środa, 11 grudnia 2013

"ZDOBYWAM ZAMEK" DODIE SMITH

Z czym mi się kojarzy Dodie Smith? Z książką "101 dalmatyńczyków". Swego czasu urządziłam niezłą histerię w księgarnii domagając się kupna owej pozycji. Spokojnie, było to już jakiś czas temu, a babcia ulitowała się i powieśc kupiła. Przez lata wracałam do niej bardzo częśto i nadal od czasu do czasu bierze mnie chęć, by otworzyć ją ponownie.

Kwestią czasu było więc zakupienie innej książki tej autorki, mowa tutaj oczywiście o niedawno wydanym "Zdobywam zamek". Przed lekturą wiedziałam, że w w kraju pisarki jest to powieść kultowa, wznawiana i chętnie czytana przez kolejne pokolenia dziewcząt. Taka książka - pocieszycielka, kiedy za oknem szaro, buro i nijako, a jedyną rozsądną decyzją wydaje się zawinięcie w koc z kubkiem czegoś ciepłego pod ręką. 

Główną bohaterką i zarazem narratorką "Zdobywam zamek" jest siedemnastoletnia Cassandra. Dziewczyna prowadzi regularnie dziennik opisując w nim własne przemyślenia, które dotyczą nie tylko jej samej, ale i w znacznej mierze jej niezwykłej rodziny. Ojciec to pisarz znany z jednej genialnej książki, który już nigdy więcej nic nie napisał. W czasach świetności wynajął zamek i w nim zamieszkał z cała rodziną. Niestety wraz z upływem czasu, zainteresowanie jego twórczością malało, a tym samym znacznie kurczyły się dochody całej rodziny. W chwili gdy poznajemy Cassandrę, ich sytuacja materialna jest wręcz tragiczna. Jedynym zaś wyjściem wydaje się bogate zamążpójście siostry głównej bohaterki - Rose. 
Cudownym zbiegiem okoliczności w sąsiednim domostwie zamieszkuje dwóch bogatych Amerykanów. Początkowe spotkanie obu rodzin nie wydaje się być udane, ale z czasem zaczynają je łączyć coraz bliższe stosunki, a wreszcie Rose faktycznie zaręcza się z jednym z braci. 

"Zdobywam zamek" jest opowieścią typowo dziewczęcą. Wypełniają ją rozterki wieku nastoletniego, rozważania o pierwszych uczuciach, pocałunkach. Ale jest to przy tym też książka wypełniona duchem literatury. Nawiązania do Jane Austen i sióstr Bronte cieszyły mnie wyjątkowo, bo sama jestem wielbicielką twórczości tych pisarek. A, że powieść ukazała się po raz pierwszy w roku 1948 to ma w sobie ten trudny do uchwycenia współczesnym pisarkom, ale bardzo pociągający staroświecki klimat.

Moje uczucia wobec całości są jednak mieszane. Poobała mi się cała historia i jej dosyć nieoczywiste zakończenie. Świetny jest też portret całej rodziny Cassandry. Główna bohaterka z jej romantycznym, a jednocześnie do bólu trzeźwym spojrzeniem na świat jest bardzo oryginalną postacią. Do tego cała galeria postaci drugoplanowych, nurt artystycznej bohemy przewijający się w tle, kilka przygód, na które zareagowałam głośnym wybuchem śmiechu. Wszystko na plus.
Ale jednocześnie bardzo długo musiałam czekać na moment, kiedy poczułam, że chcę się dowiedzieć jak wszystko się skończy, a tak do końca wciągnięta w świat powieści nie byłam niestety do ostatniej strony.

Może winą jest to, że zachwyt takimi pozycjami mam już trochę za sobą i książka przeznaczona jest w domyśle dla młodszych czytelniczek. A może "Błękitny zamek" Lucy Maud Montgomery jest już po prostu nie do zastapienia w tej dziedzinie?
Ciekawa jestem Waszych reakcji. :)

sobota, 12 października 2013

STOSEM KOŃCZYŁAM, STOSEM WRACAM

Nie wiem czy jest to powrót na dłużej. Jesienią miało być wolniej i spokojniej, ale jak to zwykle bywa życie krzyżuje plany. Pewnie wcale nie będzie spokojniej, ale mam nadzieję, że uda mi się tutaj zaglądać częściej. 
Trzymajcie kciuki. :)





czwartek, 19 września 2013

ZDOBYTE W ZESZŁYM MIESIĄCU

1. "Bez pożegnania" Harlan Coben - podobno dobre sensacyjne książki pisze ten autor. Nie znam, gatunek
też nie do końca z mojej bajki, ale spróbujemy.
2. "Anne Frank. Dziennik. Życie. Dziedzictwo" Francine Prose. W końcu musiałam mieć.
3. "Bezcenny" Zygmunt Miłoszewski - już przeczytane. Recenzja tutaj.
4. "Strażnik tajemnic" Kate Morton - też przeczytane. Recenzja tutaj.
5. "Córka kapitana" Leah Fleming - kilka zachęcających recenzji już czytałam, ale musi odczekać na swoją kolej.

A ostatnio dopadł mnie czytelniczy kryzys. Czytam sobie tylko bardzo powoli "Na plebani w Haworth". 

wtorek, 17 września 2013

"ZAKLINACZ KONI" NICHOLAS EVANS

Czas powtórek oznaczał miedzy innymi ponowne przeczytanie "Zaklinacza koni". Powiedzieć, że mi się podobała te kilkanaście lat temu, to za mało. Bardzo mi się podobała. Tak samo było z kolejną książką Nicholasa Evansa "W pętli". Potem było jednak słabsze "Serce w ogniu", które odebrałam jako do bólu melodramatyczne, wręcz na granicy kiczu. "Przepaść" i "Odważni" były zdecydowanie lepsze, ale nie było w nich magii "Zaklinacza koni". 

Czasem sięgam ponownie po już raz czytane książki, bo chcę wrócić do świata, który znam, odgrzebać uczucia, które kojarzę z daną lekturą. A czasem chce się przekonać, czy nadal odbieram dobrze znaną powieść tak samo. Fakt, grozi to rozczarowaniem, ale nieraz po prostu trzeba się przekonać, czy nadal dobrze zapamiętaną powieść odbiera się tak samo.

W zimowy, piękny poranek dwie dziewczynki wybierają się na konną przejażdżkę. Weekendowe spotkania na wsi są tradycją, dla Grace i jej koleżanki. Dzień zapowiada się wspaniale. Pierwszy tego roku śnieg, konie, śmiech i radość. Ten sam ranek nie zaczął się tak dobrze dla kierowcy ciężarówki. Najpierw został przyłapany przez policję, na przekraczaniu dozwolonego czasu pracy, potem zorientował się, że zapomniał łańcuchów na opony, a trasa do celu podróży to prawie polna droga. W tym własnie miejscu przecinają się szlaki kierowcy i dziewczynek. W wyniku wypadku jedna z nich ginie, Grace traci nogę, a jej koń Pielgrzym zostaje ciężko ranny. Matka Grace, Annie w jakimś przeczuciu wspólnoty łączącej losy córki i konia upiera się, by go nie uśpić. Znajduje człowieka, który zajmuje się, z braku lepszego określenia, leczeniem koni, docieraniem do ich psychiki. Wynajmuje przyczepę, zabiera zbuntowaną przeciwko całemu światu Grace i jedzie do niego, bo ma nadzieję, że Tom Booker sprawi, że Pielgrzym będzie taki jak przed wypadkiem.

"Zaklinacz koni" to powieść o odzyskiwaniu wiary w siebie, o powrotach do korzeni, o tym, że życie czasem układa się całkiem inaczej niż sobie to zaplanowaliśmy i może zaskoczyć w każdej chwili. Podróż matki i córki jest dla nich nowym początkiem. Grace uczy się codzienności w innych warunkach, po raz pierwszy opowiada o wypadku, godzi się z tym co ją spotkało. A do Annie dociera, że jej życie niekoniecznie musi być takie, jak do tej pory. Praca na odległość nie sprawdza się, jej szef ją zwalnia. A ona, do tej pory prawdziwa kobieta sukcesu, rekin branży wydawniczej, godzi się z tym zastanawiająco szybko.
Wiele wspólnego ma z tym Tom, człowiek charyzmatyczny, żyjący blisko natury, przyjmujący życie takim, jakie jest. tych dwoje połączy uczucie mocne i trudne. Annie nie ma nic do zarzucenia swojemu mężowi, który został w domu, chyba tylko to, że jest zbyt stabilny. Z punku widzenia osoby z zewnątrz jest wręcz idealny.

I tu tkwi różnica pomiędzy uczuciami towarzyszącymi czytaniu "Zaklinacza koni" po kilkunastu latach. Za pierwszym razem byłam pochłonięta miłością, jaka rodzi się pomiędzy Tomem a Annie. Wydawało mi się, że rzucenie wszystkiego i podążanie za głosem serca jest najważniejsze. Dzisiaj odbieram tę książkę całkiem inaczej. Wybory, których muszą dokonać bohaterowie przestały być proste i jednoznaczne. Nagle jedno życie okazuje się lepsze, lub gorsze od drugiego, ale porzucenie tego dotychczasowego oznacza ból wielu osób, które w żadnym wypadku na to nie zasłużyły. Czy w takim obliczu, ma się prawo do szczęścia? A może to wcale nie będzie dobry wybór, może po latach okaże się, że jednak trzeba było postąpić inaczej.

Ponowne spotkanie z "Zaklinaczem koni" było ciekawym doświadczeniem i utwierdziło mnie w przekonaniu, że warto czasem przeczytać coś ponownie.

środa, 11 września 2013

"DUMA I UPRZEDZENIE" JANE AUSTEN

Czy ktoś jeszcze nie czytał tej książki? Jeśli nie, powinien to szybko nadrobić. Moje wydanie z serii Klasyka powieści wydawnictwa Prószyński i S-ka jest bardzo zaczytane, ale nic w tym dziwnego, bo mam je już w końcu ponad piętnaście lat. Swoją drogą nie zamierzam kupować nowego. Czy Wy też jesteście przywiązani do konkretnych wydań?

Jak pewnie nietrudno się domyślić nabyłam swoją "Dumę i uprzedzenie" po pierwszej emisji serialu w polskiej telewizji właśnie te naście lat temu. Oj, byłam oczarowana serialem i zaraz po zakończeniu emisji kupiłam powieść, nieznanej mi do tamtej pory pisarki. Za pierwszym razem czytałam łakomie, odnajdując swoje ulubione sceny z serialu, nie zwracałam generalnie uwagi na język autorki. Z każdym kolejnym powrotem do tej powieści przekonywałam się coraz bardziej na jaka to perełka. I nikt mnie nie przekona, że inne książki Austen jej dorównują. Wiem, że każda ma swoich zwolenników, ale dla mnie zawsze na pierwszym miejscu pozostanie "Duma i uprzedzenie". 

Wczoraj patrzyłam na półkę, próbując zdecydować, co zacząć czytać. Kuszą kolejne nowości, czeka też kilka potencjalnie ciekawych książek z biblioteki, ale mój wzrok padł na półkę z Janę Austen i pomyślałam, że może czas na powtórkę.

Nie będę tutaj opisywać treści powieści, bo nawet jeśli ktoś nie czytał, zapewne oglądał adaptację serialową, czy, moim zdaniem dużo mniej udaną, filmową. Akcja toczy się wokół perypetii romansowych Elżbiety Bennet i pana Darcy'ego, które komplikują kwestie pozycji społecznej, jakie zajmują te osoby, a także kwestie majątkowe. Obok naprawdę zajmującego wątku miłosnego książka reprezentuje wnikliwe spojrzenie na te kwestie.

Tym razem, mając do dyspozycji cały dzień, czytałam powoli, delektując się każdym zdaniem, szukając ukrytych treści, i cytatów - perełek. I jak zwykle się nie zawiodłam.  Polecam i Wam.

niedziela, 8 września 2013

"STRAŻNIK TAJEMNIC" KATE MORTON

Kate Morton to jedna z moich ulubionych pisarek. Pierwszą z jej książek, "Dom w Riverton" przegapiłam w księgarni, ale na szczęście kilka miesięcy później natrafiłam na nią w bibliotece i bez wahania wyjęłam z półki. Przez następne kilka dni wyrywałam każdą wolną chwilę, w której z przyjemnością zagłębiałam się w wykreowanym przez pisarkę świecie. Następne powieści Morton już kupowałam jak tylko pojawiały się w księgarni. Oczarował mnie "Zapomniany ogród" i "Milczący zamek". Było więc jasne, że nową powieść Kate Morton kupię i zaraz zacznę czytać.

Nastoletnia Lauren jest pewnego dnia świadkiem dramatycznego zdarzenia. Rodzinna uroczystość, wszyscy w wesołych nastrojach, ona sama pogrążona w marzeniach, przeżywająca pierwsze zauroczenie intrygującym chłopakiem, ciepły dzień, wiatr muskający skórę, sielanka. Lauren widzi swoją matkę wychodzącą z domu ze specjalnym nożem do krojenia urodzinowych tortów i podchodzącego do niej mężczyznę. Zszokowana patrzy dalej, kiedy urodzinowy nóż zagłębia się w ciele mężczyzny, zabijając go. 
Dlaczego jej matka odebrała komuś życie? Kim był ten tajemniczy mężczyzna, który wyzwolił w niej najgorsze instynkty? 
Lata później, kiedy Dorothy leży umierająca w szpitalu, a Lauren jest bardzo znaną i cenioną aktorką, kobieta podejmuje starania, by wyjaśnić tajemnicę sprzed lat.

Schemat w ostatnich latach wykorzystywany do bólu i chyba powoli bardzo już oklepany. Lubię takie książki, ale już kilka razy zawiodłam się na reklamowych sloganach o sekrecie wyjawianym po latach i kolejnej wyjątkowej powieści. Po Kate Morton nie spodziewałam się jednak zawodu. Jednak "Strażnikowi tajemnic" brakuje wszystkiego, co czyniło poprzednie dzieła tej autorki, tak pociągającymi.

Każda z książek Morton to niespieszna narracja, a ich urok tkwi w dużej mierze w kreowanym w nich miejscach w o toczeniu, których rozgrywają się wydarzenia. Czy jest to środowisko wyższych sfer i piękne rezydencje z eleganckimi przyjęciami i nieodpowiednimi uczuciami, które rozkwitają pod ich dachami, czy bajkowy klimat tajemniczego ogrodu, Londyn prawie jak z dzieł Dickensa, czy nastrojowo gotyckie zamczysko z przedostatniej książki Morton, wszystkie one przyciągały ulotnym klimatem sekretu, który krył się gdzieś w tle. Siłą poprzednich powieści tej autorki było też skupienie się na przeszłości, która faktycznie pozostawała najważniejsza. Zasadniczej treści nigdy nie przesłaniały współczesne wydumane wątki miłosne. Bohater części rozgrywającej się w teraźniejszości zawsze był na drugim planie, był detektywem, którego zadaniem, było odkryć prawdę.

I ta drugą zasadę można również zaobserwować w "Strażniku tajemnic". Lauren stanowczo nie jest główną bohaterką tej opowieści. Uwaga Morton skupia się na życiu jej matki w czasie wojny, na znajomościach, które wtedy nawiązuje, a które okazują się kluczowe dla całego jej życia. Cała historia skonstruowana jest bardzo sprawnie, chwilami zaskakuje, wciąga na tyle, że chłonęłam ją pozwalając na to, by się nieśpiesznie rozwijała, nie wybiegałam myślami w przód i nie starałam się rozwiązać zagadki przed Lauren. Jednak obiektywnie spoglądając na całość zakończenie może być przewidywalne i to, że skupiłam się na poszczególnych wydarzeniach, można przypisać tylko stylowi Morton, który jest jak zwykle świetny.

Czego więc zabrakło tym razem? Chyba klimatu miejsca, który zawsze był równorzędnym bohaterem powieści Morton. Większość książki dzieje się Londynie, w czasie wojny. A w powieści praktycznie nie wyczuwa się zagrożenia, w tym otoczeniu nie ma niczego niezwykłego, niczego przykuwającego uwagę. To miast nie ma w sobie żadnej tajemnicy i chyba to jest główny zarzut jaki kieruję wobec tej powieści.

Nie ukrywam też, że mam chyba powoli dosyć książek opartych na połączeniu wątków z przeszłości z teraźniejszością. Straciły urok nowości i mam wrażenie, że Morton też nie jest w stanie nic nowego w tym aspekcie stworzyć. Trzymam kciuki, by jej następna powieść była krokiem w przód, bo "Strażnik tajemnic" jest przykładem dobrego odwzorowania czegoś , co się wcześniej stworzyło, ale bez właściwej temu magii. Ot, chyba trochę rzemieślnicza robota, której bra
kuje iskierki nieprzewidywalności.

czwartek, 5 września 2013

"OSTROŻNIE Z MARZENIAMI" KOTARSKA MAJA

Koniec lata, a mnie naszła ochota na miłą, lekką książkę, przy której można łapać ostatnią opaleniznę. Zdecydowałam się na "Ostrożnie z marzeniami" Mai Kotarskiej, która to powieść, trafiła do mnie w ramach książkowej wymiany.

Są powieści, które mają za zadania tylko bawić, zająć czas w kolejce, uprzyjemnić podróż autobusem. Takie lektury da się pochłonąć w jeden wieczór. I do takiego własnie rodzaju należy "Ostrożnie z marzeniami".
Agnieszka dziedziczy po nielubianym wujku pół starego domku. Szkopuł tkwi w tym, że w domu mieszka też teściowa poprzedniego właściciela, do której należy druga połówka mieszkania. Niby wszystko sprowadza się do tego, żeby w miarę rozsądnie ułożyć sobie sąsiedzkie stosunki, ustalić zasady, przecież trzeba w takim wypadku iść na kompromisy. Niestety staruszka bardzo nie lubiła swojego zięcia i tą niechęć przeniosła na Agnieszkę. Większe i mniejsze złośliwości są więc na porządku dziennym,a na dodatek wkrótce potem obie panie zostają wmieszane w aferę kryminalną.

Jeśli w tym momencie macie skojarzenia z pisarstwem Joanny Chmielewskiej, a może przede wszystkim Olgi Rudnickiej, to macie rację. Niestety jednak w powieści Kotarskiej czegoś brakuje. I niestety do końca nie wiem czego, bo książka zawiera pewną dawkę humoru, wątek sensacyjny i oczywiście obowiązkowy w tym wypadku dodatek romansowy. Nie da się jednak ukryć, że Maja Kotarska nie jest Olgą Rudnicką i całości brakuje koniecznej przy takiej konwencji lekkości. Cały czas miałam wrażenie, że mam do czynienia z czymś, co już wcześniej czytałam. Dość znany schemat, w którym nie znajdziemy niestety niczego odkrywczego i to psuło mi całą przyjemność z lektury. Skończyłam, ale z poczuciem irytacji. 

środa, 4 września 2013

"JESTEM GRIMALKIN" JOSEPH DELANY

Pisałam już Wam o tej serii książek tutaj
Niedawno wyszła w Polsce kolejna część cyklu, w której tym razem śledzimy akcję oczami tych, których młody Tom wraz ze swoim mistrzem Stracharzem w poprzednich tomach zwalczał. Czarownice i Stracharz muszą jednak zawrzeć sojusz, by usunąć z tego świata Złego. Pomaga im w tym jedna z najbardziej niebezpiecznych wiedźm Grimalkin, która ma ze Złym własne warunki do wyrównania.

Jak już wcześniej pisałam są to właściwie książki dla dzieci i młodzieży, chociaż ze względu na naprawdę sporą dawkę okrucieństwa nie dałabym tej serii do przeczytania dziesięciolatkowi, jak to jest zaznaczone na okładce. Zresztą przygotowana niedawno adaptacja filmowa zawyża dosyć znacznie wiek bohaterów i moim zdaniem jest to dobre rozwiązanie.

Delaney obraca się bardzo sprawnie w kręgu świata, który wykreował. W pierwszych tomach rozwijał go o nowe elementy. Wraz z kolejnymi etapami szkolenia Toma, my poznawaliśmy coraz to nowe stwory i niebezpieczeństwa z jakimi muszą się zmagać ludzie i broniący ich Stracharze. Wraz z kolejnymi częściami całość stawała się coraz bardziej mroczna, a historia przestawała być tak prosta, jak by się to wydawało w pierwszym tomie. 
Zgodnie z konwencją fantasy nasz bohater dorasta, zalicza coraz to nowe wyzwania, staje się dojrzalszy, by wreszcie zmierzyć się ze Złem, które chce zawładnąć całym światem. Dotąd jednak śledziliśmy kolejne wydarzenia z perspektywy Toma. Teraz narrację przejmuje Grimalkin, wiedźma, zabójczyni, śmiertelny wróg Stracharza, chwilowo połączona z nim wspólnym celem. 
Zabieg nie nowy, ale nadal ciekawy, bo jak zwykle karze zweryfikować pewne założenia i powzięte sądy. 

Seria, którą tworzy Delaney to dla mnie pewien paradoks. Z jednej strony naprawdę moim zdaniem to nie są książki dla dzieci. Z drugiej jednak są pisane tak lekkim i prostym językiem, że wiek potencjalnego odbiorcy ulega znaczącemu obniżeniu. Pytanie, czy dzisiejszy młody czytelnik jest na takim etapie, że niestraszne mu drastyczne nieraz opisy nawet tortur, jakim są poddawane niektóre istoty, a ja jestem po prostu przewrażliwiona? Niestety nie mam kontaktu z żadnym młodym czytelnikiem, który by zapoznał się z Kronikami Wardstone. 

Mnie jednak to połączenia bardzo odpowiada. Śledzę kolejne przygody bohaterów z nieustającą ciekawością i już czekam na kolejną część. 

wtorek, 3 września 2013

"BEZCENNY" ZYGMUNT MIŁOSZEWSKI

Spodziewałam się, że wszyscy będą czytać "Bezcennego", czyli nową powieść Zygmunta Miłoszewskiego. Wiedziałam też, że ja też będę czytała. Podobały mi się wcześniejsze książki tego autora, a na dodatek w jakimś wywiadzie czytałam, że Miłoszewski chciał napisać coś, co by nawiązywało do powieści Arturo Perez-Reverte. A ja uwielbiam prawie wszystko, co wyszło spod pióra tego pisarza. Nie było więc praktycznie żadnych wątpliwości i "Bezcenny" został zamówiony, jak tylko pojawił się w zapowiedziach. 

Tytułowy Bezcenny to obraz kiedyś znajdujący się w zbiorach Rzeczpospolitej. Najcenniejsze dobro narodowe obok "Damy z gronostajem" Leonarda da Vinci i "Krajobrazu z miłosiernym Samarytaninem" Rembrandta. Kiedyś zresztą wisiały obok siebie, razem przypatrując się zmianom w otaczających im świecie. Niestety przyszła II wojna światowa, a wraz z nią obok wielu ludzkich dramatów, grabieże sztuki, którą naziści wywozili i ukrywali nieraz, żeby mieć jakieś zabezpieczenie po zakończeniu panowania III Rzeszy, co wraz z upływem czasu stawało się przecież coraz bardziej nieuchronne. 

Mamy czasy współczesne. Do gabinetu premiera zostaje zaproszona dr Zofia Lorentz, zajmująca się odzyskiwaniem, zagrabionych Polsce dzieł sztuki. Dowiaduje się, że obraz zlokalizowano, ale nie można go odzyskać legalnymi drogami. Krótko mówiąc, pozostaje tylko zuchwała kradzież na terenie innego państwa, z prywatnej posesji. Lorentz nie zastanawia się długo i zgadza się spróbować przywieźć obraz do Polski. W skład grupy mającej odbić bezcennego Młodzieńca wchodzi były komandos Anatol Gmitruk, bezczelna złodziejka światowej klasy Lisa Tolgfors i Karol Bozanański wpływowy marszand, którego z Zofią łączy wspólna, trudna przeszłość, czyli nieudany związek.
Ta czwórka, starannie przygotowana, wylatuje za ocean, by tam podjąć się misji prawie niemożliwej. Na miejscu okazuje się jednak, że rzeczywistość jest całkiem inna od informacji pochodzących z gabinetu premiera i wszyscy muszą sobie radzić sami. Szybko okazuje się też, że "Rafael" to tylko wierzchołek większej afery, z którą przyjdzie im się zmierzyć. 

"Bezcenny" to rodzaj powieści, z którym rzadko mam do czynienia, bo bardzo rzadko sięgam po literaturę sensacyjną. Ale Miłoszewski dobrze się czuje i w tej konwencji, może dlatego, że szukanie obrazu ma w sobie mimo wszystko trochę z kryminału. Tutaj też bohaterowie idą po poszlakach, szukają powiązań, "przesłuchują" tych, którzy mogą coś więcej wiedzieć o zaginionym dziele sztuki i ludziach, którzy przez lata mogli mieć z nim do czynienia. Jeśli dodamy do tego szereg nagłych zwrotów akcji, atmosferę ciągłego zagrożenia życia, z którą muszą się zmagać nasi poszukiwacze, to powstanie bardzo wciągająca mieszanka. Powieść pochłania się bardzo sprawnie, trudno ją odłożyć na dłuższy czas i przez kilka dni nosiłam ją w torebce, by w wolnej chwili śledzić kolejne poczynania dr Lorentz i reszty.

A w książce dzieje się sporo. Grupa poszukiwaczy rozbija się niemal po całej Europie, zderzają się różne temperamenty, różne spojrzenia na świat i tak naprawdę do końca nie wiadomo, czy wszyscy wiedzą o co grają. Może troszkę przeszkadzała mi widoczna do samego końca chęć zaskoczenia czytelnika i niektóre zwroty akcji, były moim zdaniem doklejone nieco na siłę, tak by nie dać czytającemu ani na chwilę odpocząć od ciągłej akcji. Ale możliwe, że takie wrażenie mam ja, bo sensacja to jednak nie do końca mój gatunek.

Myli się jednak też ten, kto uważa, że Miłoszewski pisząc taką powieść uciekł od współczesnej Polski. Nie da się ukryć, że autor ma cięty język i zastanawiałam się nieraz w trakcie lektury, czy nasz premier czytał tę powieść, a jeśli tak, to jakie są jego wrażenia.

czwartek, 29 sierpnia 2013

CO BĘDĘ OGLĄDAŁA JESIENIĄ....

Wprawdzie do nowego sezonu serialowego jest jeszcze trochę czasu, ale postanowiłam napisać ten post już teraz w nawiązaniu do tego z zeszłego roku. Nie da się ukryć, że bardzo lubię wieczory z pojedynczymi odcinkami, ale i prawdziwe maratony, podczas których nadrabiam kilka odcinków. 

W zeszłym roku zarzuciłam kilka seriali, kilka tytułów zaczęłam oglądać, ale przyciągnęły one mojej uwagi na dłużej. Kilka od dłuższego czasu pozostaje w sferze do obejrzenia i może w tym roku uda mi się je wreszcie nadrobić. Ale, może najpierw zacznę od tych, do których wracać już nie zamierzam.

BONES: dwa pierwsze sezony są dla mnie kultowe. Lubię do nich wracać, ale od trzeciego sezonu, który może nawet do połowy był niezły, zaczął się moim zdaniem spadek formy. Choć oglądałam kolejne odcinki i niektóre sprawy mnie nawet interesowały, choć nie uznałam przeskoku od przyjaźni do miłości głównych bohaterów za zbyt nagły, to jednak "Bones" przestało mnie po prostu interesować. I choć czasem wracam do jakiegoś pojedynczego odcinka w nadziei, że uda mi się wskrzesić sympatię, to jednak za każdym uczucia nie towarzyszą temu żadne uczucia. W tym roku nie zamierzam już wracać do tego tytułu.

CHIRURDZY: Już w zeszłym roku miałam naprawdę mieszane uczucia, co do tego serialu, ale w tym roku na serio mam zamiar go porzucić. Mam dosyć tego wszechobecnego dramatyzmu, schodzenia i rozchodzenia się każdej z par po kilkanaście razy. A przebijanie szokujących zwrotów akcji z poprzednich sezonów uważam za żenujące. W tej chwili ciekawią mnie losy jednej pary, ale wnioskując ze schematów znanych z innych serii, mogę sobie pogdybać, jak sprawy się potoczą i zapewne o wiele się nie pomylę. 

SCANDAL: Pierwszy sezon obejrzałam z wielkim zainteresowaniem. Rozgrywki polityczne, troszkę zahaczająca o stalking miłość, a może nie miłość tylko własnie obsesja, coraz to nowe wychodzące na jaw sekrety bohaterów. Było fajnie. Natomiast w drugim sezonie miałam wrażenie, że twórcy chcą, podbić wszystko to, co zaserwowali nam w pierwszej odsłonie. I wtedy ja serialowi podziękowałam. Zapytacie pewnie dlaczego tak szybko? Bo jedną z twórczyń serialu jest Shonda Rimes. Bałam się drugich "Chirurgów".

Teraz serialowe hity, które nadal będą gościć w moim mieszkaniu.

THE GOOD WIFE : Mimo chwilowego spadku formy w tym sezonie jest to nadal mój ulubiony serial. Uwielbiam wszystkich bohaterów, mogę sobie zrobić maraton i obejrzeć wyrywkowo pojedyncze odcinki. Mam swoje ukochane sceny, a zwrot akcji z ostatniego odcinka, uważam za bardzo udany. 

NASHVILLE: Zaskoczenie poprzedniej zimy. Serial, który spróbowałam oglądać z braku jakiegoś wyraźnego powodu. I od razu powiem, że nie przeszkadza mi w nim potężna dawka telenowelowych rozwiązań. Może dlatego, że dobrze się to komponuje z muzyką country, której w serialu jest naprawdę sporo, a która o dziwo mi się spodobała. Naprawdę ten serial to takie quilty pleasure. Niby wszystko można przewidzieć, a jednak świetnie się ogląda.

ONCE UPON A TIME: Nadal oglądałam z ciekawością i zamierzam śledzić dalej losy baśniowych bohaterów w realnym świecie. Wprawdzie drugi sezony był chyba słabszy, ale zamierzam dać szansę trzeciej serii.

Jak zawsze z niecierpliwością czekam też na DOWNTON ABBEY, choć po prostu nie lubię trzeciej serii. Z przyjemnością wrócę też do HAVEN
No i mam nadzieję na nowe serialowe odkrycia.

Seriale do obejrzenia to nadal HOMELAND i HANNIBAL. :)

piątek, 23 sierpnia 2013

"POWIEŚĆ W ALTÓWCE" NATASHA SALOMONS

Kolejna świetna książka przeczytana w ostatnim czasie. Jej recenzję czytałam kiedyś na jednym z blogów. Już niestety nie pamiętam którym, ale była tak zachęcająca, że "Powieść w altówce" kupiłam zaraz potem, korzystając z jakiejś promocji w Matrasie.

Jest rok 1938, a Elise Landau mieszka w wraz z rodzicami i starszą, zamężną siostrą w Wiedniu. Jej rodzina, choć nie przestrzega zasad religii jest pochodzenia żydowskiego. I już w tym momencie wiadomo, że kwestią czasu jest, kiedy dziewiętnastoletnia dziewczyna i jej rodzina będzie się musiała zmierzyć z tym, co dla nich oznaczał będzie wybuch II wojny światowej. Mogłoby się wydawać, że status ojca, który jest poważanym i popularnym pisarzem, a także matki - śpiewaczki operowej, pozwoli im na w miarę bezpieczne przeżycie trudnych lat. Nic bardziej mylnego i rodzice Elise wiedzą o tym.
Młoda dziewczyna dotąd rozpieszczana, rodzinna maskotka musi szybko dorosnąć i wyjechać do Anglii, do posiadłości Tyneford, gdzie podejmuje pracę jako pokojówka. Jej siostra bez większych przeszkód emigruje wraz mężem do Ameryki. niestety przyznanie wizy ich rodzicom opóźnia się i oboje zostają w Austrii.

Tytułowa powieść w altówce to ostanie dzieło ojca Elise, które już jest bez szans na wydanie w ojczystym kraju. Stos kartek ukryty w instrumencie staje się dla Elise źródłem pociechy i symbolem pamięci. Listy od rodziców przychodzą rzadko i są coraz bardziej enigmatyczne, ale powieść jest przecież czymś rzeczywistym. Mimo, że nie można jej wydobyć bez zniszczenia instrumentu, to jednak jest symbolem obecności bliskich.
Początki w dworze Tenyford są trudne, dla dziewczyny, która do tej pory sama korzystała z pomocy służącej. Teraz do jej obowiązków należy rozpalanie ognia w pokojach, ścieranie kurzy, usługiwanie przy posiłkach, a przy tym wszystkim należy pamiętać, by być niewidzialną dla właścicieli majątku. To ostatnie jest dla Elise chyba najtrudniejsze, na szczęście Christopher Rivers nie surowym pracodawcą. Inaczej ma się sprawa z zarządzającymi domem kamerdynerem i gospodynią. Dla nich każde wyjście poza ustalony schemat postępowania służby jest nie do przyjęcia.

Kiedy niedawno pisałam Wam o powieści "Ashford Park", wspominałam, że na jej okładce widnieje napis, który przyrównuje jej klimat do tego, który znamy z serialu "Downton Abbey". Podczas czytania "Powieści w altówce" miałam nieustanne wrażenie, że taka reklama bardziej pasuje do tej książki mimo, że jej akcja toczy się ponad 20 lat później. Jak widać pewne rzeczy nie zmieniają się tak szybko. Elise trafia właśnie w świat służby dużego majątku ziemskiego, którego prowadzenie od lat podlega ścisłym regułom, z których nie ma odwrotu. Bardzo sugestywne i szczegółowe przedstawienie funkcjonowania służby w dworze Tenyford jest niewątpliwie zaletą tej książki. Jednak od momentu pojawienia się Elise w Tenyford wszyscy podświadomie czują, że dziewczyna nie pasuje do małej społeczności w nim pracującej.
Christopher Rivers ma wszystkie książki ojca Elise, a jego syn chyba trochę zaintrygowany innością dziewczyny, ofiarowuje się, że będzie jej udzielał lekcji angielskiego.

Ich zażyłość, początkowo przyjacielska sprawia, że Elise, czuje się jeszcze bardziej nie na miejscu w tym otoczeniu, choć jednocześnie zaczyna bardzo kochać otaczające dwór rozległe wzgórza i morze. Znajduje przyjaciół w pobliskiej wiosce, a znajomość z paniczem Kitem zaczyna się przeradzać w coś więcej.
Mimo groźby wojny, która cały czas czai się gdzieś na horyzoncie dla Elise to bardzo szczęśliwy czas. Ale czytając tą książkę nie sposób, nie pomyśleć, że ta beztroska nie potrwa długo. Przecież wiadomo, że wojna wybuchnie, a młodzi ludzie rzucą się nią, nie zważając na nic. Ci, którzy pozostaną w domach będą sobie musieli radzić z niepokojem i tęsknotą, a także tak prozaicznymi sprawami jak przydziały żywności, czy benzyny i brak rąk do pracy. Wojna wszystko zmienia i dawna beztroska odchodzi w przeszłość, a chwile radości są coraz rzadsze.
Elise przyjdzie po raz kolejny ułożyć sobie życie, ale jak potoczą się jej losy, dowiecie się już, jeśli przeczytacie "Powieść w altówce".

Rzadko używam takich określeń, ale jest książka, która mnie oczarowała. Kiedy ją otwierałam i czytałam kolejne zdania, miałam wrażenie, że świat wokół mnie zwalnia, a ja gdzieś z boku towarzyszę Elise w jej życiu w Tenyford. Wraz z nią przeżywałam pierwszą miłość, rozpaczałam, kiedy nie nadchodziły wieści od rodziców i z radością witałam listy od siostry, wiedząc, że przynajmniej ona jest bezpieczna.
"Powieść w altówce" zaskakująco łączy atmosferę beztroskiej młodości z przeświadczeniem końca pewnej epoki. To powieść o tęsknocie, miłości, a przede wszystkim o świadomym budowaniu własnego świata, do którego chce się przynależeć. To powieść o tym, że czasem w ciągu jednego życia takich światów może być kilka w zależności od okoliczności, a przejście do kolejnego zawsze oznacza wyzbycie się części siebie, pewne rozdwojenie, z którym trzeba żyć.

Nie zwlekajcie i przeczytajcie.

środa, 21 sierpnia 2013

"DALLAS '63" STEPHEN KING

To jedna z tych książek, które w końcu musiałam przeczytać. Multum blogowych recenzji, w większości bardzo pozytywnych. U mnie czekała na półce na wolniejszy czas, głównie ze względów na gabaryty. Ale przecież ja uwielbiam długie powieści, w których można się zanurzyć na kilka dni i zapomnieć o innych, czekających w kolejce lekturach. 

I tak też się stało, bo "Dallas' 63" wciąga do samego końca. 
Jack Epping jest nauczycielem angielskiego w Lisbon Falls. Jego życie po rozwodzie, powoli wraca do uporządkowanego rytmu. Praca, posiłek w ulubionym barze, koniec roku szkolnego i upragnione wakacje, podczas których można odpocząć od rutyny sprawdzania kolejnych prac semestralnych. Coś jednak burzy ten spokój. Pierwsze to niezwykle poruszająca praca szkolnego woźnego, który w pracy na koniec na kursów dokształcających opisuje tragedię, jaka spotkała jego rodzinę, kiedy był dzieckiem i na zawsze zmieniła jego życie. Niedługo potem przyjaciel Jacka, Al, właściciel lokalnego baru mówi mu, że w spiżarni jego restauracji znajduje się przejście do USA lat pięćdziesiątych. Brzmi to niewiarygodnie, ale Jack przekonuje się, że Al mówi prawdę. Z możliwością przejścia w rok 1958 Al wiąże pewne nadzieje. Otóż chce by Jack przeniósł się tam na dłużej i zapobiegł morderstwu Johna Kennedy'ego. 

Jack po części przekonany, że faktycznie śmierć Kennedy'ego miała same fatalne skutki w historii USA, a po części oczarowany tym fragmentem Ameryki lat pięćdziesiątych, której doświadczył podczas pierwszego przejścia, zgadza się podjąć wypełnienia tej niezwykłej misji.

Dzieła Stephena Kinga to tej pory jakoś mnie omijały. Czytałam tylko dwa zbiory opowiadań, powieści kusiły, ale zawsze był to pisarz z szufladki odkładanych na później. W sumie nie wiem dlaczego, bo liczne pozytywne recenzje, już od dawna sprawiają, że czuję, że muszę poznać światy, które stworzył bliżej. Zresztą "Dallas' 63" zdaje się nawiązywać do różnych nurtów jego powieściopisarstwa, a z całości wyłania się naprawdę wszechstronny pisarz. 

"Dallas '63" to powieść obyczajowa z przepięknym wątkiem miłosnym, z trzymającym w napięciu wątkiem sensacyjnym. A dodatkowo nie brakuje tu typowego chyba dla Kinga portretu społeczności, jako siedliska bliżej niezidentyfikowanego zła, które skłania ludzi do popełniania strasznych czynów. 
Ameryka lat pięćdziesiątych staje się dla Jacka Eppinga bliższa niż czasy, w których się urodził. Odnajduje radość w pracy nauczyciela, w kierowaniu młodymi umysłami, by jego uczniowie spełnili swoje marzenia, które zresztą pomaga im nieraz odkryć. Sielska mieścina, wypełniona życzliwymi twarzami, do której w końcu wraca, nieraz każe mu się zastanowić, czy czasem nie zaprzestać śledzenia kolejnych ruchów Lee Oswalda i po prostu żyć, życiem, które zaczyna mu się coraz bardziej podobać.
Niemały udział ma w tym młoda bibliotekarka, pracująca w tej samej szkole, która okazuje się być miłością życia Jacka. 

Oczywiście powieść nie jest pozbawiona wad. Chwilami jest po prostu przegadana, skupia się na zbyt wielu szczegółach, ale mimo to czyta się ją rewelacyjnie i pod koniec z coraz większą niecierpliwością czekamy na zakończenie, by wreszcie dowiedzieć się czy Jack zapobiegnie śmierci prezydenta. Naprawdę polecam. 

piątek, 16 sierpnia 2013

"POSZUKIWACZE MUSZELEK" ROSAMUNDE PILCHER

"Poszukiwacze muszelek" Rosamunde Pilcher to miała być odtrutka na rozczarowanie powieścią "Kwiat śliwy, mroczny cień", a także próba poprawy nastroju po ciężkiej, trwającej ponad tydzień lekturze "My z Jedwabnego".
Autorka kojarzy mi się z lekko staroświeckimi romansami, sagami rodzinnymi, ze spokojnie snutą opowieścią, w której można się zanurzyć i zapomnieć o otaczającym świecie.

Penelopa Keeling wraca po lekkim zawale do swojego domu, w którym mieszka sama, wypełniając swój czas pielęgnacją pięknego, dużego ogrodu. Jej trójka dzieci mieszka osobno, każde zajęte jest swoim mniej, lub bardziej udanym życiem. Przypadkowo dowiadują się, że obrazy malowane przez ojca Penelopy zyskują na wartości. Dwójka z dzieci Penelopy, Noel i Nancy chcą sprzedać to co zostało z dorobku artystycznego ich dziadka. Jedynie Oliwia chce by obrazy pozostały przy ich matce. 
Wieść o zainteresowaniu "Poszukiwaczami muszelek" skłania Penelopę do wspomnień. Kobieta przypomina sobie czasy swojej młodości, dom rodzinny w Kornwalii, wojnę, kiedy wychodzi za mąż i poznaje smak prawdziwej miłości o jakiej się nie zapomina.

Powieść Pilcher w spójny sposób łączy w sobie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, której można upatrywać w nowym pokoleniu. Autorka snuje opowieść, tak jakby można było pisać się pamiętnik, by uporządkować wspomnienia i uczucia, by zamknąć wszystkie niedokończone sprawy.
Moje dotychczasowe spotkania z tą autorką nie były bardzo udane, ale ta powieść mi się podobało, może dlatego, że nie miałam wielkich oczekiwań. 
A może dlatego, że nie jest typowy romans, a raczej dobra powieść obyczajowa o stosunkach panujących w rodzinie. O tym jak dzieci mogą się oddalić od rodziców, o tym jak wybierają swoje drogi życiowe, o tym jak z pozoru błahe decyzje wpływają na przyszłość. Przede wszystkim widzę jednak w tej książce powieść o odwadze, by podejmować nowe wyzwania, a czasem tylko by pokonywać dzień za dniem i zawalczyć o własne szczęście.

środa, 14 sierpnia 2013

"KWIAT ŚLIWY, "MROCZNY CIEŃ" LIAN HEARN

Zapowiedź wydania tej książki sprawiła, że moje serce zaczęło bić szybciej. Lian Hearn jest przecież autorką "Opowieści rodu Otori", na które to składa się pięć powieści osadzonych w realiach japońskich, ze szczyptą fantasy, których karty wypełnia walka o honor, miłość i pragnienie zemsty. Mieszanka, której nie sposób się oprzeć. Dlatego tak chętnie zamówiłam "Kwiat śliwy, mroczny cień". Co tu dużo mówić, chciałam powtórki z rozrywki. Dostałam jednak coś całkiem innego.

Główną bohaterką tej historii jest Tsuru, córka lekarza, która lepiej czuje się pomagając ojcu w codziennej pracy, niż w typowych, kobiecych obowiązkach domowych. Jej siostra już wyszła za mąż, niebawem to samo czeka Tsuru. Dziewczyna nie patrzy na to z niechęcią, bo wie, że taka jest kolej rzeczy. Rodzice postanawiają wydać ją za kogoś, kto odziedziczy gabinet jej ojca, a tym samym stanie się ich adoptowanym synem. Ich wybór spotyka się z aprobatą córki, która dzieli z mężem zainteresowania. Jednak ich małżeństwo, choć nie pozbawione chwil radości, przypomina raczej układ handlowy, w którym każda ze stron coś zyskuje. Tymczasem Japonia stoi na progu przemian, Wybucha wojna domowa, a Tsuru postanawia uczestniczyć w wydarzeniach udając mężczyznę i pracując jako lekarz.

Niewątpliwą zaletą tej powieści jest jej głębokie osadzenie w japońskiej historii i obyczajach. Kompletny laik w tej dziedzinie, jakim niewątpliwie jestem, może bardzo poszerzyć swój zakres wiedzy w przyjemny sposób. Bohaterowie stają bowiem przed tak różnorodnymi wyborami, że warunki życia w Japonii w XIX wieku, zostają nakreślone bardzo wnikliwie i co ważne z różnych punktów widzenia. Całkiem obca kultura staje się nam dużo bliższa. Być może ktoś bardziej obeznany z historią tamtego rejonu, nie odbierze opisów zasad jakimi kierowali się Japończycy, dla mnie jednak drobiazgowość autorki na tym polu, jest wielką zaletą książki.

Lian Hearn sprawnie porusza się po japońskim krajobrazie, chce też by stworzeni przez nią bohaterowie dorównali otaczającemu ich krajobrazowi. Tsuru jest więc kimś kto wyprzedza czasy, w których przyszło jej żyć. Dużo lepiej czułaby się w skórze mężczyzny, niestety matka natura kazała jej się urodzić kobietą. Dziewczyna jednak nie godzi się z ograniczeniami, które narzucają jej społeczeństwo. Chce podążać swoją ścieżką, znajduje też mężczyznę, który rozumie i popiera jej wybory. Jednak mimo to bohaterka jest tylko pozornie ciekawa. Jej rozterki wypadają interesująco w takim skrótowym opisie, ale w powieści brak jej koniecznej przy takich problemach charyzmy. Jej rozterki przyjmowałam bez wzruszenia, wielka miłość jaka staje na jej drodze, nie wzbudziła w sumie u mnie większego zainteresowania. Ot, prześlizgnęłam się po jej losach.

Trzeba tu wspomnieć o kompozycji książki. Opowieść o losach Tsuri przerywana jest krótkimi rozdziałami, które mają nam przybliżyć sylwetki przywódców walki o zmiany w Japonii. I może to skupienie się autorki na warstwie obyczajowej i historycznej sprawia, że bohaterka wydaje się tylko mało istotnym dodatkiem, a właściwie pretekstem, by w powieści zawrzeć jak najwięcej informacji, kierując ją raczej w stronę literatury faktu. 

Nie znalazłam tu niestety nic, czego bym oczekiwała po tej autorce. Brakło emocji, brakło wielostopniowej, porywającej opowieści.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

"MY Z JEDWABNEGO" ANNA BIKONT

Kiedy zimą wpadł mi w ręce kupon rabatowy do Empiku, wiedziałam od razu na co go spożytkuję. Opasły, zielony tom "My z Jedwabnego" był przecież na mojej czytelniczej liście już od jakiegoś czasu. 
Lekturę "Sąsiadów" Jana Tomasza Grossa, do której Anna Bikont w oczywisty sposób się odwołuje miałam już za sobą. Szczerze powiedziawszy nie pamiętam już wrzawy i lawiny oburzenia wobec autora, jaką wywołała publikacja "Sąsiadów", ale pamiętam te same reakcje w odpowiedzi na późniejsze "Złote żniwa" i film "Pokłosie", który niewątpliwie z historii Jedwabnego czerpie.

"My z Jedwabnego" jest zapisem konfrontacji Anny Bikont z mieszkańcami Jedwabnego, z mitami narosłymi wokół tragedii, która miała tam miejsce podczas wojny. W tym sensie nawiązuje do "Sąsiadów", bo przecież w zasadzie na tym polu zainteresowania Bikont i Grossa się pokrywają. Ale relacja autorki nie ogranicza się tylko do przeszłości, a jest równie mocno, a może nawet bardziej zakorzeniona w teraźniejszości. 
"Sąsiedzi" budzą coś, co mieszkańcy Jedwabnego uważali za dawno pogrzebane. Spalenie mieszkających tam wśród Polaków Żydów, jest czymś o czym się pamięta, ale o czym się głośno nie rozmawia. Przez lata pamięć o tym wydarzeniu obrasta w szczegóły dodane, przez ludzi chcących się usprawiedliwić. W opowiadaniach pojawiają się więc ciężarówki z Niemcami, mającymi pilnować Polaków, strzelający żołnierze i mieszkańcy, z których każdy przecież kogoś uratował z masakry. Tymczasem tych, którzy ratowali można policzyć na palcach jednej ręki i do dzisiaj boją się o tym mówić ze strachu przez sąsiadami. 

Jedwabne staje się na pewien czas środkiem Polski. Każdy czuje się w obowiązku stanąć po jednej ze stron sporu. Czy zrobili to tylko Polacy, czy może Niemcy też brali w tym udział. Ujawnienie prawdy to według niektórych efekt żydowskiego spisku, który ma na celu odebranie opuszczonych domów i majątków. Zawiązują się kolejne komitety obrony dobrego imienia Polski i mieszkańców Jedwabnego. Decyzja o przyjeździe na obchody rocznicy dzieli scenę polityczną i przedstawicieli polskiego kościoła. Dominuje chęć zaprzeczenia. I tylko nieśmiałe głosy niektórych przebijają się, by powiedzieć jak było naprawdę, za co spotyka ich ostracyzm ze strony dawnych sąsiadów.

Anna Bikont w tym czasie przeobraża się w detektywa. Nawiązuje kontakty z tymi, którzy chcą mówić, sumiennie konfrontuje zdobyte informacje, rozmawia, rozmawia i jeszcze raz rozmawia. Chce dotrzeć do każdego, kto ma coś do powiedzenia. Zaczyna od trudnej historii sąsiedztwa Żydów i Polaków na tych terenach. Dzieje antysemityzmu w Polsce to długofalowy proces, który narastał na przestrzeni dziesiątków lat, podsycany przez różne środowiska. 
Refleksje o nastrojach społeczeństwa przed i w czasie wojny, a także współcześnie prowadzą autorkę do próby zweryfikowania swojej tożsamości narodowej, bo państwo, w którym żyje odmawia jej prawa do czucia się jednocześnie Polką i Żydówką. 

"My z Jedwabnego" to opowieść o Żydach, których zamordowano, spalono, próbowano wyrzucić z pamięci, a przynajmniej zafałszować prawdę o ich śmierci. Ale to również opowieść o współczesnych mieszkańcach tego miasteczka, gdzie ludzie nadal żyją w domach, które zostawili ich zamordowani sąsiedzi. Ci ludzie nie chcą się zmierzyć z przeszłością, wolą wierzyć w łatwiejszą wersję wydarzeń. Czasem ich rozumiałam, bo jak trudno musi się być przyznać przed samym sobą, że mój ojciec był wśród morderców, że moja matka rabowała dorobek życia innych. A jednak wśród nich znajdują się i tacy, którzy ratowali, ukrywali, i tacy, którzy po latach chcą mieć pewność, gdzie byli ich rodzice w tamtym dniu. Nieważne jaka byłaby odpowiedź, byle by to była prawda. tych należy podziwiać, bo nie wiem jak zachowałabym się na ich miejscu.


piątek, 9 sierpnia 2013

STOS NA UPALNE LATO

1. Jeanne Bourin "Sekrety kobiet złotnika"

2. Lian Hearn "Kwiat śliwy, mroczny cień"

3. Yrsa Sigurdardottir "Spójrz na mnie"

4. Yrsa Sigurdardottir "Lód w żyłach"

5. Bridget Boland "Doula"

6. Julie Orringer "Niewidzialny most"


Trochę nowości, ale upały i mnie dają się we znaki. Nie mam siły nawet na czytanie, choć coś tam zawsze przy sobie noszę, bo może akurat znajdę chłodne miejsce i moment oddechu, by przeczytać choć parę zdań. Z tego stosiku zamieściłam już moją opinię o "Spójrz na mnie", a następna w kolejce będzie powieść Lian Hearn. Tymczasem zmykam po kolejną mrożoną kawę.

czwartek, 8 sierpnia 2013

"ASHFORD PARK" LAUREN WILLIG

Oj, jak ja dawno nie przeczytałam nic z wydawnictwa Amber. Kiedyś w czasach, kiedy byłam fanką książek Nory Roberts i generalnie czytałam więcej romansów, często sięgałam po książki tam wydawane, ale ostatnio z tego rodzaju literaturą mi nie po drodze raczej. Jednak "Ashford Park" zaciekawił mnie już w zapowiedziach, a reklamowanie powieści jako połączenie "Pożegnania z Afryką" z "Downton Abbey" niewątpliwie jeszcze bardziej mnie zachęciło. 

Młoda, wiecznie zapracowana prawniczka Clemmie, na przyjęciu urodzinowym swojej babci, zaciekawiona nigdy niesłyszanym imieniem, które wypowiada na jej widok staruszka, postanawia dowiedzieć się czegoś więcej na temat historii jej rodziny. Ta opowieść rozpisana jest na dwa głosy. Babka i wnuczka wprowadzają nas w dzieje dwóch kobiet połączonych więzami rodzinnymi i przyjaźnią. Addie po śmierci rodziców, trafia do zamożnego domu swoich krewnych. Choć zawsze traktowana przez wszystkich jak uboga krewna, to jednak znajduje bratnią duszę w osobie spontanicznej i wesołej kuzynki. Ich stosunki ulegają jednak rozluźnieniu, kiedy Addie zakochuje się w mężczyźnie, który w końcu poślubia jej kuzynkę.

Mam czasami wrażenie, że pewne książki powinny być dłuższe. Historia, którą opowiada Lauren Willig jest bowiem bardzo interesująca. Intrygujące jest połączenie środowiska arystokratycznej Anglii z jej normami, rytuałami sezonów debiutanckich, a potem przeniesienie akcji do gorącej, dusznej Afryki, gdzie bohaterowie mierzą się z życiem, w które się wplątali na własne życzenie, a które daleko odbiega od tego, co sobie wymarzyli. I ten wątek zderzenia oczekiwań młodości z dorosłością jest motywem przewodnim losów Addie i jej wnuczki Clemmie.
Zaletą książki jest jej rozmach, bijące z niej uczucia, bohaterowie, których łatwo polubić i się z nimi identyfikować. Tym bardziej jednak przeszkadza sposób w jaki ta powieść jest napisana, bo całość sprawia wrażenie biegu, podczas którego zatrzymujemy się tylko na wybranych stacjach, pomijając mijane po drodze krajobrazy.
Mimo to lektura "Ashford Park" sprawiła mi wielką przyjemność. Idealna książka na panujące ostatnio upały.

poniedziałek, 29 lipca 2013

"SPÓJRZ NA MNIE" YRSA SIGUARDARDOTTIR

Thora Gudmundsdottir otrzymuje bardzo nietypowe zlecenie. Pedofil skazany za molestowanie nieletnich, chce by prawniczka zbadała, czy osadzony w tym samym ośrodku resocjalizacyjnym, cierpiący na zespół Downa Jakub jest winien podpalenia placówki rehabilitacyjnej, w której wcześniej przebywał. 
Chociaż osoba zleceniodawcy napawa Thorę obrzydzeniem, kobieta podejmuje się sprawy. Zaczyna badać okoliczności w jakich spłonął budynek, gdzie mieściła się placówka, rozmawia z byłymi pracownikami i rodzinami ofiar. Jej śledztwo obnaża nieprawidłowości w funkcjonowaniu tego miejsca. Okazuje się, że podpalenie mogło być tylko zasłoną, by ukryć inne przestępstwa.

"Spójrz na mnie" zaczyna się od bardzo sugestywnego opisu miejsca i ludzi, których nawiedza duch młodej dziewczyny. Potem jest jeszcze lepiej. Autorka wybiera na swoich bohaterów osoby o wyrazistych charakterach, zarówno po jednej jak i po drugiej stronie dochodzenia. Kilka pozornie niezależnych wątków zazębia się coraz bardziej im bliżej do bardzo efektownego finału, który wszystko wyjaśnia. 
Czytaniu tej książki towarzyszy nieustające poczucie napięcia. Ciągle byłam czymś zaskakiwana, cały czas stawiano przede mną kolejne pytania. Rozwiązywanie ich było prawdziwą przyjemnością. 

Dodatkowo, co lubię nie tylko w kryminałach, akcja powieści nie tkwi w zawieszeniu wobec otaczającego bohaterów świata. Konkretna rzeczywistość wpływa na życie postaci, ich codzienność komplikują zmagania z kryzysem, który pozbawia kolejnych ludzi zebranego majątku, sprawiając, że nikt nie może się już czuć bezpiecznie. Przyszłość jest ciągłą niewiadomą. Ta myśl ciągle kołacze się w podświadomości niepewnych jutra bohaterów. 

Yrsa Siguardardttoir podejmuje bardzo trudną tematykę osób niepełnosprawnych zarówno ruchowo, jak i intelektualnie. I robi to z wielką uwagą. Państwo zmusza rodziców, żeby oddawali swoje dzieci, by było im lepiej, by zajął się nimi wykwalifikowany personel, by robili postępy w drodze do normalności. Ale czy rzeczywiście gwarantuje im to właściwą opiekę? Czy w działaniach systemu nie gubi się człowiek, któremu przede wszystkim potrzeba bliskości rodziców? I czy naprawdę wiemy, co dzieje się w tych ośrodkach?

Zdecydowanie znalazłam autorkę, po której powieści będę sięgać częściej.

czwartek, 25 lipca 2013

"DZIEWCZYNY ATOMOWE" DENISE KIERNAN

Oak Ridge w stanie Tennessee miasto, które powstało na terenach zabranych okolicznym farmerom. Miasto, które oficjalnie nie istniało. Żadne z jego mieszkańców nie wiedziało o nim wszystkiego. Wśród mieszkańców sąsiednich miast krążył przez lata dowcip o tym, że za ogrodzenie ciągle coś wjeżdża, ale nigdy nic nie wyjeżdża. Ale były to lata II wojny światowej i zadawanie zbyt dużej ilości pytań nie było wskazane. Oak Ridge pozostało więc miejscem bardzo tajemniczym, gdzie każdy zajmował się tym, co do niego należało. 

Wśród mieszkanek miasta znalazło się kilka kobiet, których losy autorka opisuje bardziej szczegółowo. Celia, Toni, Jane, Kattie, Helen, Veronica. Należały do różnych warstw społecznych, były mniej lub bardziej wykształcone. Zajmowały się sprzątaniem, pracą biurową, pomiarami, a także pielęgniarstwem. Kiedy trafiły do Oak Ridge zaskoczyły je spartańskie warunki, ale wszystkie pociągały bardzo dobre zarobki. Nie bez znaczenia była też chęć przeżycia przygody, oderwania się od dobrze znanych miejsc, gdzie się urodziły i dorastały. A przede wszystkim obiecano im, że ich praca przyczyni się do zakończenia wojny, a prawie każda z nich miała brata, który gdzieś daleko walczył za swój kraj.

Denise Kiernan skupia się na dwóch aspektach życia w Oak Ridge. Opisuje naukową stronę działalności jaką prowadzono w ośrodkach na terenie miasta, o której wiadomo było naprawdę niewielu osobom. Na to wpływ miało wielu naukowców, którzy niekoniecznie mieszkali na terenie ośrodka, ale z idei i myśli, którymi dzielili się ze swoimi kolegami i szerokim naukowym światem bardzo szybko wyciągano wnioski.
Z drugiej strony autorka przedstawia Oak Ridge jako zwykłe miasto. Bo choć na każdym kroku przestrzegano zasady tajności, to jednak młode dziewczyny i młodzi mężczyźni, którym przyszło tam zamieszkać pragnęli chociaż odrobiny normalności. nie wolno im było rozmawiać o tym, czym się zajmują, ale znajomości były zawierane, odbywały się potańcówki, każdy chciał sobie stworzyć tam chociaż namiastkę domu. Działało kino, odbywały się mecze koszykówki, młode dziewczyny dbały, by być modnie ubrane, a nie było to łatwe w tonącym w błocie mieście, gdzie zamiast chodników, były drewniane kładki. Ciągły nadzór strażników nie przeszkadzał jednak w spotkaniach towarzyskich, działał szpital i tak jaka wszędzie indziej dyskryminowani byli czarnoskórzy. Miasto pełne paradoksów. 

Kiedy bomba atomowa spadła najpierw na Hiroszimę, a potem na Nagasaki sekret wyszedł na jaw. Stało się jasne do czego przyczyniły się bohaterki książki i wiele nie opisanych bliżej osób. Została stworzona straszna broń, której dzisiaj użycia nikt sobie nawet nie wyobraża. Czy przyczyniła się do wygrania II wojny światowej na froncie azjatyckim, czy tylko przyspieszyła nieuniknione? Czy kobiety, które pracowały w ośrodkach badawczych są bohaterkami, czy tylko wykonywały zwykłą pracę, która mogła być przydzielona komuś całkiem innemu? Czy zostały umiejętnie zmanipulowane, kiedy powiedziano im, że to co robią ma decydujący wpływ na losy ich ojczyzny? Czy zdecydowały by się dalej pracować, gdyby powiedziano im, do czego dążą ich przełożeni? O tym musicie już sami przeczytać w tej książce.

Ja osobiście bardzo polecam, bo przede wszystkim przybliża czas i wydarzenia, które znajdują się poza szerokim kręgiem zainteresowań, nawet jeśli chodzi o II wojnę światową. Zwykle bardziej pamiętamy o tym, co zdarzyło się w naszym rejonie, skupiamy się na tym co nam bardziej bliskie. Myślę, że warto dowiedzieć się czegoś więcej o historii powstania broni nuklearnej.


Za przekazanie książki dziękuję Wydawnictwu Otwarte.

poniedziałek, 22 lipca 2013

"CZARNA ŚWIECA" CATHERINE COOKSON

Zastanawiałam się, jak opisać fabułę tej książki, żeby nie zdradzić za wiele. 
Bridget zarządza dwiema fabrykami, które odziedziczyła po ojcu. Ma prawdziwy talent do interesów, osobiście pilnuje każdego szczegółu, cieszy się szacunkiem ze strony swoich pracowników, choć ludzie z jej warstwy uważają, że jej sposób życia jest co najmniej dziwny. Co innego jej piękna kuzynka Victoria. Umie się ubrać, a jej głównym zajęciem jest troska o wygląd. Victorią interesuje się Lionel, licząc, że ta swoim posagiem podreperuje rodzinny majątek. Nie wie, że dziewczyna jest całkowicie zależna od kuzynki, a sama nie ma grosza. Bridget chce, żeby kuzynka była szczęśliwa i oferuje Lionelowi pieniądze, żeby małżeństwo doszło do skutku. 
Nieoczekiwanie dla samej siebie Bridget zakochuje się w bracie Lionela, zdolnym rzeźbiarzu Douglasie. Tym samym losy dwóch rodzin splatają się nierozerwalnie.

Z jednej strony rozwiązania fabularne w tej powieści przywodzą na myśl telenowelę. Nieudane małżeństwa, sekrety, które wychodzą na jaw po latach. Wzloty i upadki dwóch rodzin na przestrzeni lat Prawdziwa saga rodzinna z bohaterami, wśród których musi się znaleźć miejsce dla tych szlachetnych i tych pozbawionych serca. Ale czyta się to naprawdę dobrze. Ani się nie obejrzałam, byłam w połowie powieści i nie mogłam się doczekać, żeby się dowiedzieć jak dalej potoczą się losy dwóch rodzin. Dobrze napisane czytadło, świetnie sprawdzi się na urlopie, czy w czasie podróży. Trochę wątków miłosnych, dużo nieporozumień, zadawnione żale i nienawiść, czyli wszystko to, co potrafi przykuć czytelnika na dłużej.
Jak na mój gust trochę za dużo dramatycznych wydarzeń, znaczących zbiegów okoliczności i tym podobnych zabiegów, ale faktem jest, że czytanie tej książki sprawiło mi naprawdę dużo przyjemności.


Brak mi ostatnio czasu. Zastanawiałam się nawet nad zawieszeniem bloga, ale boję się, że mogę już do tego pisania nie wrócić. Dlatego recenzje będą się ukazywać nadal, ale dużo rzadziej i w formie tylko krótkiej notki. Jesienią mam nadzieję wrócić w lepszej dyspozycji. :)

poniedziałek, 15 lipca 2013

BEZ STOSU ANI RUSZ. :)

1. "Ruth" Elizabeth Gaskell - bez wątpienia, mogę powiedzieć, że to jedna z moich ulubionych pisarek. Opisywałam już na blogu moje wrażenia z lektury trzech wcześniej wydanych w Polsce książek tej autorki. Długo przyszło nam czekać na coś, co powinno być dostępne na naszym rynku od dawna, ale dobrze że się wreszcie udało. Tym razem o wydanie "Ruth" pokusiło się wydawnictwo MG, więc powieść kusi dodatkowo piękną, ciekawą, twardą okładką. Cieszę się już na myśl, że w zapowiedziach tego wydawnictwa mówi się o biografii jednej z sióstr Bronte tej autorki. 





2. "Ashford Park" Lauren Willig - oparta na jednym z moich ulubionych motywów połączenia wątku współczesnego z przeszłością. Mimo, że coraz częściej boję się sięgać po takie zestawienia, bo przecież ileż można czytać powieści czerpiących z tego samego schematu, tym razem dałam się skusić. A zawiniła głównie promocja w Empiku. :) Myślę jednak, że impuls był słuszny, a to za sprawą pewnej  recenzji na zagranicznym blogu, którego autorka bardzo pozytywnie wypowiada się na temat tej książki. W oczekiwaniu na nową Kate Morton, będzie w sam raz.
A jeśli mowa o Kate Morton, to czy Wy też nie możecie się doczekać jej nowej powieści? Reakcje w internecie były nieraz różne, ale ja mimo to czekam z wielką niecierpliwością.








3. "Czarna świeca" Catherine Cookson - kiedy byłam chora zimą, obejrzałam kilka filmowych adaptacji książek tej autorki. Nie da się ukryć, że były nieco schematyczne, że niektóre motywy się powtarzały, ale kilka bohaterek zapadło mi w pamięć i postanowiłam sprawdzić, czy powieści przypadną mi do gustu. Na allegro jest dostępnych kilka wydanych w Polsce pozycji Catherine Cookson. Padło na "Czarną świeę", ale mam zamiar jeszcze zapolować na "The wingless bird".





4. "Księżycowy kamień" Wilkie Collins - chętnie sięgam po literaturę angielską, więc kwestią czasu było
kiedy zainteresuję się tym autorem. Przyjaciel Dickensa i może przede wszystkim jego porzuconej żony, bohater powieści "Drood" Dana Simmonsa, która też chyba kiedyś trafi w moje ręce. Na mojej półce jest już "Kobieta w bieli". Pozostaje tylko zdecydować, od której z tych powieści zacząć znajomość z panem Collinsem. Moje wydanie pochodzi z allegro, ale niedawno ukazało się wznowienie tej książki.





 5. "Dziewczyny atomowe" Denise Kiernan - II wojna światowa, USA, bomba atomowa. Czas, który mnie bardzo interesuje, ale tym razem w innym aspekcie, bo zwykle sięgam jednak po książki, które skupiają się na naszym rejonie. Myślę jednak, że będzie to bardzo interesująca lektura. Wypatrzyłam ją już w zapowiedziach, a tymczasem otrzymałam propozycję jej zrecenzowania od Wydawnictwa Otwarte. Dziękuję bardzo. :)

6. ""Po miłość do Mesa Verde" Tamera Alexander - o tej książce już pisałam, wiec tylko "odsyłam" do opinii .


środa, 10 lipca 2013

"NARZECZONA OFICERA" CHARLES TODD

Seria Znaku "Zaczytaj się" ma bardzo kuszące ceny, a książka w korzystnej cenie to pokusa prawie nie do odparcia. "Narzeczona oficera" trafiła do mnie przy okazji ostatniego zamówienia, w ostatniej prawie chwili wrzucona do wirtualnego koszyka. 

Tematyka wydawała mi się bardzo interesująca, miałam wrażenie, że pod romansową otoczką kryje się coś więcej. Bo fabuła rzeczywiście kręci się wokół miłości, który komplikuje I wojna światowa. Lady Elspeth jest szkocką damą, osieroconą przez ojca. Przebywając u przyjaciółki we Francji w przededniu wybuchu wojny, przyjmuje oświadczyny jej brata, mężczyzny którym jest zauroczona od szkolnych czasów. Alain wyrusza na front, a dziewczyna czuje, że jej miejsce w tych tragicznych czasach jest jednak w domu, w Szkocji. Jednak w czasie podróży widzi ogrom nieszczęścia wojny, rannych żołnierzy, którym próbuje pomóc. Postanawia zostać pielęgniarką i w ten sposób uczestniczyć w wydarzeniach. Jej myśli zajmuje coraz bardziej spotkany w drodze dawny przyjaciel Peter Gillchrist. Elspeth zaczyna się zastanawiać czy decyzja o zaręczynach była właściwa.

Objętościowo jest to bardzo krótka opowieść i to jest jej zasadnicza wada, bo autorzy*, prześlizgują się
zaledwie zaznaczając tylko bardzo interesujące elementy. W arystokratycznym pochodzeniu głównej bohaterki i płynącym z tego źródła komplikacjom wyczuwalny jest klimat jak z serialu "Downton Abbey". Dodatkowo dylematy miłosne Elspeth, wbrew moim początkowym obawom, nie trącą tanim romansem, może dlatego, że dziewczynę w równym stopniu jak życie uczuciowe pochłania szkolenie pielęgniarskie, w którym to zawodzie czuje się bardzo dobrze i wynikająca z tego świadomość, że chce ona mieć wpływ na swoje życie i przyszłość jaka ją czeka. Nieźle zarysowane podłoże psychologiczne postaci sprawiają, że powieść jest wiarygodna w warstwie fabularnej.
Jednak coś co w rękach innego pisarza mogło być porywającą opowieścią z rozbudowanym tłem obyczajowo - wojennym, tutaj jest tylko zarysem opowieści, wzbogaconym całkiem nie na miejscu w takiej formie powieści epizodem kryminalnym. 

Czyta się "Narzeczoną oficera" lekko i przyjemnie, ale po lekturze pozostaje żal niewykorzystanej szansy na coś więcej.

* Powieść napisana jest przez Charles'a i Caroline Todd, syn i matka stanowią pisarski zespół.


poniedziałek, 8 lipca 2013

"TAM PIASKI ŚPIEWAJĄ" JOSEPHINE TEY

Trudno mi ostatnio znaleźć czas na pisanie na blogu. Powinnam zamieścić notkę ze stosem na lipiec, ale książki powkładałam na półki, zanim pomyślałam o zrobieniu zdjęcia. Przeglądając moje oceny na BiblioNetce zorientowałam się, jak mało przeczytałam w czerwcu. Bardzo mało, wziąwszy nawet pod uwagę powtórki. Pozostaje mieć nadzieję, że będzie lepiej...

Kiedy jeszcze nie przeglądałam Waszych blogów, informacje o ciekawych książkach docierały do mnie przez dyskusje na forach wspomnianej wyżej BiblioNetki. Do tej pory wątek podsumowujący przeczytane w danym miesiącu lektury należy do moich ulubionych. Jest to źródło nieustającej inspiracji w wyborze lektur do zdobycia. Kiedyś zwróciłam uwagę, że często w przeróżnych zestawieniach powtarza się nazwisko Josphine Tey i jej powieść "Córka czasu", a niedługo potem zdobyłam ten i inny kryminał tej autorki w drodze wymiany. W ostatnim tygodniu przeczytałam właśnie ten drugi kryminał czyli "Tam piaski śpiewają".

Alan Grant wybiera się na urlop. Jest wyczerpany pracą w policji, miewa lęki przed przebywaniem w zamkniętych pomieszczeniach. Żeby odpocząć jedzie odwiedzić zaprzyjaźnione małżeństwo, by w spokojnej atmosferze szczęśliwego domu zapomnieć o pracy. Po trudnej nocy w sypialnym kabinie pociągu dowiaduje się, że w innym przedziale znaleziono martwego mężczyznę, Przez nieuwagę Alan podnosi z podłogi tego przedziału gazetę należącą do nieboszczyka. Policja szybko kwalifikuje sprawę, jako nieszczęśliwy wypadek, ale Grant po przeczytaniu dziwnego wiersza zapisanego na jednej ze stron czasopisma, nie może się pozbyć wrażenia, że w śmierci młodego człowieka nie było nic naturalnego. 

Jeśli miałabym porównać "Tam piaski śpiewają" to czegoś już znanego, to powieść ta kojarzyła mi się z książkami Marthy Grimes o Jury'm i Plancie. Łączy je klimat kryminału retro, w którym morderstwo jest starym dobrym zabójstwem z motywem, śledztwem i sprawcą, bez epatowania okrucieństwem, brutalnym miejscem zbrodni, bez sieci spisków w tle. A może przede wszystkim z inspektorem, zmęczonym, ale jednak oddanym swojej pracy, który ją szczerze lubi i generalnie żyć bez niej nie może. Taki jest właśnie Alan Grant. Brakuje mu co prawda galopującej depresji, czy postępującej marskości wątroby, a swoich lęków nasz detektyw nie zagłusza morzem alkoholu, ale wierzcie mi, można go polubić od pierwszego przeczytanego o nim zdania.

Dodatkowym atutem była dla mnie atmosfera małych miasteczek, gdzie toczy się akcja powieści, wraz z ich mieszkańcami, nieraz oczywiście obdarzonymi przeróżnymi dziwactwami. Jeśli dołączymy do tego postać uroczego, rezolutnego dziecka, nieraz trafnie komentującego rzeczywistość wokół siebie i szkocką hrabinę, która prawie zawojowała serce głównego bohatera, podobieństwo do Grimes jest tym bardziej widoczne.

"Tam paski śpiewają" to jak już wspomniałam kryminał w takim starym stylu. Postać charyzmatycznego detektywa, tło powieści, świetnie skonstruowana zagadka, wszystkie te elementy równoważą się i uzupełniają wzajemnie tworząc razem naprawdę dobrą książkę.

środa, 3 lipca 2013

"WODY GŁĘBOKIE JAK NIEBO" ANNA BRZEZIŃSKA

W ramach powrotu do fantasy, przyszła też pora na "Wody głębokie jak niebo" Anny Brzezińskiej. Ten zbiór opowiadań ukazał się w czasach, kiedy z niecierpliwością wyglądałam zakończenia historii zbója Twardokęska. Kiedy więc na półce w Empiku zobaczyłam książkę z nazwiskiem Anny Brzezińskiej na okładce, najpierw była szalona radość, że wreszcie poznam jak skończy się opowieść o Krainach Wewnętrznego Morza. Potem było rozczarowanie, bo "Wody głębokie jak niebo" w żaden sposób nie nawiązywały do ukochanego przeze mnie świata. Ale ciekawość zwyciężyła i po nową książkę Brzezińskiej sięgałam praktycznie bez wahania.

"Wody głębokie jak niebo" to zbiór tzw. opowiadań włoskich, bo konstrukcja przedstawionego w nich świata oparta jest w części na realiach renesansowych Włoch. Miasta Półwyspu rządzone są przez błękitnookich magów, potrafiących naginać demony do własnych zamysłów. Posłuszne ich pragnieniom kształtują piękną i kunsztowną architekturę miast. Jednak mimo, że naginają się do woli swoich władców, to nieustannie pragną wolności i, o ile Mag nie zaklnie ich swoją krwią, tą wolność odzyskują po jego śmierci. Opowiadania zawarte w tym zbiorze, to nieraz oddalone o setki lat znaczące epizody z historii Półwyspu. Wydarzenia sprzed lat odżywają w następnych utworach jako mity, na wpół zapomniane legendy, które ludzie ukształtowali na nowo, wydobywając z nich to, co przydatne po latach, nieraz zniekształcając prawie nie do poznania pierwotną opowieść. 
Półwysep opisany jest w czasach rozkwitu magii, a także jej upadku. Kolejni władcy są coraz słabsi, ich twory coraz mniej wyrafinowane, ale żądza władzy nadal popycha ich by próbować odczytać zaklęcia sprzed lat, by szukać źródeł mocy we własnych synach. 
Anna Brzezińska przedstawia świat tak okrutny jak piękny. W tych miastach nic nie jest dane na zawsze i nawet miłość zdaje się tylko ułudą. 
W tych opowiadaniach autorka wraca do koncepcji miłości jako uczucia, na jakie bohaterowie są skazani, a które jest im dane tylko chwilowo, jak moment odpoczynku, ale i przekleństwo, z którym ciągle walczą. Dotyczy to szczególnie kobiet, które władając często nieświadomie demonami, stają się dla Magów obiektem najwyższego uczucia, ale i ciągłego zagrożenia. 

"Wody głębokie jak niebo" zachwycają pięknem języka i koncepcji całego świata, w którym pobrzmiewa chyba charakterystyczna dla Anny Brzezińskiej atmosfera końca pewnej epoki, która może przetrwać tylko w podaniach, na zawsze jednak zmieniona i dopasowana do nowych realiów. 
Ech, przeczytałabym coś nowego w tym stylu, bo pióra Brzezińskiej nigdy za wiele. 

poniedziałek, 1 lipca 2013

"PO MIŁOŚĆ DO MESA VERDE" TAMERA ALEXANDER

Kupiłam tę książkę chyba nie całkiem świadomie. Z reguły nie kupuję romansów, bo dla mnie to w większości lektura jednorazowa, a i ten typ literatury już jakiś czas nie należy do moich ulubionych. Ale od czasu do czasu lubię sobie poczytać o perypetiach miłosnych młodych i pięknych.

Główną bohaterką "Po miłość do Mesa Verde" jest Elizabeth Westbrook, kobieta trzydziestodwuletnia, co w końcu XIX wieku oznaczało, że pierwszą młodość ma już za sobą. Elizabeth jest córką szanowanego generała, dowódcy wojsk Północy w wojnie secesyjnej. Obecny kongresman chciałby widzieć córkę szczęśliwą i ustatkowaną, ale kobieta ma całkiem inny plan na życie. Pomimo rozwijającej się choroby płuc, której ataki pozbawiają ją oddechu, wyrusza do Kolorado, by tam zrobić niezwykłe zdjęcia nietkniętej przyrody i zapewnić sobie dzięki nim pracę w gazecie. Okazję na wymarzone zdjęcie psuje Daniel Ranslett. Elizabeth nakłania mężczyznę by w drodze zadośćuczynienia doprowadził ją do Mesa Verde, wykutego w skale miejsca pobytu Indian.

Powieść reklamowana jest jako romans w klimacie serialu "Doktor Quinn". Nawiązanie w części trafne, bo obie bohaterki łączy raczej nietypowe jak na czasy, w których przyszło im żyć, podejście do roli kobiety. Obie chcą i realizują się w swoich zawodach, podejmują trudne wyzwania, zaczynają życie w całkowicie im dotąd obcych warunkach i otoczeniu. Od tej strony powieść jest naprawdę wciągająca. Z zainteresowaniem czytałam o pracy Elizabeth, o technikach fotografii, o jej staraniach, by uzyskać etat pełnowartościowej dziennikarki. Podobało mi się to, że wydaje się kobietą niezależną, zdolną ukształtować swoją przyszłość według swoich pragnień, a nie obrazu typowego dla epoki. Lubię takie postacie i tu książka całkowicie trafiła w mój gust.
Jednak zapowiedzi wydawnicze, przynajmniej w księgarniach internetowych, bo już na obwolucie powieści, można o tym przeczytać, pomijają fakt, że Tamera Alexander jest autorką, która wplata w swoje dzieła treści chrześcijańskie. Do tej pory spotkałam się z takim zabiegiem w powieściach Francine Rivers i generalnie wydaje mi się, że to nie jest podejście, które mi odpowiada.

"Po miłość do Mesa Verde" było do pewnego momentu całkiem sympatycznym romansem. Nie obyło się bez schematyzmu, bo Elizabeth, jak to kobieta w takich powieściach, wylądowała oczywiście w roli damy w opałach, z których może ją uratować tylko dzielny mężczyzna, ale wątki poboczne ratowały całkiem sprawnie całość. Mamy tutaj bowiem poruszone i kwestie zasadności wojny między Północą i Południem, bo Ranslett uczestniczył w niej po stronie Południa, a pomocnik Elizabeth jest byłym niewolnikiem. Mamy też interesująco opisany obraz życia na nowych terytoriach USA, gdzie wszystko trzeba zdobywać trudem własnych rąk, ale wiele wynagradza piękno tych ziem. Widać w tej powieści chęć, by oddać dramat kraju podzielonego między dwa wrogie obozy, tragedię wojny domowej. Opisy traumy ludzi, którzy to przeżyli uważam za jedne z najlepszych momentów tej książki. Wszystko to razem sprawiało, że z zadowoleniem odwracałam kolejne strony, gratulując sobie trafnej czytelniczej intuicji. 
Jak się niestety okazało za wcześnie, bo pod koniec odniosłam wrażenie, że autorka przypomniała sobie, że pisze powieść z przesłaniem, a na dodatek, że czytelnik jest na tyle nierozgarnięty, że ową myśl przewodnią trzeba mu wyłożyć w formie kazania. 
Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko przedstawianiu w powieściach określonego światopoglądu, ale wolałabym, żeby było to zawarte w sposób nieco bardziej subtelne. Końcowe nagromadzenie natchnionych przemyśleń bohaterów było dla mnie bardzo drażniące. Jakby mi ktoś łopatą wbijał do głowy określone poglądy. Przyjemność z lektury była dla mnie bezpowrotnie stracona.

Nie wiem, czy wydawnictwo Replika planuje wydać inne powieści Tamery Alexander, ale ja tej znajomości kontynuować nie zamierzam.

środa, 26 czerwca 2013

"W KLESZCZACH LĘKU" HENRY JAMES

Choć Henry James jest jednym z najbardziej znanych amerykańskich pisarzy, jego twórczość poznawałam do tej pory tylko z adaptacji filmowych. Książki pozostawały do tej pory w sferze planów, ale promocja w Empiku na pozycje z wydawnictwa Prószyński i S-ka, sprawiła, że na mojej półce wylądowała powieść "W kleszczach lęku". Do końca nie wiem dlaczego akurat ten tytuł zamówiłam, choć na pewno pewien wpływ miało pokrewieństwo z powieścią gotycką, do której miałam słabość i fakt, że akurat żadnej adaptacji filmowej "W kleszczach lęku" nie widziałam.

Początek powieści przychodzi na myśl powstanie "Frankensteina" Mary Shelly. Grupa przyjaciół podczas kilku wieczorów wysłuchuje opowiadanych kolejno przez zgromadzone osoby niezwykłych opowieści. Na końcu głos zabiera Douglas, który przedstawia spisaną przez jego znajomą relację z wydarzeń, których ta była świadkiem. Młoda, nieśmiała kobieta otrzymuje posadę, będącą dla niej spełnieniem marzeń. Ma się zająć dwójką osieroconych przez rodziców dzieci, dziewczynką i chłopcem, będącym pod opieką wuja, który jednak nie chce mieć bezpośredniego wpływu na ich wychowanie. Zajęcie bardzo odpowiedzialne, ale kobieta z radością podejmuje się je wykonać. Początkowo życie w Bly przypomina sielankę. Guwernantka znajduje przyjaciółkę w gospodyni zajmującej się domostwem, a dzieci, urocze i posłuszne, wydaje się, że pokochały opiekunkę od pierwszego wejrzenia. Wkrótce jednak  atmosfera w domu zmienia się. Kobieta zaczyna widzieć dziwne zjawy. Pani Goose stwierdza, że może to być poprzednia guwernantka i służący wuja sierot. Problem w tym, że osoby te już dawno nie żyją. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej gdy nasza bohaterka zaczyna podejrzewać, że zjawy łączy dziwny związek z będącymi pod jej opieką dziećmi. 

"W kleszczach lęku" to monolog głównej bohaterki. Taka forma powieści sprawia, że mamy głębszy wgląd w psychikę głównej postaci. Poznajemy jej lęki i obawy. I sami zaczynamy się zastanawiać, czy to co czytamy jest rzeczywiście zapisem niezwykłych wydarzeń, czy odzwierciedleniem postępującego szaleństwa kobiety. Atmosfera nierealności podkreślona jest przez typową dla powieści gotyckiej scenerią. Stojący na odosobnieniu wielki dom, praktycznie pusty, wyposażony w obowiązkowe wieże i nastrojowe biblioteki. Dodatkową przyjemność dają odwołania do literatury, z którą skojarzenia są nader trafne. Guwernantka, prawie niezamieszkałe domostwo, dzieci i tajemniczy wuj. "Dziwne losy Jane Eyre" przywołuje sama bohaterka, kiedy zastanawia się, czy tajemnicza zjawa nie jest ukrytym przed światem krewnym. Jednak "W kleszczach lęku" ucieka od takich rozwiązań literackich, idąc bardziej w kierunku próby zdefiniowania zła, jakie rodzi się w na pozór niewinnym człowieku. 

Świetna powieść, napisana mimo tematyki w bardzo charakterystycznym i nie najłatwiejszym stylu, znakomicie oddaje zmiany jakie zachodzą w bezimiennej bohaterce, która samotnie musi się zmierzyć z czymś, czego nie potrafi wyjaśnić. Wymaga ciągłej uwagi, bo ważne informacje mogą łatwo umknąć, kiedy skupimy się na długich, wielokrotnie złożonych zdaniach. Na koniec jednak można oczekiwać poczucia satysfakcji płynącej ze świadomości, że przeczytało się coś, co przeczytać warto.

Dodatkowe brawa dla wydawnictwa za świetne wydanie. Tym bardziej się cieszę, że nie jest to jedyna wydana przez Prószyńskiego powieść tego autora.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

"PIEŚŃ DLA ARBONNE" GUY GAVRIEL KAY

Zdarza mi się wracać do książek, które już kiedyś czytałam. Nieraz są to powroty ryzykowne, bo czasem drugiej lekturze towarzyszy poczucie rozczarowania, kiedy nie odnaleźć w niej tego, co kiedyś mnie zachwyciło. Ale nieraz powieść, którą kiedyś potraktowałam nad wyraz chłodno po latach, może nie zachwyca, ale staje się bardzo przyjemnym dziełem. Dlatego mimo wszystko czytam książki po kilka razy.

Ponieważ nadal nie zdecydowałam się na żadną nowość z fantasy, postanowiłam znowu sięgnąć po Kay'a. Tym razem wybór padł na "Pieśń dla Arbonne", powieść kupioną na fali fascynacji autorem, która kilka lat temu przyniosła mi lekkie rozczarowanie. Czytałam ją po prawie pięciu latach, ciekawa, czy moje odczucia się zmienią.

Arboone to kraj rządzony przez kobiety, gdzie płeć ta otaczana jest szacunkiem i prawdziwą czcią. Ideałem opiewanym w pieśniach trubadurów jest niespełniona miłość do damy, pani serca mężczyzny. Kiedy jednak takie uczucie zaistniało naprawdę pomiędzy najsławniejszym trubadurem Arbonne, będącym jednocześnie księciem Bertranem de Talar, a piękną Alais żoną Utre de Miravala, cała historia kończy się dramatem. Kobieta umiera, a mężczyźni stają się wrogami. Lata później Arbonne i jego mieszkańcy muszą podjąć niebezpieczną grę z sąsiednią krainą, którego istnienie podporządkowane jest kultowi boga wojowników Corannosa, a kobiety są tylko łatwym do zdobycia trofeum, które jeszcze łatwiej odrzucić. Starcie tych dwóch społeczności jest zderzeniem różnych podejść do rzeczywistości i postrzegania świata.
Kiedy w Arbonne pojawia się, ścigany przez własne demony najemnik z północy Blaise, staje się jasne, że los nieprzypadkowo skierował go do państwa rządzonego przez kobiety, a jego pochodzenie może się okazać sprawą kluczową w nadchodzącej rozgrywce wielkich tego świata.

Guy Gavriel Kay jak zwykle obdarza swoich bohaterów zdolnością dostrzegania ukrytych znaczeń, ścieżek wiodących do decyzji, które zmieniają wszystko. Jego postacie intensywnie żyją, kochają, przyjaźń i nienawiść trwa aż po grób. Kiedy się o tym czyta w recenzji, można odnieść wrażenie, że powieść jest przepełniona trudnym do strawienia patosem, tymczasem w rzeczywistości jest całkiem inaczej. Aura wzniosłości, która otacza bohaterów i ich działania nie denerwuje, ani nie drażni. Może dlatego, że w sposobie w jaki autor kształtuje obraz opisywanych krain, widać dążenie do dbałości o szczegóły i inspiracje, które można odnaleźć w historii Europy.
W czasie pisania pracy magisterskiej jeden z rozdziałów poświęciłam właśnie średniowiecznej kulturze trubadurów i potem czytając "Pieśń dla Arbonne", z radością odnajdywałam te ideały, przedstawione jak rzeczywiste zasady traktowane jak prawo, którego trzeba przestrzegać. 

Kay tworzy swoje światy sięgając do tego co już było, aktywnie to przetwarzając, dostosowując. Nie wiem do końca na czym polega urok jego książek, ale mnie pociąga w nich atmosfera czystej magii płynącej z przekonania, że miłość i honor to wartości, o które warto walczyć. Lubię tą aurę niezwykłości, która otacza jego bohaterów. Postacie Kay'a są w oczywisty sposób czysto książkowe, nierealne, a jednocześnie bardzo bliskie i łatwe do polubienia, a nawet pokochania. 

I tak sobie myślę teraz, próbując sobie przypomnieć, co kiedyś mi się nie podobało w tej książce? Chyba tylko to, że poprzeczka była zawieszona trochę zbyt wysoko, za sprawą przeczytanych wcześniej "Tigany" i "Lwów Al-Rassanu", o których kiedyś też chyba napiszę. Oczekiwałam arcydzieła, a dostałam bardzo przyzwoitą powieść. Ot, takie rozczarowanie....
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...