niedziela, 30 grudnia 2012

ROK ZA MNĄ. PODSUMOWANIE I KONKURS

Wypisałam sobie kilka liczb, kilka tytułów, kilku autorów. Jednym słowem podsumowanie. No i losowanie. :)
 
Czytelniczo był to bardzo owocny rok. Długo nie zdawałam sobie sprawy, że jest tak dobrze, pod względem ilości książkek. Dopiero niedawno coś mnie podkusiło i policzyłam. Wyszło 180. I naprawdę nie wiem kiedy je wszystkie przeczytałam. Fakt, że czas sprzyjał. Ale... no właśnie. Postanowienie na przyszły rok, to czytać więcej literatury faktu, a przynajmniej 1-2 miesięcznie.
Postram się też dołączyć do większej ilości wyzwań, bo widzę, że motywują do poznawania książek z różnych dziedzin i krajów, a bardzo mi zależy na szerszym kręgu zainteresowań.
 
W tym roku dołączyłam do dwóch wyzwań. Jedno z nich: Z półki , zostało wypełnione w 100%. A recenzje większości z przeczytanych książek można znaleźć TUTAJ.
 
Drugie wyzwanie: Długie zimowe wieczory chcę wypełnić do końca planowanego terminu czyli do 28 lutego 2013.
 
Najważniejsze dla mnie książki tego roku:
 
 
 
 
Książki roku to: 
 
 

 
 
 
 
Na koniec obiecany konkurs na rok istnienia bloga. Do rozlosowania są dwie książki:
 
 
 
 
Wystarczy zostawić komentarz z tytułem wybranej książki. 
Książki rozlosuję za tydzien, czyli 6 stycznia, zgłoszenia zaś można zostawiać do 5 stycznia, do godziny 23.59 . Zapraszam do udziału. :)

 
 

sobota, 29 grudnia 2012

MÓJ ŚWIAT KSIĄŻKI

Jakiś czas temu pojawiła się informacja, że niemiecka sieć Weltbild wycofuje się z Polski. Szczegóły m.in. tutaj: http://biznes.onet.pl/niemiecka-siec-verlagsgruppe-weltbild-wycofuje-sie,18490,5375223,prasa-detal
Jest to o tyle niepokojące, że częścią Welbtbildu jest wydawnictwo "Świat Książki". Niemal natychmiast po podaniu tej informacji w internecie, ruszyła inicjatywa blogerów, głównie książkowych, by pokazać jak to wydawnictwo jest ważne.
Pojawiły się oczywiście też głosy, że zniknięcie "Świata Książki" jest niczym innym, jak tylko działaniem praw wolnego rynku. Niektórzy nadal pamiętali też początki katalogowe, kiedy trzeba było zamówić jakąś książkę, bo inaczej wydawnictwo przysyłało pozycję przez siebie wybraną i mimo wszystko kupić trzeba było.
To wszystko prawda i zgadzam się z tymi argumentami. Ale to nie przeszkadza mi mieć swojego zdania.
 
Pamiętam, że bardzo lubiłam katalogi "Świata Książki". Zamawialiśmy zawsze trzy książki. Jedna dla mamy, jedna dla mnie i czasem coś dla brata, który czytać wprawdzie niekoniecznie lubi, ale zawsze znalazł coś dla siebie w ofercie pięknie wydanych albumów.
Przyznam, że potem przestaliśmy zamawiać i poza wysłanymi nam dwoma książkami pod przymusem, nie było kłopotów, by się z katalogów wycofać. Nikt nam nie robił problemów, a poza tym, przecież każdy chyba czytał umowę, przed wysłaniem pierwszego zamówienia, więc konsekwencje wycofania się były wiadome od samego początku. Prawa rynku zaś jakie są każdy wie. Ale nikt też nie zabrania i nie widzę niczego niewłaściwego w głosach poparcia dla wydawnictwa.
 
Dla mnie osobiście "Świat Książki" to jedno z ważniejszych wydawnictw. W jego ofercie zawsze znalazłam coś dla siebie. Na moich półkach jest wiele powieści, abumów i atlasów wydanych z charakterystycznym znaczkiem otwartej książki i kuli ziemskiej. I naprawdę mam nadzieję, że znajdzie się inwestor, który pociągnie dalej działalność. Dzięki temu wydawnictwu przeżyłam i w tym roku kilka bardzo przyjemnych godzin przy lekturze książek, które mnie wciągnęły do reszty. I tak sobie patrzę na te wszystkie powieści na półce, na tych autorów, których poznałam przez "Świat Książki", których inne dzieła bardzo chciałabym przeczytać.
Patrzę na powieści Elizabeth Gaskell. Pamiętam swoją euforię kiedy wynosiłam te pozycje z księgarni i później wiele godzin wspaniałych przeżyć, które dzięki nim przeżyłam. Patrzę na książki Ewy Stachniak i Sarah Adison Allen, ktorych pierwsze książki wyszły nakładem "Świata Książki". Patrzę na sierię "Sfery", która jest po prostu niesamowita. Mogłabym tak wymieniać jeszcze długo.
 
Trzymam kciuki za całe wydawnictwo i jego pracowników. Oby wszystko skończyło się dobrze.
 
 
 

poniedziałek, 24 grudnia 2012

WESOŁYCH ŚWIĄT!!!

Opłatek                  

Jest w moim kraju zwyczaj, że w dzień wigilijny,
Przy wzejściu pierwszej gwiazdy wieczornej na niebie,
Ludzie gniazda wspólnego łamią chleb biblijny
Najtkliwsze przekazując uczucia w tym chlebie.

C.K.Norwid

piątek, 21 grudnia 2012

"OSTATNI MOHIKANIN" reż. MICHAEL MANN

Uważam, że adaptacje książek powinno się omawiać, znając pierwowzór. Ale tym razem tak nie będzie. "Ostaniego Mohikanina" Jamesa Fenimora Coopera czytałam już po obejrzeniu filmu. Było to dawno temu i pamiętam tylko, że okropnie męczyłam tą powieść. 
 
Filmweb
Akcja filmu toczy się w 1757 roku. Na kontynencie amerykańskim toczy się wojna o dominację między Anglikami, a Francuzami. Zarówno osadnicy, jak i rdzenni mieszkańcy są zmuszeni wybrać, kogo popierają. Jednak trzej ostatni przedstawiciele plemienia Mohikan są zdania, że  ten konflikt ich nie dotyczy. Zmienia się to kiedy podczas polowania są świadkami ataku na dwie córki angielskiego generała, które pod eskortą znajomego wojskowego i żołnierzy odbywają podróż do fortu William Henry, którego dowódcą jest generał Munro.
Zasadzka zorganizowana została przez Magua z plemienia Huronów, który chce się zemścić na generale za swoje krzywdy i zabić Corę i Alice Munro.
 
Chingachgook wraz z rodzonym synem, Unkasem i adoptowanym, Nathanielem pomagają przedostać się ocalałym z napaści Corze i Alice, a także ich przyjacielowi - Duncanowi. Podczas tej wędrówki ujawnią się różnice w spojrzeniu na otaczającą ich rzeczywistość.
 
"Ostatni Mohikanin" to na pierwszym planie piękna opowieść miłosna. Między Corą i Nathanielem rodzi się uczucie ponad oczekiwaniami otoczenia. Ale o tym napiszę na końcu, bo moim zdaniem film ten przekazuje dużo więcej treści.
 
Weźmy na przykład to, jak są tu ukazane postacie kobiece. Z jednej strony mamy Corę Munro. Grana przez Madeleine Stowe, jest silną osobą o ukształtowanym charakterze i poglądach. Od pierwszych scen widzimy jej zdecydowanie. A poznajemy ją w sytuacji trudnej, bo w czasie, kiedy jest proszona o rękę przez Duncana, przyjaciela, podwładnego jej ojca, osobę, którą jej otoczenie uznaje za człowieka godnego szacunku. Cora podchodzi do tych oświadczyn bardzo sceptycznie, mówi wprost, że nie kocha Duncana i nie jest przekonana do związku opartego tylko na więzach przyjaźni. Kiedy oznajmia to Duncanowi, mężczyzna jest przekonany, że powinna odłożyć swoje obawy na bok i pozwolić zdecydować za siebie i powierzyć decyzję o małżeństwie ojcu, który jest jego zwolennikiem.
Widać tutaj wizję roli kobiety, jako tej podporządkowanej najpierw ojcu, a potem mężowi, bo przecież to mężczyźni są rozsądniejsi i do nich powinno należeć decydujące słowo.
 
Siostra Cory, Alice wydaje się być typowym produktem epoki. Jest w delikatniejsza i mniej wytrzymała. Ale to tylko początkowe wrażenie, bo przeżycia jakie przeszła po ataku i poddaniu fortu Francuzom, sprawiają, że i ona zmienia się i na końcu samodzielnie wybiera swój los.
 
Trzeba też wspominieć i o osadnikach. Życie jakie wybrali zmusza do równego podziału ról. Tutaj kobieta i mężczyna są równi. Niebezpieczeństwa jakim są zmuszeni stawiać czoło, codzienna walka o byt, sprawia, że ich zachowanie przepełnione jest miłością i wzajemnym szacunkiem.
 
 
"Ostani Mohikanin" to film o powstawaniu nowego porządku. Ludzie, którzy zdecydowali się szukać swojego miejsca na nowym kontynencie, widzą swoją przyszłośc w innych kategoriach. Ich pierwszym obowiązkiem jest zadbanie o rodziny. A drugim lojalność wobec Anglii. I tutaj obserwujemy jak ta lojalość powoli przestaje obowiązywać. Osadnicy decydują się dołączyć do walczących żołnierzy dopiero, kiedy zostanie im zagwarantowane prawo do powrotu, gdyby ich domy znalazły się w niebezpieczeństwie.
Duncun obseruje te negocjacje ze zdziwieniem i oburzeniem. A przecież te rodziny nie dostały żadnej pomocy ze strony swojego kraju, kiedy decydowały się na przybycie w to nowe miejsce. Zostali sami ze swoimi problemami, a Korona przypomina sobie o ich istnieniu, kiedy potrzebuje pomocy w bezsensownej wojnie, która tak do końca osadników nie dotyczy. Ich życie się nie zmieni, bez względu na wygraną. Tylko oni sami, ciężką pracą są w stanie zapewnić sobie godne warunki.
Pod tym względem jest to film o kształtowaniu się całkiem nowej społeczności, która w końcu unielzależni się od Anglii.
Duncun jest typowym przedstawicielem społeczeństwa angielskiego, które jeszcze nie rozumie pragnienia wolności i niezależności osadników. Jego życie to obowiązek, poddanie Koronie. I wszystkich innych chce takim kategoriom podporządkować.
Ameryka to jednak Nowy Świat, piękny w swojej dziewiczej przyrodzie, ale to również miejsce, gdzie wszystko trzeba sobie wywalczyć, a każdy nowy dzień przynosi nowe trudności.

Ten film to miłość, zemsta i chciwość, trzy uczucia, które napędzają ludzkość, na ich kanwie można zbudować bardzo widowiskowy film. I to się niewątpliwie udało reżyserowi. Lasy pełne zwierzyny, piękne wodospady, dzikie rzeki i góry. Akcja toczy się w otoczeniu zapierających dech krajobrazach i stanowi świetne tło dla opowiadanej historii.
Uczucie rozkwitające pomiedzy Corą i Nathanielem jest widoczne w spojrzeniach, drobnych gestach, a potem w żarliwych zapewnieniach, które być może brzmią nieco melodramatycznie, ale zarówno Madeleine Stowe, jak i Daniel Day - Lewis są tak dobrymi aktorami, że potrafili udźwignąć ten ładunek emocjonalny, a ich uczyniła go wiarygodnym.

A na koniec fragment z soundtrucku z udziałem Clannad:





The Last of the Mohican
produkcja: USA
premiera: 1992
reżyseria: Michael Mann
Scenariusz: Philip Dunne, Michael Mann, Christopher Crowe, John L. Balderston, Paul Perez, Daniel Moore.

Zdjęcie nr 2: http://modaija.pl/ostatni-mohikanin-i-prywatne-zycie-sherlocka-holmesa/
Zdjęcie nr 3:
http://www.telemagazyn.pl/programtv/3555739117,ostatni_mohikanin,id,t.html
Zdjęcie nr 4: http://kinofilka.blogspot.com/2011/06/dzien-taty.html


 
 
 
 

środa, 19 grudnia 2012

"MORDERSTWO W ŚWIECIE MODY" PATRICIA MOYES

Pożółkłe kartki, niepozorna okładka, a sama książka wciśnięta pomiędzy inne odłożone na bliżej nieokreślony czas. Jak informuje mnie opis to kryminał w stylu Agathy Christie. Cóż, jeszcze niedawno, nie robiło to na mnie większego wrażenia, ale teraz kiedy książek Agathy mi wiecznie mało, taka informacja zrobiła swoje. Tym bardziej, że książka jak najbardziej kwalifikowała się do wyzwania "Z półki".
 
Poniedziałkowe popołudnie upłynęło mi więc, pod znakiem morderstwa w starym stylu. "Morderstwo w świecie mody" zostało wydane w 1963 roku i jest jedną z ponad 15 książek napisanych przez Patricię Moyes. Łączy je osoba inspektora Scotland Yardu, Henry'ego Tibetta. Własnie jemu zostaje powierzone sledztwo w sprawie śmierci jednej z redaktorów poważego pisma o modzie. Helen zostaje znaleziona martwa w swoim biurze po bardzo ciężkiej, pracowitej nocy, podczas której cały zespół czasopisma omawiał numer poświęcony najnowszym paryskim kolekcjom.
Krąg podejrzanych wydaje się zamknięty, ale sprawa nieustannie się komplikuję, a Tibett zaczyna podejrzewać, że pracownicy magazynu coś przed nim ukrywają.
 
Zachęcona porównaniem do twórczości wielkiej Christie, zagłębiłam się w lekturę z nadzieją na kilka godzin w wyrafinowanym świecie, gdzie zbrodnie popełnia się z elegancją, a inspektorzy charakteryzują się dociekliwością, inteligencją i wspaniałymi manierami. I rzeczywiście, to kryminał w starym, dobrym stylu. Tutaj morderstwo oznacza truciznę, a nie litry rozlanej krwi, a prowadzący dochodzenie jest miłym człowiekiem, szczęśliwym w małżeństwie, który zapomina o pracy, kiedy przestąpi próg domu, gdzie ze spokojem może odpocząć w miłej atmosferze.
Przyznacie, że bardzo to miła odmiana, po tych wszystkich pełnych pesymizmu kryminałach skandynawskich. Nie ma to jak angielska powściągliwość. Morderstwo, morderstwem, ale przecież nie można dlatego przerywać pracy.
Ogólne wrażenia są pozytywne, choć paru rzeczy mi zabrakło. Sama intryga jest dość prosta i czytelnik powinien wychwycić kilka wskazówek, choć ich poskładanie wymaga uwagi. Ja wskazówki odczytałam, ale rozwiązania nadal było dla mnie w części zaskakujące.
 
Ocenianie twórczości pisarza po jednej książce nie ma sensu, tym bardziej, że "Mordestwo w świecie mody" jest jednym z początkowych części cyklu, a w Polsce została wydana jeszcze tylko jedna powieść Moyes. Jednak zabrakło mi w tym kryminale pasji. Tak to określę, z braku innego, całkiem odpowidającego mi słowa. Tłem całego śledztwa jest świat mody i choć autorka zapełniła go fotografami, krytykami, modelkami i wreszcie projektantami, to trochę zabrakło mi pełnych charyzmy postaci, z jakimi dla mnie to otoczenie się kojarzy. Pod tym względem było zaskakująco bezbarwnie. Próbowałam sobie to tłumaczyć czasem akcji, ale przecież chyba lata 60-te, choć oczywiście inne, również były bogate w osobowości, szczególnie w tak specyficznej dziedzinie, która graniczy ze sztuką, jaką jest moda.
 
Mam też pewne zastrzeżenia co do Henry'ego Tibetta. Jego zwyczajność sprawia, że nie do końca mogę go zaakceptować. Ale tutaj winię już innych pisarzy i kryminały, które trafiły na moją listę ulubionych. Angielski kryminał trzeba porównywać do innych, w miarę możliwości, podobnych. Porównuję więc do wielokrotnie już przywoływanej Christie i Marthy Grimes, która wprawdzie pochodzi z USA, ale angielski styl i otoczenie "podrabia" bezbłędnie. I na tym tle postać Tibetta wypada blado. Stanowczo inspektor nie ma w sobie uroku Jury'ego, czy genialnego Herculesa Poirota. Zabrakło mi w tym bohaterze jakiejś cechy wyróżniającej go spośród wielu innych. Czegoś, co pozwoliłoby mi go zapamiętać na dłużej, co by mnie zaintrygowało.
Choć lekturę tej książki Moyes, wspominać będę miło, to jednak nie skłoni mnie ona, by poszukiwać jej inny kryminał wydany u nas. Choć jeśli przypadkiem trafi w moje ręce, pewnie go też przeczytam.
 
Książka ta kończy moje wyzwanie "Z półki". :)
 
 

poniedziałek, 17 grudnia 2012

"MĘŻCZYZNA W BRĄZOWYM GARNITURZE" AGATHA CHRISTIE

Po kryminały Agathy Christie sięgam bez żadnego wczesniej ustalonego schematu. Z racji tego, że do tej pory czytałam tylko kilka z nich, mogę prawie po omacku wybrać z bibliotecznej półki, pierwszy, który trafi w moje ręce. I tak tez czynię.
Nic więc dziwnego, że trafiam różnie, raz lepiej, raz gorzej.
 
Tym razem główną bohaterką jest młoda dziewczyna, Anna Bedingfeld. Niedawno umarł jej ojciec, naukowiec - pasjonat, niestety bez zdolności pozyskania większego majątku. Sprzedaż całego dobytku, akurat wystarcza na spłatę długów i tyle. Na szczęście Anna zostaje zaproszona przez znajomych do Londynu, gdzie postanawia poszukać pracy. Podczas powrotu ze spotkania jest świadkiem śmierci człowieka. Obdarzona zmysłem obserwatorskim, uważa, że ta śmierć nie było przypadkowa. Tym bardziej, że przy zdarzeniu był obecny człowiek ubrany w brązowy garnitur. Osoba o tym samym rysopisie była widzina w okolicy, gdzie została zamordowana pewna aktorka. Anna postanawia rozwiązać całą zagadkę.
 
Kryminały Christie sa wciągające, są jak narkotyk, jak raz zaczniesz czytać, chcesz więcej i więcej. W tym konkretnym przypadku, powieść ma dużo więcej rozmachu, niż te, które czytałam do tej pory. Wraz z Anną odbywamy podróż stakiem, potem pociągiem, podczas której dziewczyna przeżywa całą masę przygód. Zostaje porwana, więziona, a przy tym ani razu nie traci głowy i konsekwentnie zbiera wskazówki, by rozwiązać tajemnicę śmierci w metrze.
 
Niewątpliwie ta powieść jest nieco naiwna. Bohaterka z każdej opresji wychodzi bez szwanku. Nic nie jest w stanie jej zatrzymać, czy przestraszyć, a pewne rozwiązania fabularne są generalnie rzecz biorąc nieco naciągane. Tyle, że absolutnie mi to nie przeszkadzało, raczej odebrałam to jako niezamierzony być może efekt komediowy, który wyszedł na jaw po latach. Taki kryminał retro, w którym absolutnie nie wierzymy, że historia mogła mieć miejsce, ale co pozwala nam dobrze się bawić podaczas jej czytania. W powieści występuje też cudownie wręcz staroświecki wątek romansowy, z tajemniczym mężczyzną i rozmaitymi przeszkodami na drodze do szczęśliwego zakończenia.
No i tradycyjnie, zagadki morderstwa nie udało mi się rozwiązać.
 
Na początku wydawało mi się, że moja ulubiona biblioteka jest bardzo dobrze zaopatrzona w dzieła Agathy Christie. Teraz już wiem, że tylko tak mi się wydawało. Chyba szykuje się kolejne uzależnienienie, skłaniające do kupna kolejnych pozycji z listy.

piątek, 14 grudnia 2012

"TRAFNY WYBÓR" J.K. ROWLING

Bałam się trochę tej książki i podchodziłam do niej bardzo ostrożnie. Kupiłam zaraz po premierze, ale kiedy dotarła do domu, otworzyłam i przeczytałam zaledwie kilka stron. To pierwsze rozeznanie wypadło nieźle, poczułam się nawet nieco zaintrygowana.
A potem czytałam przeróżne, nieraz wyrwane z kontekstu, zdnia z recenzji prasowych. Niektóre były wręcz bardzo sceptyczne.
A książka sobie stała i niesamowicie wyróżniała się na tle innych, ciemnych, okładek, tym zwracającym uwagę żółtym kolorem.
 
Wreszcie stwierdziłam, że nie ma na co czekać, że trzeba sobie wyrobić swoje zdanie na ten temat.
 
Barry Faibrother umiera w trakcie świętowania z żoną rocznicy małżeństwa. Ludzie umierają codziennie, ale dla małego miasteczka Pagford, jest to zdarzenia bardzo znaczące. Barry był bowiem przywódcą jednej z frakcji w radzie miejskiej. Opowiadał się za pozostawieniem w obrębie miasta biednej dzielnicy, zamieszkanej głównie przez pobierających zasiłki. Ta działalność była dla niego wszystkim. Pozbawieni jego wsparcia, do tej pory podzielający jego poglądy radni, mogą nie być w stanie przeciwstawić się przewodniczącemu, który pewnie przeforsuje wyrzucenie spornej dzielnicy poza granice miasta.
 
Poza tym śmierć Barry'ego uruchamia procedurę "tymczasowego wakatu". Na jego miejsce musi wejść ktoś inny, wybrany przez mieszkańców. I to wokół tego wydarzenia, zgłoszonych kandydatów i ich życia będzie się toczyła akcja powieści.
 
Pagford może dla przejezdnego stwarzać wrażenie idyllicznego miejsca. Schludne i porządne domy, wykoszone, zielone trawniki, kwiaty za oknem. Piękne miejsce, ale tylko z zewnątrz. Rowling tym razem nie tworzy świata, do którego chętnie byśmy uciekli. Zza białymi firankami ukryte są brzydkie postacie, które tylko czekają na okazję, by sąsiadowi potknęła się noga.
W tej powieści są dwa wyraźne podziały. Między dorosłymi skupionymi wokół różnych idei, a także między rodzicami, a dziećmi. Oba te podziały są równie głębokie, a walka pomiędzy nimi bardzo zacięta.
 
Zmarły Barry wydaje się po kilkudziesięciu stronach jedyną pozytywną postacią. Jego śmierć jest w pierwszym momencie szokiem. Ale zaraz później pojawia się myśl, jak mogę to wykorzystać? Co można zyskać? Jego odejście wywołuje szereg incydentów, które zebrane razem doprowadzają do katastrofy.
 
Wiecie, przez pierwsze dni dawkowałam sobie lekturę. Czytało się dobrze, ale odłożyć też nie było trudno, aż pewnego dnia, około 200 strony tekstu, przyłapałam się na tym, że nie mam ochoty odłożyć i tego dnia przeczytałam do końca.
 
Bo Rowling pokazała, że świetnie portretuje swoich bohaterów i tworzy bardzo realne postacie. Ich wygląd, ich często bardzo wulgarny język, który moim zdaniem się sprawdza, sprawiał, że miałam wrażenie, że żadnego z nich nie jestem zdolna polubić. Cóż, okazało się to nieprawdą, bo pod koniec miałam bohaterów, za których trzymałam kciuki, choć nie potrafię też wskazać osoby, którą polubiłabym bez zastrzeżeń. Mieszkańcy Pagford są zawistni, tchórzliwi, na porządku dziennym jest zaniedbywanie żon i partnerek. Tu nie ma rodzin idealnych. Dzieci ciągle ścierają się z rodzicami, z ich oczekiwaniami, a że są w wieku nastoletnim, to walczą o swoje. I to one właśnie są najbardziej świadome sytauacji jaka panuje w domu, szkole i miasteczku. Na koniec to one biorą sprawy w swoje ręce i wywracają panujący porządek.

Pierwsza dorosła powieść Rowling na pewno nie jest pozbawiona wad. I być może jest trochę prawdy w opiniach krytyków, którzy narzekają na banalność i melodramatyczność niektórych rozwiązań, a w szczególności zakończenia.
Zastanawiam się jednak, czy ludzie, którzy żyją w takich warunkach, jak bohaterowie ze spornego osiedla, które dla jednych jest wyrzutem sumienia, a dla innych tylko zbędnym balastem, rozpatrywaliby swoje życie w kategorii banału.

"Trafny wybór" przekonał mnie, że Rowling powinna pisać. Mam nadzieję, że to nie ostatnia z jej książek, bo autorka nadal ma dar zainteresowania czytelnika, tym co chce przekazać. Są w tej książce fragmenty naprawdę dobrze napisane. Momentami czułam się jakbym podgłądała Pagford przez dziurkę od klucza. Czekałam na kolejne potknięcia, na kolejne ujawniane sekrety i zastanawiałam się co jeszcze wyjdzie na jaw.
Byłam zaangażowna, a tego właśnie oczekuję od dobrej powieści.

 

środa, 12 grudnia 2012

"JEŻYNOWA ZIMA" SARAH JIO

Szukam zimowych klimatów. A najchętniej czytałabym o Bożym Narodzeniu. Niestety biblioteczny katalog internetowy nie działa, a biegać miedzy półkami z listą iluś tam książek, by wyłowić może trzy, po prostu mi się nie chce.
Rozczarowało mnie, że nie mają świątecznych zagadek z udziałem Herculesa Poirot. A tak się nastawiłam na czytanie kryminałów w Święta. Trzeba będzie jakoś inaczej skompletować stosik.
 
Za oknem mam śnieg. Pięknie prezentuję się ogródek, a i na całej wsi spokojniej, bo na drogach trzeba bardziej uważać. Ludzie jeżdżą więc mniej, a jeśli już, to dużo wolniej. W takim otoczeniu zaczęła mnie kusić "Jeżynowa zima" Sarah Jio. To moje drugie spotkanie z tą autorką. Pierwsze było raczej udane. Pisałam o tym tutaj.
 
Zimowa aura zapanowała w Seattle. Nie jest to codzienna sytuacja w maju, co skłania szefa Claire, by zlecić jej napisanie artykułu na ten temat. Poczatkowo Claire jest bardzo sceptyczna. Przechodzi trudny czas, jest pogrążona w depresji, jej małżeństwo przechodzi kryzys, a poza tym jaki jest sens pisania o nietypowej śnieżycy?
Z czasem jednak pomysł zaczyną ją intrygować. Okazuje się, że tkie zdarzenie miało już miejsce w latach trzydziestych XX wieku, i że własnie wtedy zaginął chłopiec, którego nigdy nie odnaleziono. Claire postanawia się dowiedzieć, co stało się z tym dzieckiem.
 
W powieści Sarah Jio nie ma własciwie nic odkrywczego. Mamy do czynienia z popularnym od jakiegoś czasu schematem, połączenia teraźniejszości z przeszłością, podziałem narracje między dwie osi czasowe, a centralnym punktem fabuły jest rozwiązanie zagadki, której poświęca się główna bohaterka.  Oczywiście napotkamy tu masę przydatnych zbiegów okoliczności, które pozwolą na wyjasnienie tajemnicy, choć od zdarzenia minęło ponad 70 lat, ale powieść na tyle dobrze skonstruowana, że perypetie Claire i jej problemy osobiste ciekawią.  
 
Zasadniczy problem widzę tutaj nie w powieści, ale w okładce jaką zaproponowało wydawnictwo. Roześmiana dziewczyna, ubrana w żywe kolory na tle śnieżnego krajobrazu, może parku, sugeruje ciepły i bardzo optymistyczny klimat. Nic bardziej błędnego. Nie wiem, kto wymyślił taką okładkę, ale bardzo się pomylił. Książka w dużej części jest bowiem dosyć ponura. Claire przeżyła w swoim zyciu wielką tragedię i śledztwo, którego się podejmuje pełni funkcję swoistej terapii. Niemniej jej nastrój na pewno nie jest radosny. W drugiej zaś warstwie książki przenosimy się w czasy Wielkiego Kryzysu, który autorka opisuje bardzo obrazowo.
Łatwo wyobrazić sobie trudną, a wręcz tragiczną sytuację wielu rodzin w tamtych czasach, poczucie beznadziejności wszelkich działań. Losy Very Ray, żyjącej własnie wtedy są tragiczne i przejmujące.
 
Jeśli jeszcze nie znudziły Wam się tego typu powieści, polecam. Sama zaczynam się zastanawiać ile jeszcze potrwa popularność książek opartych na tajemnicy z przeszłości. Osobiście jeszcze mi się to nie znudziło, choć jedne podobają mi się bardziej, drugie mniej. Większość z nich to jednak jednorazowe czytadła. Pod tym względem do "Jeżynowej zimy" zachęca cena. Powieść została wydana w serii Znaku "Zaczytaj się" w wersji kieszonkowej.
 
 
Nawiązując jeszcze do 6 grudnia. :) Mikołaj przyniósł mi w tym roku tablet, który wykorzystuję jako czytanik. Wiem, że prawidziwy czytnik ma o wiele więcej zalet, ale do tej pory byłam raczej sceptyczna, co do takiej formy czytania. Brak papieru, zapachu, ciężaru książki - to wszystko wydawało mi się przeszkodą nie do przebrnięcia. Ale wypróbowałam i... To wszystko nadal przeszkadza, ale nie tak bardzo jak myślałam. Czytam "Nedzników", bo nic nie pamiętam z poprzedniego spotkania z tą książką, a film, który chcę bardzo zobaczyć już blisko. Czyta się dobrze, nie męczy oczu. Trzyma się lekko i wygodnie.
Reasumując dojrzewam do kupna przwdziwego czytnika i pewnie latem sobie taki sprawię. :)
 

poniedziałek, 10 grudnia 2012

"BĄDŹ ZDROWA, LIZBONO" ANA VELOSO

Czasem potrzebna jest chwila oddechu. Książka, w której akcja płynie wartko, fabuła cudownie się plącze. Coś co fajnie poczytać, gdy za oknem szybko robi się ciemno, przy dużym kubku herbaty z cytryną.
 
Juliana, zdrobniale nazywana Juju, jest córką bogatego plantatora dębów korkowych. Jej rodzina mieszka w dużym domu, ojciec pochłonięty jest interesami, zaś główne zmartwienie matki, to chęć jak najkorzystniejszego wydania za mąż swoich córek. W chwili, gdy poznajemy Juju, dwie jej siostry są zamężne.
Dziewczyna potajemnie spotyka się z Fernandem, biednym, ale bardzo ambitnym chłopcem z wioski. Dla Juju różnice klasowe pomiedzy nimi nie mają znaczenia, ale pewnego wieczoru, rodzice chcieliby, żeby znalazła sobie znacznie korzystniejszą partię. Okazaja niebawem się nadarza i choć Juju nadal czuje coś do Fernanda, to jednak uświadamia sobie, że być może dzieli ich przepść. Co więcej, daje to odczuć młodemu mężczyźnie. Fernando wyjażdża, a Juliana poślubia kogoś z jej sfery. Po latach jednak spotykają się ponownie.
 
Dawno nie czytałam tak irytującej mnie książki. Będąc w połowie myślałam, że nie przebrnę do końca, ale się zawzięłam. I mogę tylko powiedzieć, że nic się nie zmieniło.
"Bądź zdrowa, Lizbono", to saga rodzinna, obserwujemy więc życie trzech pokoleń, na przestrzeni lat i wydarzeń, które zmieniły oblicze świata. Tylko, że na stronach tej powieści praktycznie tego nie odczuwamy. Obie wojny są skwitowany zaledwie paroma zdaniami, bohaterowie niby awansują do sfer politycznych Portugali, ale tak naprawdę nie ma to praktycznie żadnego wpływu na ich życie.
 
Poza tym w tej powieści nie ma sympatycznej postaci. Juju, którą początkowo postrzegałam jako młodą, niezależną kobietę, okazała się samolubną i interesowną kobietą. Cała historia miłosna między nią, a Fernandem jest rozciągnięta do granic możliwości i wywołuje tylko uczucie zniecierpliwienia, a wielkiej miłości i porozumienia między nimi tak naprawdę nie widać. Ich działania ranią nie tylko ich współmałżonków, ale również i dzieci.
Ponadto autorka wykazuje wyjątkowe niezdecydowanie co do cech charakteru postaci, które stworzyła. Po dużych przeskokach czasowych zachodzą w poszczególnych bohaterach tak wielkie zmiany, np. w dzieciach Juju, że w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy Ana Veloso miała jakieś założenia na początku pisania, czy po prostu zmieniała koncepcję w trakcie. Wiele na to wskazuje, bo nawet obiecujące wątki, autorka porzuca, lub rozwiązuje w sposób naprawdę banalny i nic nie wnoszący do akcji.
 
Rozczarowałam się okrutnie i naprawdę nie polecam.
 
 

niedziela, 9 grudnia 2012

ZALEGŁOŚCI Z PÓŁKI

"CZAS BURZY" ROSAMUNDE PILCHER, "ZABÓJCA MIMO WOLI" ALEKSANDRA MARININA


Dwie książki, które leżały  i czekały na swoją kolej od bardzo dawna. Obie zaczęłam kiedyś czytać, a potem, zapewne skuszona ciekawszą lektura, przerwałam. Teraz w ramach wyzwania z półki , postanowiłam je dokonczyć.
 
Zacznę od "Czasu burzy" Rosamunde Pilcher. Książka ukazała się w 1975 roku i było to niestety bardzo odczuwalne podczas czytania. Nie jest to jedna z tych pozycji, które nawet po latach, dobrze się czyta, a nawet zyskują na wartości.
 
Rebeka mieszka w Londynie, od dawna ma bardzo sporadyczny kontakt z matką, która zmieniając kolejnych partnerów, prowadzi bardzo nieustabilizowany tryb życia. Jednak pewnego dnia do dziewczyny dociera wiadomość, że jej matka ciężko choruje i prawdopodobnie jest umierająca. Rebeka jedzie do niej i spędza z nią te ostatnie chwile. Podczas rozmowy, dowiaduje się wiele o przeszłości swojej matki, która opuściła w młodości swój rodzinny dom i nigdy więcej już do niego nie wróciła. Rebeka postanawia poznać swojego dziadka. Jedzie do Kornwalii, do rodzinnej posiadłości i trafia w sam środek rodzinnych zawirowań.
 
Jeśli miałabym tą powieść określić jednym słowem, powiedziałabym, że jest chłodna. Niby wiemy, że dziadek Rebeki jest człowiekiem o bardzo silnej osobowości i rodzina żyje pod jego dyktando, co oczywiście rodzi dużo konfliktów. Niby jest próba zagarnięcia przyszłego spadku. Pojawia się też szczątkowy wątek romansowy między Rebeką, a tajemniczym Joss'em. Jest też oczywiście tajemnica z przeszłości. Tylko co z tego, jeśli te wszystkie elementy wystepują w postaci krótkiej zajawiki. Pojawiają się i znikają, zanim zdążymy w ogóle, zacząć się interesować dalszym rozwojem akcji. Fabuła sprawia wrażenie konstruowanej ze schematów, bez należytego rozwinięcia, a przede wszystkim jest naprawdę bardzo naiwna, przewidywalna i generalnie zniechęciła mnie do innych przejawów twórczości tej pisarki.
 
Druga zaległość, czyli "Zabójca mimo woli". Tu było dużo lepiej, choć ogólne wrażenie jest takie, że kryminały autrostwa Marininy nie są dla mnie.
Major Kamieńska, na prośbę brata, "przygląda" się bliżej jego dziewczynie. Odkrywa przy tym, że Dasza zaplątała się w sieć kryminalnego światka Moskwy. Zagadki się mnożą, intrygi splatają i pod tym względem jest naprawdę wciągająco. "Zabójca mimo woli" ma w sobie wszystkie składniki dobrej kryminalnej powieści. Bohaterka jest sympatyczna, a przy tym rzeczowa i kompetentna. Zaletą jest też na pewno obrazowe przedstawienie rosyjskich realiów policyjnych.  Postacie są barwne, fabuła ciekawa, miłośnikom i miłośniczkom kryminałów polecam.
Tylko przy okazji wyszło na jaw, że nie mam rosyjskiej duszy i do rosyjskich realiów mnie nie ciągnie. I było to dla mnie trochę zaskoczeniem, bo lubię historyczne rosyjskie klimaty. Cóż, na tym chwilowo pozostanę.
 
 
Tym samym do spełnienia warunków założonych w wyzwaniu została mi do przeczytania tylko jedna książka. Jest już upatrzona, choć i wybierać nadal jest w czym. Niestety, ale całkowicie zaległości wśród nabytków sprzed 2012 roku, się nie pozbędę.


piątek, 7 grudnia 2012

"PRAWO MATKI" DIANE CHAMBERLAIN

Diane Chamerlain, to nazwisko od jakiegoś czasu pojawia się często na blogach. Spotkałam się z wieloma pozytywnymi opiniami o jej twórczości, dlatego też kiedy podczas ostatniej wizyty w bibliotece, zobaczyłam na półce powieść "Prawo matki", nie zastanawiałam się ani chwili i wypożyczyłam.
 
W domu najpierw zabrała się za czytanie mama i widziałam, że bardzo jej się podoba. Od pewnego momentu wręcz z zazdrością obserwowałam, jak z zainteresowaniem odwraca kolejne strony i już nie mogłam się doczekać, kiedy przyjdzie moja kolej.
 
Od razu przyznam, że lekko się rozczarowałam. Autorka podąża moim zdaniem szlakiem wytyczonym przez Jodi Picoult. Trudny temat podany w łatwo przyswajalnej formie powieści obyczajowej. Matka, która jest zmuszona bronić swojego dziecka. Picult udaje się to raz lepiej, raz gorzej. Ponieważ to moja pierwsza książka Chamberlain, nie mogę jej ocenić na tle innych, ale ta wyszła tak sobie.
 
Piętnastoletni Andy cierpi na zespół alkoholowy płodu. Przez rok po narodzinach przebywał pod opieką rodziny zastępczej. Jego matka, Laurel po narodzinach pierwszego dziecka, córeczki, przechodziła depresję poporodową. Nie rozumiejąc tego jak może nie czuć miłości do własnego dziecka, zagłuszała swoje uczucia pijąc. W tym stanie zaszła w drugą ciążę i prawie przez cały jej czas nadużywała alkoholu.
Andy wrócił do rodziny, po tym jak zakończyła leczenie.
 
Laurel staje się nadopiekuńcza, chociaż tutaj akurat to nie powinno dziwić, tym bardziej, że niedługo potem umiera jej mąż. Pewnego dnia daje się jednak namówić córce i pozwala, by syn poszedł na zabawę dla młodzieży, która kończy się pożarem. Wkrótce potem staje się jasne, że pożar był wynikiem podpalenia, a Andy staje się głównym podejrzanym.
 
Akcja ksiązki toczy się na dwóch poziomach czasowych. Z jednej strony poznajemy obecne życie Andy'ego, Maggie, Laurel i jej szwagra, Marcusa. Obserwujemy to jak Maggie tęskni za ojcem, a jednocześnie stara się pomagać matce w opiece nad bratem, którego bardzo kocha. Wiemy, że coś w przeszłości musiało się wydarzyć między Marcusem i Laurel, bo atmosfera między nimi jest napięta. Wreszcie sami zadajemy sobie pytanie, czy Andy, chłopak z sercem na dłoni, którego jednak niektórzy równieśnicy nie akceptują, mógł posunąć się do tego by wywołać taką tragiedię.
 
Z drugiej strony poznajemy wczśniejsze losy Laurel, to jak poznała swojego męża, człowieka wyjątkowego, obdarzonego darem współodczuwania, dla ktorego zrozumienie innych jest wartością podstawową.
 
Książkę czyta się bardzo szybko, lekko i trudna tematyka nie jest tu żadną przeszkodą. W moim odczuciu jest ona jednak trochę niedopracowana. Weźmy na przykład to w jaki sposób autorka konstruuje postać męża Lourel. Jego główną cechą jest empatia w stosunku do innych ludzi, tymczasem rozwój akcji i jego działania temu przeczą. Nie bardzo rozumiem jak człowiek tak scharakteryzowany, mógł się w ten sposób zachować. Ale na tym poprzestanę, bo żeby właściwie wszystko wyjasnić, musiałabym opowiedzieć całą książkę.
 
Ta powieść na pewno nie jest zła, dla mnie była po prostu dobra, a spodziewałam się czegoś więcej. Są zwroty akcji, są zaskoczenia, ale w zakończeniu i całości nie znalazłam niczego nowego. W połowie zorientowałam się, jakie będzie rozwiązanie zagadki, bo podobny chwyt zastosowała w jednej ze swoich książek Picoult, ale myślę, że i bez tego można łatwo natrafić na właściwy trop.
 
 

środa, 5 grudnia 2012

"ALTANA" MARY NICHOLS

Wojna to bardzo dobre tło dla wszelkiego rodzaju powieści. Można wpleść w bieg fabuły więcej dramatyzmu, bo przecież wszystko wtedy było trudniejsze. Prawie każdy miał kogoś bliskiego na froncie, z niecierpliwością oczekiwano na listonosza, bo może akurat przyniesie długo oczekiwany list. Z biciem serca czytano doniesienia z frontów. Każdy chciał mieć swój wkład w zwycięstwo, choćby najmniejszy, a żołnierzy traktowano z szacunkiem.
 
Lady Helen Barstairs to arystokratka, wychowywana pod kloszem. Posłuszna rodzicom, wychodzi za mąż, za przyjaciela swojego brata. Mąż wkrótce wraca na front, a młoda kobieta powoli orientuje się, że poślubiła obcego człowieka. Ich listy są przyjazne, ale bardzo oficjalne. I pewnie małżeństwo skończyłoby się, jak wiele innych zawieranych pośpiesznie związków. Z racji swojego pochodzenie, pewnie by żyli obok siebie do końca życia. Ale wszystko potoczyło się inaczej.
Wśród młodych żołnierzy, których ojciec Helen zaprasza do swojej posiadłości, by w miłej atmosferze odpoczeli przed powrotem na wojnę, kobieta znajduje kogoś, kto zdaje się ją rozumieć bardzo dobrze.
Dwadzieścia lat później inna dziewczyna przygotowuje się do skromnego, z racji wojny, ślubu. Jest szczęśliwa, planuje przyszłość. Niestety, tragiczna wiadomość wszystko przekreśla.
 
"Altana" to historia pogmatwanych ludzkich losów w czasach wojny. Same działania wojenne są tylko dalekim tłem dla opisywanych wydarzeń. To nie kronika dat i bitew, to obraz życia zwykłych mieszkańców wielkich miast i małych miasteczek, którym przyszło zmierzyć się z trudnymi czasami.
Ta powieść to dwa zasadnicze wątki. Jeden z nich, typowo romansowy, to opowieść o tym jak schodzą i rozchodzą się drogi kilku osób i komplikacje jakie z tego wynikają.
Dużo w nim scen mających wzbudzić wzruszenie i na pewno wrażliwsze czytelniczki znajdą w nich wiele zadowolenia. Ja niestety chyba do nich nie należę, bo romans mimo, że momentami tragiczny mnie znudził. Niestety był przewidywalny do bólu.
 
Jednak drugi wątek mnie zaciekawił i pozwolił dotrwać do końca. Otóż widać, że Mary Nichols poświęciła dużo czasu, by wiernie przedstawić realia życia w Anglii, w czasie II wojny światowej. Naloty na Londyn, nocne spotkania w bunkrach, niepewność, co do tego, czy po wyjściu cały dorobek życia, bedzie jeszcze istniał. Trudności w zdobywaniu najpotrzebniejszych artykułów żywnościowych i nie tylko. Te problemy, bardzo wyraźnie, ale nie nachalnie są obecne na kartach powieści.
Z drugiej strony poznajemy też trudy życia mieszkańców małych miasteczek i wsi. Konieczność oddawania wojsku płodów rolnych, sprawiała, że i tam niczego nie było pod dostatkiem. Mimo to wieś była idealnym miejscem dla dzieci z dużych miast, zagrożonych bombardowaniem. I tak obserwujemy psoty i troski dwójki chłopców przesiedlonych na prowincję i ich tęsknotę za rodzicami.
W tej drugie warstwie, bardziej obyczajowej, książka podobała mi się dużo bardziej.
 
Ogólnie, ta powieść wydaje mi się dużo lepsza na drugim planie. Wydarzenia dotyczące głownych bohaterów przyjmowałam raczej obojętnie, ze względu na bardzo melodramatyczny i zwłaszcza w końcówce, niebezpiecznie zbliżający się w okolice telenoweli klimat. W pewnym momencie zastanawiałam się, czy to już naprawdę wszystkie tajemnice wyszły na jaw, czy może autorka czymś jeszcze zaskoczy nas na ostatniej stronie.
Natomiast drugi plan był moim zdaniem wypełniony bardzo barwnymi, a zarazem realistycznymi postaciami. Czy była to kochająca matka, przygarnijąca dwójkę niechcianych dzieci, czy cwaniczek próbujący wykombinować dla siebie jakieś korzyści, sprzedając różności na boku, czy wreszcie wojenne małżeństwo zawarte trochę z miłości, trochę z rozsądku, to wszstko miało w sobie urok, podszyty sporą dozą realizmu. Dzięki temu całość wydała mi się dużo bardziej prawdopodobna.
 
Polecam wszystkim romantyczkom, choć i wielbicielki powieści obyczajowej z pewnością znajdą w "Altanie" coś dla siebie.
 
 

poniedziałek, 3 grudnia 2012

PODSUMOWANIE LISTOPADA

Listopad za nami, przyszła więc pora na podsumowanie tego miesiąca. Czytelniczo wypadł bardzo dobrze, nawet roszkę lepiej niż październik, co mnie bardzo cieszy.
 
Przeczytane książki:
 
źródło zdjęcia
1. Illona Maria Hilliges "Gwiazdy nad Afryką" - recenzja
2. Olga Rudnicka "Natalii 5" - recenzja
3. Joseph Delaney "Cień przeznaczenia" - polecam wszystkim fanom cyklu o stracharzu.
4. Anita Amirrezwani "Krew kwiatów"
5. Lesley Lokko "Jedna bogata, druga biedna" - recenzja
6. Leila El Omari "Zapach drzewa sandałowego" - recenzja
7. Agatha Christie "Pani McGinty nie zyje" - recenzja
8. Agatha Christie "Tajemnica wirującego stolika"
9. Lesley Lokko "Gorzka czekolada" - recenzja
10. Mary Nichols "Altana"
11. Barbara Freethy "Lato w Zatoce Aniołów"
12. Eileen Goudge "Nieznajomy w raju"
13. Małgorzata Maciejewska "Zemsta"
14. Leila El Omari "Monsunowe dni"
15. Joanna Chmielewska "Klin" - recenzja
 
Postanowienie na grudzień: recenzować więcej przeczytanych książek i oczywiście powtórzyć ilościowy wynik z listopada.
 
Co do powieści, które najbardziej mi się podobały, zdecydowanie muszę wyróżnić książki Leily El Omari. Zarówno "Zapach drzewa sandałowego", jak i "Monsunowe dni" idealnie trafiły w móje oczekiwania i nastawienie. Poza tym Agatha Christie.
 
Najgorszą książką było "Lato w Zatoce Aniołów" Barbary Freethy. Romans bez żadnej dodatkowej treści.
 
W grudniu zamierzam jeszcze opisać swoje wrażenia z "Altany" Mary Nichols, a potem już pójdzie na bierząco. :)
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...