie rzeczy silną kobietą, a że zbyt idealną. Kto wie? Może takie też istnieją. :)

Książka przeczytana w ramach styczniowego wyzwania Trójka e-pik.
Wyzwanie: Polacy nie gęsi i swój język mają.

niedziela, 13 stycznia 2013

WYNIKI LOSOWANIA KONKURSOWEGO

Długo to trawało, ale w ostatnich dniach mój dostawca internetu, trochę kaprysił. Szczęśliwie od piątku wszystko jest w porządku, więc i wyniki losowania mogę opublikować. :)
 
Tutaj wszyscy którzy się zgłosili:
 

A tutaj wszyscy zgłoszeni, podzieleni według książki, której chęć przygarnięcia, zadeklarowali w komentarzu:



 
 
 
"Projekt Bronte" Jennifer Vandever wędruje do:
 
 JULIA ORZECH
 
 
A "Dziewczyna z Botana Bay" do:
 
AnnRK
 
 
 
Bardzo proszę o przesłanie adresów na adres: milenaj@poczta.onet.pl
Mam nadzieję, że będą się dobrze czytały. :)

 

 

piątek, 11 stycznia 2013

"ŚWIATOWE ŻYCIE W CZASACH NAZIZMU. Elity europejskie wobec Hitlera" FABRICE D'ALMEIDA

Nadal ciekawi mnie czas II wojny światowej. Nie potrafię przejść obojętnie obok półki, na której dojrzę jakąś pozycję nawiązującą w mniej lub bardziej bezpośredni sposób do tego okresu. Ostatni biblioteczny stosik zawierał tom pt. "Światowe życie w czasach nazizmu" autorstwa Fabrice D'Almeida.
Podtytuł sugerował przedstawinie związków nazizmu z elitami europejskimi, a więc szeroki plan stosunków międzynarodowych. Tematyka książki jest jednak inna, bo sugerowaną treść ma tylko rozdział odnoszący się do sfer dyplomatycznych, jednak po początkowym rozczarowaniu, czekała na mnie bardzo interesująca lektura.
Autor skupia się w istocie na tym jakie życie wiodły czołowe postacie reżimu i kto zaliczał się do ich szeregów.
Nie przeczytamy tutaj o bitwach, czy strategiach wielkiej wojny. Zajrzymy za to za kulisy kształtowania się coraz szerszych wpływów nazizmu w Niemczech i prześledzimy powiązania między przeróżnymi środowiskami, które miały wpływ na rosnącą siłę tego ruchu. Hitler i jego zwolennicy jako najważniejsze osoby w państwie musiały stworzyć wzorzec zachowań, który by połączył nowe elity ze starą arystokracją. Przejście to wbrew pozorom odbyło się płynnie i bez większych zgrzytów. A decydującą rolę odegrała tutaj oczywiście chciwość.
Hitler praktycznie od początków miał poparcie w warstawach arystokratycznych, niezadowolonych z wyniku I wojny światowej. Autor w bardzo przekonujący sposób wykazuje, że przywódca nazizmu umiał się zachować wśród bogatych i wpływowych. Wychował się w rodzinie urzędniczej i zasady etykiety nie były mu obce. Pieniądze na rozwój ruchu zaczęły płynąć coraz szerszym kręgiem, wraz z kolejnymi balami, polowaniami, koncertami i wiecami, na którcy zdobywał nowych zwolenników.
Po dojściu do władzy za przynależnością do struktur partyjnych zaczynają stać stanowiska, zaszczyty, dostęp do luksusowych dóbr materialnych, m.in. do majątków zabranych Żydom.
D'Almeida rozpatruje światowe życie jako uczestnictwo we władzy i korzyści z niej płynące. Ale pisze i o tym jak kształtowało się nowe poczucie smaku, które miało odzwierciedlenie w sztuce filmowej, w modzie, motoryzacji ale i w roli kobiety w rodzinie.
Nie jest to łatwa lektura. Natłok nazwisk, wyliczanie kolejnych przywilejów, relacjonowanie kolejnych sposobów na to, jak podkreslić swoją wyższość i to w czasie, kiedy reszta świata żyła w cieniu tragedii II wojny światowej. A elity w Niemczech bawiły się i korzystały z życia mogąc w praktycznie nieograniczony sposób realizować swoje pasje, np. łowiectwo, którym pasjonował się Goring.
Życie towarzyskie kwitło, wartościowe prezenty wędrowały z rąk do rąk, by zapewnić przychylność, tych którzy są przy władzy.
A po klęsce większość z tych ludzi utrzymywało, że nie miało pojęcia o zbrodniczym charakterze nazizmu, z którym utrzymywało bardzo bliskie więzi oparte na korzyściach zarówno ekonomicznych, jak i płynącym z tego prestiżu.
Polecam wszystkim interesującym się tematyką II wojny światowej.

Wyzwanie: Nie tylko literatura piękna.

środa, 9 stycznia 2013

"DOM FLORY" KATIE FFRODE

Flora to dziewczyna, która zawsze wybierze elegancję. Nawet na długą podróż założy piękne buty, nie mające nic wspólnego z poczuciem wygody. Od początku też dostrzec można w niej skłonność do zakupoholizmu. Brak pieniędzy na koncie wynagradza szafka pełna włoskiego obuwia. Cóż, różne są sposoby na życie.
Nieoczekiwanie dziewczyna dostaje spadek w postaci większości udziałów w firmie swojego wuja, zajmującej się sprzedażą antyków, mebli i przeróżnych drobiazgów. Wyjeżdża więc z Londynu, wynajmuje mieszkanie i rusza na prowincję. Na miejscu dowiaduje się, że współwłaściciel firmy, jej kuzyn Charles, najchętniej by odkupił część jej spadku, by zapewnić udziały swojej narzeczonej. Zarówno on, jak i Annabelle od poczatku traktują Florę bardzo nieuprzejmie, widząc w niej rozkapryszoną blondynke, dla której działalność zarobkowa jest tylko chwilową fanaberią.
Flora postanawia im udowodnić, że się mylą i nie zważając na brak sklepów, rozrywek, mieszkanie w leśniczówce zostaje w miasteczku.
"Dom Flory" miał chyba w założeniu trafić do gustów szerokiego grona odbiorców. Z jednej strony mamy motyw odnajdywania swojego miejsca, w oteczeniu całkiem innym od dotychczasowego i odkrywania uroków prostego życia, w spokoju, z dala od wielkich miast, gdzie wszystko biegnie innym rytmem. Z drugiej strony istnieje tu też wątek uczuciowy oparty na dwóch typach mężczyzn. Jeden to solidny, bezpieczny, godny zaufania, na którym można zawsze polegać. Drugi zaś ma opinię kobieciarza i wszyscy wokół ostrzegają bohaterkę przed jego zgubnym wpływem. Nie bez znaczenia jest również to, że ten solidniejszy jest już zajęty.
Wszystko fajnie. Miało być lekko, przyjemnie, czasem zabawnie. Miało być, ale nie było niestety.
Jest to książka zadziwiająco mdła. Zasygnalizowane zostają przeróżne problemy. Annabelle chce zlikwidować firmę, Charles jest zadłuzony u jej ojca i raczej trudno jest mu, jej się przeciwstawić. Konflikt goni konflikt, ale my otrzymujemy tylko ich sygnały. Żdanej konkretnej awantury, intrygi, nawet w komediowym charakterze.
Jeżeli już dojdzie do jakiegoś nieporozumienia, albo któryś z bohaterów odważy się wypowiedzieć swoje zdanie, to zaraz zastępują sceny grzecznych przeprosin, uzupełnionych komplementem i ogólnie wszyscy spijają sobie z dzióbków. W tej dosyć obszernej powieści po prostu brak jakiegokolwiek napięcia.
Najbardziej drażniło mnie to, że wszelkie informacje o bohaterach musi przyjąć za pewnik, nic nie pozwala nam ich zweryfikować, czy potwierdzić. Na przykład taki Henry - kobieciarz. To, że to potencjalnie osobnik raczej nie wart zachodu jest nam tylko oznajmione. I to wszystko. A ja sobie ostrzyłam ząbki na jakąś emocjonującą scenkę z nim, rozczarowaną Florą i jakąś trzecią zołzą.
Autorka niestety nie wykorzystuje możliwości jakie dają wszystkie motywy, z ktorych korzystała przy konstruowaniu fabuły.
Wyszło bardzo nijako.

Wyzwania: Tea Time z Corridą
                  Booktroter: Anglia

poniedziałek, 7 stycznia 2013

PIERWSZY STOS W 2013 ROKU.

Czytelniczo ten rok nie zaczął się dobrze. Chyba będę narzekać w najbliższym czasie. Przynajmniej w dwóch następnych postach, ale może potem będzie lepiej. Mam taką nadzieję. A ponieważ książkowe nabytki budzą wyrzuty sumienia, ale i cieszą bardzo, to i nowy stosik się uzbierał.
 
Stosik własny:
 
1. "Ciężar milczenia" Heather Gudenkauf - wymiana na Wizażu.
2. "Atlas chmur" David Mitchell - film mnie zachęcił.
3. "Dziewczyna w hiacyntowym błękicie" Susan Vreeland - pobrana na Fincie.
4. "Pan Lodowego Ogrodu" t. 4 Jarosław Grzędowicz - tyle czekałam na koniec, a teraz mi żal bardzo, że nie będzie już więcej.
5. "Ostatnia z rodu" Paweł Jasienica - pobrana na Fincie
6. "Tajemnica świątecznego puddingu" Agatha Christie - chyba zacznę sobie kompletować serię. Miało być na Boże Narodzenie, ale nie zdążyłam przeczytać. Mam nadzieję, że nie będą te opowiadania czekać do następnych Świąt.
7. "Podejrzenia pana Whichera" Kate Summerscale - polecana kiedyś przez Padmę z "Miasta Książek" i upolowana na przecenie w Empiku.
8. "Dom Flory" Katie Ffrode - wymiana na Lubimy Czytać.
9. "Piasek w butach" Elin Hilderbrand - pobrana na Fincie.
10. "Kelinworth" Walter Scott - zniszczona, ale całkowicie darmowa powieść wzięta w ramach czystek w bibliotece.
 
I zdobycze biblioteczne:
 
1. "Rembrandt, wojna i dziewczyna z kabaretu" Manula Kalicka
2. "Matki, żony, czarownice" Joanna Miszczuk
3. "Sekretne życie Józefiny" Carolly Erickson
4. "Rosyjska kochanka" Michael Wallner
5. "Fanaberie" Jolanta Wrońska
6. "Krwawa zemsta" Joanna Chmielewska
7. "Złoto czarownic" Heidi Rehn
8. "Kobieta z bursztynowym amuletem" Heidi Rehn
9. "Światowe życie w czasach nazizmu" Fabrice D'Almeida
10. "Czerwony książę" Timothy Snyder
 
 
 
Najbliższe dni zapowiadają się całkiem nieżle. :)
 

sobota, 5 stycznia 2013

"PIERWSZE DAMY II RZECZPOSPOLITEJ" KAMIL JANICKI

Wracam do blogowego życia. Kilka dni przed Bożym Narodzeniem, w czasie Świąt i trochę po upłynęło mi pod znakiem Harry'ego Pottera. Równolegle z kolejnymi tomami szły adaptacje filmowe i jakoś nie ciągło mnie szczególnie do półki z książkami, ani tymi własnymi, ani z biblioteki.
I dopiero w Nowy Rok zaczęłam świeżą powieść, a wczoraj wyrzuty sumienia wygnały mnie do biblioteki, żeby oddać dawno przeczytane lektury. Miałam nic nie brać, bo po ostatnim przeliczeniu zasobów półkowych, wyszło mi około 50 nieprzeczytanych książek. Wiem, to niewiele w porównaniu z niektórymi bilansami, jakie czytam na blogach, ale ja do niedawna oscylowałam bliżej 20, więc ta liczba jest dla mnie i nowa, i tym bardziej dopingująca, by własne nabytki czytać.
Oczywiście postanowienie, by nie wypożyczać nic nowego absolutnie nie jest dla mnie. Jak tu wyjść z przybytku pełnego tylu kuszących tytułów, jeszcze nie odkryłam. Niestety to samo tyczy się wszelkich miejsc gdzie, żeby wyjść z książką, trzeba zostawić pieniądze. Co tu dużo gadać, słaba jestem pod tym względem. A na dodatek w księgarniach zaistniały wyprzedaże. Dlatego w najbliższym czasie spodziewajcie się stosiku, bo czekam tylko na przyjście kolejnych zamównień.
Przydługi był ten wstęp, ale już przechodzę do rzeczy, czyli do opisania moich wrażeń z książki. którą przeczytałam jeszcze w grudniu.
Dwudziestolecie międzywojenne nigdy mnie szczególnie nie ciekawiło. To nie jest ten czas akcji, który zagwarantuje, że zrobię wszystko, żeby po książkę sięgnąć. Z wiedzą czysto historyczną jest podobnie. Orientuję się tylko z grubsza. Prezydentów tych lat jeszcze bym potrafiła wymienić, ale o ich żonach nic nie wiedziałam.
I tak by zapewne pozostało, gdyby nie lektura "Dziewczyn wojennych" Łukasza Modelskiego. Zapytacie pewnie co opowieść o trudnych losach kobiet podczas II wojny światowej, ma do małżonek polskich prezydentów? Otóż pozycje te zostały wydane w tej samej serii wydawnictwa ZNAK, czyli "Historiach prawdziwych". A "Dziewczyny wojenne" swego czasu zapewniły mi zarwaną noc i dużo świetnej lektury, kiedy więc "Pierwsze damy II Rzeczpospolitej" zobaczyłam na bibliotecznej półce, wiedziałam, że zabrać je do domu po prostu muszę.
Nie będę tu streszczać życia Marii Wojciechowskiej, Michaliny Mościckiej i Marii Mościckiej, bo nie w tym rzecz. Choć życie miały ciekawe. Właściwie wszystkie przeszły od biedy po najwyższe zaszczyty, jakie mogły je spotkać w międzywojennej Polsce.
Kamil Janicki nie pisze szczegółowych biografii. Relacje zawarte w tej książce to szkice, ukazujące najważniejsze momenty z dziejów tych trzech kobiet. Ich treść pozostawia po sobie niedosyt, który motywuje by przyjrzeć się dokladniej ich życiu.
Nie czytałam z wypiekami na twarzy, ale ze spokojnym zainteresowaniem. Zabrakło mi próby głębszego oddania myśli, motywów działań, uczuć bohaterek, ale z drugiej strony, nie taki chyba był cel tej publikacji.
Moim zdaniem "Pierwsze damy II Rzeczpospolitej" mówią tyle samo o żonach prezydentów, jak i o samych prezydentach. Może inaczej się nie dało, bo rzeczywiście ich postrzeganie przez opinię publiczną było nie do rozbicia, nawet jeśli życie prywatne znacznie odbiegało od wizerunku, który się przedostawał do ogólnej wiadomości. I ta rozbieżność funkcji publicznej i zwykłego istnienia jest bardzo ciekawa. Maria Wojciechowska, Michalina Mościcka i Maria Mościcka musiały znaleźć dla siebie odpowiednie zajęcia, by swoje funkcje pełnić z godnością. A było to bardzo trudne, jeśli uświadomimy sobie, że nic nie przygotowało ich do życia pod obstrzałem oczekiwań. Autor sięga do dzieciństwa, do doświadczeń młodości, do pierwszych lat w małżeństwie i to pomaga nam zrozumieć późniejsze decyzje pierwszych dam i ich pomysły na sprawowanie swojej roli w społeczeństwie. Janicki skupia się wprawdzie głównie na osobach żon, ale poprzez nawiązania do wspólnych lat przed objęciem urzędu, sporo można też wyczytać o Stanisławie Wojciechowskim i Ignacym Mościckim.
Autor nie przedstawia ich w oderwaniu od otaczającej rzeczywistości. A działo się wtedy wiele. Elity bawiły się na balach, chodzono na wystawne przyjęcia i przedstawienia teatralne. Ale spora część społeczeństwa żyła w przytłaczającej biedzie, rosła liczba przytułków. A najważniejsze osoby w państwie musiały zaspokoić oczekiwania wszystkich. Łatwo odgadnąć, że nie zawsze się to udawało. A w grę nierzadko wchodziła wielka polityka. Anegdotki z przeróżnych spotkań, wspomnienia współpracowników, czy krążące po Warszawie plotki autor sprawnie wplata pomiędzy opisy funkcjonowania urzędu prezydenckiego i II Rzeczpospolitej, a te potrafią być naprawdę zaskakujące. Szczególnie koszty utrzymania wydają się być dzisiaj, nie do przyjęcia. Obok więc rozbudowanych rysów biograficznych otrzymujemy i obraz pewnej epoki, kiedy to Polska od nowa uczyła się być odrębnym państwem.
A, że nie jest to opis ze wszech miar dokładny, to dla laika, jakim w tym aspekcie jestem, nie było to ważne.
Jedno mi natomiast bardzo przeszkadza, ale to już "zasługa" wydawnictwa. Otóż moim zdaniem zupełnie nietrafiona jest okładka. Naprawdę wolałabym jakieś zdjęcie jednej z bohaterek, a nie modelki, która na dodatek nie oddaje ani powierzchowności, ani charakteru żadnej z opisywanych kobiet.

Wyzwanie: Nie tylko literatura piękna
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...