poniedziałek, 10 września 2012

"DOM ORCHIDEI" LUCINDA RILEY

"Dom orchidei" powinien być czytadłem idealnym, Jest w nim wszystko, co powiiny mieć powieści wciągające na długie godziny. Przede wszystkim tajemnica, która łączy przeszłość z teraźniejszością.
Kupiłam tę ksiązkę przed przeczytaniem, deliktanie mówiąc różnych recenzji na blogach i przez pierwszą część ksiązki byłam przekonana, że są raczej przesadzone i krzywdzące.
Ale od początku.
 
Sławna pianistaka Julia, dochodzi do siebie bo strasznej tragedii, jaką jest śmierć męża i małego synka. Zamyka się w sobie, przestaje grać, odrzuca pomoc rodziny, chce być sama. Ma jednak upartą siostrę, która chcąc, choć na trochę wyrwać ją z otępienia, zabiera Julię na wyprzedaż do Wharton Park, majątku gdzie młoda kobieta spędziała bardzo szczęśliwe wakacje u boku dziadka, ogrodnika w posiadłości. Wizyta staje sie okazja do odnowienia znajomości z obecnym włascicielem domu - Kitem Crawfordem.
Wkrótce potem Kit zjawia sie w domu z Juli ze starym dziennikiem z czasów II wojny światowej, przypuszczając, że należał on do jej dziadka. Za jego sprawą wyjdą na jaw dawno pogrzebane tajemnice.
 
Do połowy powieści byłam przekonana, że trafiłam na naprawdę zajmującą książkę. Malowniczy angielski dwór, ludzie chwytający życie w przededniu wojny, piękne debiutantki, bale i przyjęcia, a także nieśmiało rodzące się uczucia. Nie przeszkadzał mi nie wyszukany język i niekiedy bardzo drętwe dialogi. Podobała mi sie otoczka.
Młoda panna Olivia debiutuje w towarzystwie. Początkowo zagubiona, szybko znajduje przyjaciół wśród nieco postępowej młodzieży. Po udanym sezonie zostaje zaproszona na dłużej do Wharton Park, gdzie poznaje syna właścicieli, Harry'ego. Od początku czuje wieź z młodym człowiekiem i wydaje jej się, że on odwzajemnia jej uczucie.
 
Jak wspomniałam, poczatkowo wszystko mi generalnie odpowiadało. Wątek współczesny nie był ciekawy, ale ten toczący sie w przeszłości zapowiadał sie naprawdę intrygująco. To w końcu w przeszłości miała tkwić tajemnica.
Potem jednak jeden stereotyp zaczął gonić kolejny.
Cierpienia Julii po pewnym czasie przestały mnie wzruszać, a Kit Crawford okazał się takim ideałem, że przez większą część powieści, miałam ochotę po prostu nim potrząsnąć, żeby wydusić z niego jakąś żywszą reakcję na kolejne wydarzenia.
 
Myślę, że autorka zdecydowanie poległa na konstrukcji bohaterów. Każdy w tej powieści stara się być szlachetny i honorowy do granic możliwości. Olivia jest początkowo naiwna i standardowo pragnie tej jedynej miłości, a niezdecydowanie Harry'ego jest po prostu denerwujące. Nawet wprowadzenie egzotyki w postaci tajskich krajobrazów, gdzie Harry trafia podczas wojny, nie uratowało całej historii, która staje sie po prostu banalna i mdła. Cukierkowość i słodycz wylewająca się z większości zdań skutecznie zepsuła mi lekturę.
 
Na dodatek w połowie powieści autorka chyba stwierdziła, że cała fabuła zbyt wolno nabiera rozpędu i nagle w drugiej części mamy romans za romansem, tragedie za tragedią i kolejne wychodzące na jaw tajemnice, jakby jedna nie mogła wystarczyć. Popsuło to całkiem nieco melancholijny i w gruncie rzeczy urokliwy początek powieści. Gdyby ten nastrój udało sie doprowadzić do końca byłoby dobrze, a tak zaserowano czytelnikowi ckliwy melodramat.
 
Nie powiem, że jest to książka całkiem nieudana, bo jednak przeczytałam ją z ciekawością, umiarkowaną, ale zawsze, tyle że pod koniec przerzuciałam już kartki tylko pobieżnie zapoznając się z treścią.
 
I tak sobie myślę, że teraz odświeżę sobie "Zapomniany ogród" Kate Morton. Niestety nie mam "Domu w Riverton", a to byłaby idealna lektura, by przypomnieć sobie powieść, gdzie stara rezydencja i tajemnica z przeszłości tworzą naprawdę udaną mieszankę.
 
Wkrótce nowa powieść Lucindy Riley "Dziewczyna na klifie". Może będzie lepiej.
A w październiku "Zima świata" Kena Folletta.
 
 
Lucinda Riley
"Dom orchidei"
Albatros. Wydawnictwo A. Kuryłowicz
Warszawa 2012
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...