wtorek, 30 października 2012

"ZIMOWY MONARCHA" BERNARD CORNWELL

Legenda arturiańska jest pełna magii i niezwykłych wydarzeń. Temat nośny zarówno książkowo, jak i filmowo. Wystarczy wspomnieć "Excalibur", "Rycerza Okrągłego Stołu", "Króla Artura", "Merlina", czy ostatnio serial "Camelot".
Atmosfera nierealności to coś, co zawsze mnie pociągało w legendach o Arturze, Lancelocie i Ginewrze. Swego czasu z wypiekami na twarzy przeczytałam "Mgły Avalonu" Marion Zimmer Bradley i cykl "Pendragon" Stephena Lawheada.
 
"Zimowy monarcha" przyciągnął mnie właśnie tym, że podobnie jak wcześniej wspomniane ksiązki "pisze" historię arturiańską na nowo. Szkielet całego nurtu jest ogólnie znany, od cudownych narodzin Artura, przez zdobycie władzy, panowanie, małżeństwo z Ginewrą i jej późniejszy romans z Lancelotem, po śmierć króla. Szkopuł w tym by ten zarys fabuły przedstawić w inny, może bardziej interesujący sposób.
Cornwell opowiada legendę z punku widzenia Derfela - sieroty przygarniętej przez Merlina, który później staje się jednym z zołnierzy Artura. Po latach spisuje swoje wspomnienia.
 
Wersja Cornwella jest z intrygująca, bo odarta z magii. Owszem pojawia się Merlin, jest i wyznająca wiarę w dawne bóstwa Morgana, ale ich działania to tylko kuglarskie sztuczki, bo jak przyznają sami bohaterowie krążą tylko pogłoski o ich wspaniałych czynach. "Zimowy monarcha" nie przedstawia świata pełnego piękna i nadziei. To wszechobecny brud i obawa o przyszłość Brytanii, ktora pogrąża się w wewnętrznych wojnach, a dawny porządek zastepuje coraz bardziej inwazyjne chrześcijaństwo.
 
Cornwell postawił na realizm, czyniąc ze swoich bohaterów zwykłych ludzi, którzy bardzo często się mylą, a szlachetność ich decyzji stoi pod znakiem zapytania. Po pierwszym tomie, rozpisanej na trzy częsci opowieści, trudno znaleźć tam czysto pozytywny charakter. Autor z pewnością wykorzystuje znaną linię fabularną, ale generalnie karze czytelnikowi weryfikować swoje wyobrażenia. To dobrze, bo lektura zaskakuje.
 
Powieść jest napisana bardzo dobrym stylem, czerpie inspirację, ale nie odtwarza bezmyślnie schematów. A mimo to przeleżała u mnie na pólce dobrych kilkanaście  miesięcy i przeleżały by jeszcze kilka, gdyby nie wyzwanie.
Z tego co tej pory napisałam, nie wynika, czy "Zimowy monarcha" mi się podobał. Odpowiedź na to pytanie dla mnie jest prosta.
Obiektywnie rzecz oceniając, to bardzo dobra książka. Wciągająca, trzymająca w napięciu. Ale nie dla mnie. Chyba za bardzo jestem przywiązana do pełnej magii wersji legendy arturiańskiej, by tak po prostu porzucić swoje wyobrażenia.
Czekałam kiedy mnie zaczaruje Cornwell, a to niestety nie nastapiło, dlatego bez żalu porzucam ten cukl i nie przeczytam następnych tomów. Ale rozumiem wszystkich, którym się podobało.

BOND. JAMES BOND, CZYLI TROCHĘ O "SKYFALL"

Nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem fanką serii o Bondzie, chociaż mam do tej postaci pewien sentyment. Dzieckiem bedąc obejrzałam sobie film, z którego po latach pamiętałam tylko bohatera i szalony zjazd po śniegu na wiolonczeli.
Jakieś jeszcze "Bondy" trafiały się potem, ale w swoim uwielbieniu dla tego jednego filmu, jakoś nie mogłam pojąć, że jedną postać gra kilku aktorów.
Wszystkie "odcinki" obejrzałam w cyklu TVP, która wyświetlała, co miesiąc bodajże kolejny seans. Wtedy też ustaliła się dla mnie kolejność co do odtwórców głównej roli. Otóż bardzo lubię Seana Connery, nie cierpię Rogera Moora, o Gerorgu Lazenby nawet nie wspomnę, Timothy Dalton był dla mnie owym Bondem pędzącym na wiolonczeli, z góry było więc wiadomo, że go polubię.
Pierce Brosnan był Jamesem idelanym, ale moim zdaniem tylko z wyglądu. Poza "GoldenEye" filmy z jego udziałem, są kiepskie.
 
Teraz mamy epokę Daniela Craiga, który ma tyle samo zwolenników, co przeciwników. Od razu zaznaczę, że ominęła mnie cała afera  ze sprzeciwem wobec Bonda, który jest blondynem. Na rezultat w postaci całości czekałam bardzo cierpliwie, a z kina wyszłam zachwycona. "Casino Royale" stanowczo trafiło w mój gust. "Quantum of solace" spisało się już gorzej, ale to nie sprawiło, że przekreśliłam nowe wcielenie bohatera.
 
Jak zapewne domyślacie się, po tym bardzo obszernym wstępie, nie zwlekałam z pójściem na "Skyfall".
Zaczyna się bardzo dynamicznie, jak to w "Bondzie" od razu zostajemy rzuceni na głęboką wodę. Jednak akcja nie idzie, tak jak zaplanowano i kończy się uznaniem agenta 007 za zmarłego. Bond nie wyprowadza swoich przełożonych z błędu i przez jakiś czas cieszy się wolnością, tyle że ta niezależoność absolutnie go nie bawi.
Atak na londyńską siedzibę MI6, wydaje się zbawieniem.
Bond dostaje za zadanie, odnaleźć zleceniodawcę zamachu.

Nie będę się tu rozwodzić nad interpretacjami, karzącymi patrzeć na "Skyfall" jak na dramat psychologiczny. Nie dlatego, że uważam takie rozważania za chybione. Wręcz przeciwnie. Mój problem jest jednak taki, że nawet jeśli zgadzam się z zastrzeżeniami przeciwników filmu, to nie mają one dla mnie znaczenia. Fakt, dziewczyny Bonda, a właściwie istnieje tylko jedna, którą można określić tym mianem, nie mają wielkiej roli do odegrania, ale po Evie Green, zaistnienie kolejnej porównywalnej, kobiecej osobowości, może być moim zdaniem bardzo trudne.
Nie jest też moim zdaniem wadą przeniesienie ciężaru akcji do Londynu. Owszem, odwiedzamy egzotyczne zakatki, ale jesteśmy tam tylko mimochodem, bo zagrożenie tym razem dotyczy otoczeniu Bonda - MI6.
Podobała mi się lekkość filmu skontrastowana z mrokiem dwuznaczności i wątpliwych wyborów moralnych instytucji szpiegowskich. Nowy Q, który potrafi "zatrzymać" świat w piżamie, przy porannej kawie, a jednocześnie od razu łapie kontakt z Bondem. Między Q i Bondem jest więcej chemii, niż między 007 a jego dziewczynami.

Wielu osobom najnowszy Bond kojarzy się z Batmanem. Nie miałam takich skojarzeń podczas seansu, ale też ich nie odrzucam. Chociaż dla mnie powrót Bonda, obok oczywistej manifestacji wierności, ma też znamiona powrotu nałogowca, który bez adrenaliny nie może żyć.

A na koniec, napiszę tylko, że piosenkę Adele przyjęłam raczej obojętnie, kiedy ją pierwszy raz usłyszałam, ale w czołówce filmu brzmi genialnie.


TytułSkyfall
  
Data premiery26 października 2012
ReżyseriaSam Mendes
ScenariuszNeal Purvis, Robert Wade, John Logan
ObsadaDaniel Craig, Javier Bardem, Judi Dench, Naomie Harris, Berenice Marlohe, Ralph Fiennes, Albert Finney, Ben Whishaw
Rok produkcji2012
Kraj produkcjiUSA, Wielka Brytania
 

Zdjęcie: http://www.esensja.pl/film/recenzje/tekst.html?id=15207

sobota, 27 października 2012

PADA ŚNIEG A W DOMU STOSY...

Jeszcze nie tak dawno spędzałam czas wolny na zbieraniu grzybów. Trochę ich trafiło do domu, gdzie zostały poddane procesowi suszenia. Teraz czekają sobie spokojnie na grudzień i przygotowania do Bożego Narodzenia.
 
Wydawało mi się, że do tych przygotowan jest jeszcze masę czasu. I faktycznie, przecież dwa miesiące to nie mgnienie oka. Dzisiejsza pogoda jednak przekonuje, że czas świąteczny coraz bliżej. Za oknem u mnie takie krajobrazy:



 Zaczynam się cieszyć, że mam wolny weekend i dużo książek do wyboru, a i parę filmów do obejrzenia się znajdzie.


  Dzisiejszy stosik biblioteczny:                                                
1. Olga Rudnicka "Natalii 5"
2. Katarzyna Leżeńska "Kamień w sercu"
3. Leif GW Persson "Umierający detektyw"
4. Joseph Delaney "Cień przeznaczenia"
5. Arnaldur Indridason "Głos"
6. Elizabeth von Arnim "Elizabeth i jej ogród"
7. Anita Amirezwani "Krew kwiatów"
8. Agatha Christie "Pani McGinty nie żyje"
9. Agatha Christie "Tajemnica Sittaford"
10. Agnieszka Błotnicka "Koniec wiosny w Lanckornie"
       
A tutaj wyniki wymiany na fincie i zakupów filmowych:
                                  


1. Lesley Lokko "Jedna bogata, druga biedna"
2. Ilona Maria Hilliges "Gwiazdy nad Afryką"
3. Audrey Niffeniger "Lustrzane odbicie"
4. Lesley Lokko "Gorzka czekolada" - audiobook
5. David Nicholls "Jeden dzień" - audiobook
6. Alan Bennet "Czytelniczka znakomita" - audiobook
 
 
1. "Avengers'
2. "Captain America"
3. "Igrzyska smierci"
4. "Sherlock. Studium w różu"
5. "Dirthy Dancing"
6. "Pretty Woman"
7. "Harry Potter i Czara Ognia"
8. "Harry Potter i Zakon Feniksa"
9. "Potop"
10. "Pokuta"
 

 

czwartek, 25 października 2012

"POD MARMUROWYM NIEBEM" JOHN SHORS

Miałam ochotę na powiew egzotyki, na coś spoza naszego kontynentu. Wybór padł na powieść "Pod marmurowym niebem". Przyznacie, że brzmi malowniczo.

Akcja książki toczy się za panowania w Indiach cesarza Szahdżahana. To na cześć jego zmarłej przy porodzie żony, został zbudowany Tadż Mahal. My poznajemy rodzinę cesarza na jakiś czas przed smiercią Mumtaz Mahal. Narratorką tej historii jest królewska córka, księżniczka Dżahanara. To jej słowa wtajemniczają nas w stosunki panujące w otoczeniu Szahdżahana. W rywalizację panującą między jego dwoma synami, z których jeden ponad wszystko pragnie zostać następnym władcom, choć ojciec wybrał drugiego.
Po śmierci matki, Dżahanara ma nadzorować budowę mauzoleum Tadż Mahal. Tam poznaje miłość swojego życia, głównego architekta - Isę.
 
"Pod marmurowym niebem" zawiera w sobie wszystkie składniki, które powinny składać się na pasjonującą lekturę. Mamy więc zakazaną miłość, dworskie intrygi, zazdrość, wreszcie wojnę o władzę. Całość napisana jest pięknym językiem. Dodatkowo powieść przybliża nam dzieje kraju, o którego historii niewiele wiemy. A przynajmniej ja nie wiem prawie nic.
Jednak przeczytałam ją bez większych emocji. Przeszkadzała mi jednowymiarowość niektórych postaci. Szahdżahan jest honorowy i szlachetny do granic możliwości, jego syn, Auragzeb jest zaś jego całkowitym przeciwieństwem. Dżahanara może i ma swoje wady, ale z drugiej strony zawsze robi, to co właściwe.
Miłość, która łączy ją z Isą była dla mnie zbyt idealna, a koleje ich związku bardzo przwidywalne. Ilość dramatów jakie ich spotykają, jest po prostu przytłaczająca.
 
Nie twierdzę, że książka jest zła, albo że nie może się podobać. Do mnie jednak nie trafiła. Doczytałam do końca, ale ani razu nie poczułam się naprawdę zaangażowana w losy bohaterów. Doceniam historyczną warstwę, a także opisy powstawania jednego z najbardziej znanych zabytków, ale to wszystko. 
 

poniedziałek, 22 października 2012

"PIĘĆ MAŁYCH ŚWINEK" AGATHA CHRISTIE


Od dawna chciałam przeczytać coś autorstwa Agathy Christie. Zawsze jednak odkładałam ten zamiar na później. Ostatnio jednak na Fincie zauważyłam powieść chwaloną przez blogerów "Pięć małych swinek" i postanowiłam spożytkować na nią swoje ostatnie punkty.
 
Nazwisko Agathy Christie, nawet całkowitemu czytelniczemu laikowi kojarzy się z kryminałem i postaciami Herculesa Poirota i panny Marple. Jej książki wielokrotnie filmowano, wystawiano na deskach teatrów, czy przerabiano na słuchowiska. Przed przeczytaniem "Pięciu małych świnek", obejrzałam kilka adaptacji filmowych powieści Christie i to z nich poznałam postać słynnego detektywa, byłam jednak ciekawa jak ten bohater, prezentuje się w książkach.
 
Hercules Poirot podejmuje się zadania niezwykłego. Na zlecenie młodej kobiety, panny Lemarchant, ma zbadać ponownie sprawę morderstwa, które miało miejsce 16 lat wczesniej. Ofiarą był ojciec Klary - Amys Crale,  mordercą zaś jej matka. Caroline została osądzona i skazana na dożywocie. Przed smiercią napisała list do córki, w którym twierdzi, że jest niewinna. Nie wyjawia jednak, kto zabiła Amysa. Ponieważ żyją jeszcze wszyscy uczestnicy dawnych wydarzeń, Poirot rozmawia z nimi wszystkimi. Jest to o tyle łatwe, że zabójstwo miało miejsce w domu przyjaciela Crale'ów - Mereditha Blake'a i dotyczyło zamkniętej liczby osób. To klasyczny motyw powieści Christie.
 
Książka podzielona jest na dwie części. W pierwszej nasz detektyw odwiedza świadków zdarzenia i prosi ich o relacje. W drugiej czytamy wersje pisemne ich wspomnień, sporządzone na prośbę Herculesa. Christie umiejetnie myli tropy. Po latach każdy z uczestników inaczej interpretują niektóre z zachowań ofiary i jego żony. Wszyscy zgadzają się co, do tego, że miała motyw. Amys był kobieciarzem, zdradzał ją wielokrotnie, a jego ostatnia "zdobycz", była wyjątkowo zaborcza. Na dodatek przebywała wtedy w  rezydencji Mereditha i ciągle prowokowała Carolinę. I wspomnienia nie są dokładne, czas zatarł jednak wszelkie inne dowody i Poirot musi polegać tylko na swojej inteligencji.
Kilka razy w trakcie czytania, zmieniałam zdanie na temat tożsamości mordercy, a na końcu i tak okazało się, że się pomyliłam.
 
Co mnie zaintrygowało, w tej powieści Christie, to prawie całkowity brak warstwy obyczajowej. Tu nie ma miejsca na ucieczkę od głównego tematu. Centralne miejsce zajmuje zagadka i tylko ona tak naprawdę się liczy. Nie zostajemy zaznajomieni z życiem prywatnym Herculesa, nie ma też w powieści szerszej perspektywy np. historycznej. Koncentrujemy się na morderstwie i ujawnianych stopniowo zależnościach między poszczególnymi bohaterami dramatycznych wydarzeń. Chcąc, nie chcąc dokładnie je analizujemy i porównujemy, by znaleźć różnice.
Przyznam, że była to dla mnie pewna nowość, bo kryminały, które do tej pory czytałam, ceniłam też za trafne, odwzorowanie tła społecznego i obyczajowego.
 
Kryminały, to gatunek, który bardzo lubię i bardzo się cieszę, że ten autorstwa Agathy Christie, przypadł mi do gustu. Już się cieszę na lekturę nastepnych ksiażek z Herculesem, a potem pewnie przyjdzie kolej na pannę Marple.
 
 
Portret Agathy Christie:
 
Zdjęcia z adaptacji filmowej:
 
Okładka:
 
 
 
 
 
 
 
 
 

piątek, 19 października 2012

"DZIEDZICTWO" KATHERINE WEBB

I znowu czytadło, powiązanie przeszłości z teraźniejszością, tajemnice. Powoli mam dosyć tego typu powieści i chyba w najbliższym czasie spróbuję od nich odpocząć, ale czytałam tyle pochlebnych recenzji "Dziedzictwa", że naprawdę nie mogłam się oprzeć pokusie.
 
Beth i Erica wracają po latach do domu swojej babki, który odziedziczyły. Wielka i ponura rezydenzja była miejscem, gdzie w dzieciństwie spędzały długie wakacje. Teraz jednak wiążą się z nią przykre wspomnienia. Pewnego lata, podczas pobytu u babki zaginął kuzyn dziewczynek, Henry. Jego los pozostał niewyjaśniony. Erica jest pewna, że to wydarzenie jest źródłem powracającej depresji jej siostry.
Podczas segregowania rzeczy, Erica natrafia na listy i zdjęcia, które wskazują, że jej prababka wiodła kiedyś inne życie, poza Anglią w dalekiej Ameryce, o czym nikt nie miał pojęcia. W okolicy pojawia się też przyjaciel z dzieciństwa - Dinny. Między tą trójką tworzy się sieć niedomówień, mających swój początek w dzień zaginięcia chłopca. Erica jest przekonana, że prawda o Henry'm tkwi w ich wspomieniach, ale ona niestety nie pamięta wiele. Z rosnącą desperacją próbuje odkryć prawdę.
 
"Dziedzictwo" to opowieść o trzech pokoleniach kobiet i o tym, jak przeszłość wpływa na teraźniejszość. To książka o tym jak raz podjęte decyzje kształtują losy nastepnych pokoleń.
W tej powieści wyczuwa się smutek i melncholię. Jest nimi przesiąknięta historia Caroline, młodej i niedoświadczonej kobiety, wychowanej w dostatku, ale bez miłości, która w imię tego uczucia wyrzeka się wszystkich dostatków i podąża za mężem na Zachód Ameryki. Tam poznaje życie na farmie bydła, niebezpieczne piękno prerii, które tak pociąga Corian, a którego Caroline nie może zrozumieć. Od początku wyczuwalny jest w tej części tragizm, któremu nie można zapobiec, ale jednocześnie jest to piekna opowieść miłosna, której niestety na drodze staje bezsilność i rosnące poczucie niedopasowania. Poruszyła mnie ta opowieść.
 
Na szczęście równie zajmująca jest też część dziejąca się w teraźniejszości. Z rosnącym zainteresowaniem poznawałam urywki wspomnień z dzieciństwa Erici i jej zmagania, by odkryć, co stało się z Henry'm. Jest tu przyjaźń, pierwsze uczucie, namiętność w dorosłym życiu, siostrzana miłość i rywaliazja, a także trudne wybory podjęte pod wpływem tych uczuć.
 
Obie te historie łączy fakt, że nawet będąc otoczonym przez przyjaznych ludzi można czuć się przeraźliwie samotnym. Katherine Webb nasyciła swoją debiutancką powieść niesamowitą dawką emocji. Bohaterowie miotają się między strachem i nadzieją, miłością i nienawiścią. Dominuje tu jednak poczucie straty, ktore obejmuje wszystkie aspekty życia. Caroline przenosząc się na prerię, traci drogowskazy, płynące z jej dotychczasowego wychowania, to one dodatkowo wpływają na jej postępującą izolację. Beth i Erica są zaś bardzo samotne mimo łączących je przeżyć. Podczas, gdy Erica chce wrócić do przeszłości, szukając w niej źródła odkupienia i nadzieji, Beth ucieka w apatię i depresję.
 
Rozwiązanie całej zagadki przemknęło mi przez myśl w pewnym momencie, ale mimo to czytałam daej, bo siła tej powieści tkwi w uczuciach w niej zawartych.
 
 

środa, 17 października 2012

"WZGÓRZE DZIKICH KWIATÓW" KIMBERLEY FREEMAN

Jesień za oknem stała się faktem. Kiedy siedzę wieczorem w moim pokoju coraz częściej słyszę padający deszcz, czy wiejący wiatr. Coraz wcześniej robi się ciemno, a kiedy budzę się rano o siódmej, to mam ochotę raczej obrócić się na drugi bok, niż raźno wstawać. Na takie dni przydają się naprawdę wciągające książki, a już idealne są czytadła. Kiedy więc niedawno przeglądałam nowości, w poszukiwaniu inspiracji, mój wzrok przyciągnęły powieści o takim charakterze, a ich dodatkowym atutem były wyjątkowo "letnie" okładki, przywołujące w pamięci niedawną porę.
 
"Wzgórze Dzikich Kwiatów" to kolejna realizacja, bardzo modnego ostatnimi czasy schematu, połączenia dwóch płaszczyzn czasowych. Mamy więc przeszłość i teraźniejszość, dwie bohaterki, które łączą więzy krwi i skrywane tajemnice.
Beattie Baxland to na poczatku powieści młoda i naiwna dziewczyna, która na dodatek zaufała niewłaściwemu mężczyźnie i zaszła z nim w ciążę. Razem z nim wyjeżdża do Australii, gdzie z biegiem czasu coraz bardziej dociera do niej, że aby zapewnić swojej córeczce dostatnie życie, może liczyć tylko na siebie. A w świecie ogarniętym Wielkim Kryzysem naprawdę nie jest to łatwe.
Po wielu latach, w 2009 roku, jej wnuczka jest primaballeriną w Londynie. Taniec stanowi dla Emmy całe życie. Niestety jej karierę kończy wypadek. Załamana i samotna kobieta wraca do rodziców, do Australii i tam dowiaduje się, że odziedziczyła po babce dom na Tasmanii. Postanawia tam pojechać, by uporządkować pamiątki i zastanowić się nad dalszymi planami.
 
Te dwie linie fabularne powinny być jednakowo pociągające, ale w moim odczuciu Autorce udała się tylko część opowieści. Zdecydowane bardziej ciekawiły mnie losy Beattie. Oczywiście była bardzo łatwowierna i  nawiązała romans z żonatym mężczyzną, ale potem nie można odmówić jej odwagi i charakteru. W odpowiednim momencie podejmuje duże ryzyko, by zapewnić sobie i córce godne życie. Ta część powieści to wzruszająca i przejmująca historia kobiety, która podejmuje walkę z otaczającym ją światem.
To również bardzo sugestywny obraz społeczeństwa w czasach przed II wojną światową. Nie da się ukryć, że kobiety miały wtedy bardzo ciężkie życie. Ich moralność była ocaniana w innych kategoriach niż moralność mężczyzn, a jeśli była samotna sprawa przedstawiała się jeszcze gorzej. Kimberley Freeman obdarzyła Beattie siłą, by walczyć z przeciwnościami. Można ją polubić, kibicować jej, trzymać kciuki, by znalazła miłość, a przede wszystkim można zrozumieć jej wybory. Minusem jest jednak zbyt mała ilość szczegółów dotyczących życia w Australii. Otrzymujemy tylko powierzchowny obraz, który stanowi mało zajmujące tło, a mogło być bardzo pasjonująco.
 
Tego wszystkiego niestety zabrało w moim odczuciu w drugiej bohaterce książki. Niestety ta część powieści była od początku, do końca bardzo przewidywalna. I choć nie spodziewałam się wielkich niespodzianek, kiedy sięgałam po "Wzgórze Dzikich Kwiatów", to jednak była za bardzo schematycznie. Nie zabrakło obowiązkowego wątku miłosnego, który mnie absolutnie nie przejął, czy objawienia co do dalszej drogi życia. Nawet zwrot akcji w tym wątku nie był zaskakujący i tylko czekałam kiedy Emma wróci na poprzedni tor.
 
Minęło już kilka dni od lektury i tak szczerze, to nadal do końca nie wiem, jakie mam wrażenia. Powieść czyta się błyskawicznie, mnie zajęło to tylko kilka godzin, ale nie jest to książka, którą się zamyka i wie się, że kiedys się do niej z przyjemnością wróci. Zabrakło mi jakiejś gry ze schematem, próby wyjścia poza ramy.
Jeśli macie ochotę na zajmujące i wciągające czytadło, z którego jednak niewiele zostanie, to ta powieść nadaje się świetnie. Na pewno zajmie czas w długie wieczory. Tylko tyle, albo aż tyle.
 
 

wtorek, 16 października 2012

"SŁODKI ŚWIAT JULII" SARAH ADDISON ALLEN

Wiecie już, że bardzo lubię powieści Sarah Addison Allen. Podoba mi się, panujący w nich lekko magiczny klimat i ciepło z nich płynące. Dlatego też z niecierpliwością wyglądałam "Słodkiego świata Julii", który jakiś czas temu pojawił się w zapowiedziach.
 
Autorka znowu zabiera nas do Karoliny Północnej, do małego miasteczka, które wydaje się jakby odcięte od reszty świata, pogrążone we własnym życiu, zajęte swoimi sprawami. Do Mullaby przybywa, po śmierci swojej matki, Emily. Nastolatka wprowadza się do swojego dziadka i zaprzyjaźnia się z sąsiadującą z nim Julią, właścicielką baru barbecue i cukierniczką z zamiłowania. Nowe miejsce intryguje Emily. Nocami po polach obserwować można dziwne, przemieszczające się swiatło, a niektórzy z mieszkańców darzą ją niechęcią, której nie potrafi zrozumieć. Wkrótce okazuje się, że ma to związek z jej matką. Emily postanawia odkryć przeszłość, o której nie miała pojęcia.
 
W drugim wątku śledzimy losy Julii, kiedyś zbuntowanego dziecka, teraz dorosłej kobiety zmuszonej do pobytu w Mullaby i odliczającej dni do wyjazdu.
Pewnego dnia, w chwili słabości, Julia wyznaje współlokatorce, że piecze ciasta ze względu na Sawyera. Dlaczego więc tak bardzo go unika?
 
"Słodki świat Julii" to w oryginale "The girl who chased the moon" i moim zdaniem ten drugi tytuł bardziej pasuje do powieści. Bo świat, w którym żyje Julia wcale nie jest sielankowy. Sarah Addison Allen jak zwykle zabiera nas do magicznego zakątka, ale ludzie, którzy w nim żyją przeżywają prawdziwe problemy i dramaty. I choć są one opisane w pełnym uczucia języku, to jednak nie odbiera im to nic na znaczeniu. Oczywiście, wszyscy wiemy, że wszystko skończy się tak jak powinno, autorka słynie z optymistycznego klimatu swoich powieści, ale zza tego wyłania się kilka ważnych myśli.
Allen pisze o sile przyjaźni, potrzebie wybaczenia, zapomnienia, miłości a przede wszystkim o tym, że zawsze trzeba mieć nadzieję.
 
Polubiłam tą powieść i polecam wszystkim, lubiącym takie klimaty, ale muszę zaznaczyć, że wcześniejszy "Magiczny ogród" i "Królową słodyczy" czytało mi się jednak lepiej. Może wszystkie te książki trafiły do mnie w za krótkim odstępie czasu i nie miałam okazji stęsknić się za ich atmosferą, a może mam lekki przesyt schematem, jakim posługuje się autorka. Bo jednak po lekturze jej wcześniejszych powieści, da się zauważyć wyraźny schemat, według którego budowana jest fabuła i tym razem mi to przeszkadzało. Wyjątkowo mało obeszły mnie też obie opisane historie miłosne, a to do tej pory był mocny punkt pisarki.
Ale źle absolutnie nie jest, bo nadal mam ochotę sięgnąć po następne opowieści, które wyjdą spod pióra Sarah Addison Allen, tak więc polecam z czystym sumieniem.
 
 
 

piątek, 12 października 2012

STOSIK PROMOCYJNY



I jak tu nie kochać promocji? Prawie wszystko z 20% rabatem z Empiku:
 
1. Sarah Addison Allen "Słodki świat Julii". Przeczytane, recenzja wkrótce.
2. Kimberley Freeman "Wzgórze Dzikich Kwiatów"
3. Joshua M. Greene "Sprawiedliwość w Dachau"
4. Agatha Christie "Pięć małych świnek". Moje pierwsze spotkanie z Herculesem.
5. Katherine Webb "Dziedzictwo"
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 


środa, 10 października 2012

"BYŁ DOM... WSPOMNIENIA" ANNA SZATKOWSKA

Często mam wyrzuty czytelniczego sumienia, że za mało czasu poświęcam biografiom i szeroko rozumianej literzturze faktu. Absolutnie nie znaczy to, że nie lubię tego typu książek. Przeciwnie, bardzo lubię. Ale moment kiedy zasiadam do czytania z kubkiem herbaty, czy tak jak ostatnio kawy z dużą ilością mleka, kojarzy mi się z odpoczynkiem i momentem relaksu. A do tego jednak bardziej pasuje fikcja.
Ostatnio jednak przeczytałam "Był dom... Wspomnienia" Anny Szatkowskiej i to utwierdziło mnie tylko, że moje sumienie ma słuszność. :)
 
Anna Sztkowska to córka Zofii Kossak i Zygmunta Szatkowskiego. Ona to znana pisarka, on jest zawodowym wojskowym. Poza Anną i jej bratem jest jeszcze dwóch synów Zofii z poprzedniego małżeństwa ze Stefanem Szczuckiem. Wszyscy razem mieszkają w domu dziadków ze strony matki. Dworek w Górkach Wielkich żyje smiechem i zabawami, a później i nauką dzieci, które czują się tam szczęśliwe i bezpieczne wśród rodzinnych tradycji i rytuałów.
Jednak czas dzieciństwa nieuchronnie kończy się wraz z nadejściem II wojny światowej. Zaczyna się tułaczka i ciągły strach o życie swoje i najbliższych.

"Był dom... Wspomnienia" to obraz świata, jaki Szatkowska pamięta z dzieciństwa, a który niestety przeminął zniszczony przez wojnę. Jednak najwięcej miejsca pisarka poświęca Powstaniu Warszawskiemu, którego była uczestniczką. W jej relacji to nieuchronny zryw, niemożliwy do uniknięcia manifest wobec okupanta i świata, że Polska ma pozostać wolna.
Opisy walczących ludzi są przejmujące. Oceny samego Powstania mogą być różne, ale nie można odmówić tym ludziom bohaterstwa i godności. W opisach Anny Szatkowskiej widać zaangażowanie i chęć przekazania czytelnikowi prawdziwego obrazu walczącej Warszawy: trudu i znoju, ciągłego braku pożywienia i broni, wreszcie postępującego poczucia beznadziejności tej walki i niechęci ze strony części ludności cywilnej.
Oczywiście w obrazie, jaki przedstawia autorka, wyczuwalna jest nuta idealizacji, ale jest to zrozumiałe u osoby, która w pełni zaangażowała się w tą walkę.

Dodatkowym atutem jest bogata dokumentacja fotograficzna książki, a także przystępność stylu w jakim została napisana.
Polecam.
 
 

poniedziałek, 8 października 2012

"STUDNIA ŻYCZEŃ" KATARZYNA LEŻEŃSKA

Chyba przełamałam czytelniczy impas, a przynajmniej trafiłam na książkę, której nie obejmował. Jedną z korzyści, jakie zauważyłam, po kilku miesiącach prowadzenia bloga, jest częstsze sięganie po polskich pisarzy. Czytając wpisy na Waszych blogach, napotykam się na  różne recenzje, czasem dobre, czasem złe, ale to one skłaniają mnie do bliższego zapoznania się z twórczością naszych rodzimych autorów. I właśnie niedawno trafiłam w bibliotece na książkę Katarzyny Leżeńskiej "Studnia życzeń".

Hanka jest wdową, matką nastoletniego syna. Wiedzie życie spokojne i bardzo ustabilizowane. Odrobinę szaleństwa wprowadza w nie obecność zwariowanej i gotowej na wszystko Dominiki, jej przyjaciółki. Po śmierci babki, kobieta zostaje wysłana przez swoich rodziców, by obejrzeć pozostawiony przez nią dom. Na miejscu poznaje dawną sąsiadkę babki i odkrywa kilka rodzinnych tajemnic, o których nie miała pojęcia.

"Studnia życzeń" zaczyna się jak typowy romans. Jest samotna kobieta, która już właściwie nie oczekuje od życia, a po pewnym czasie pojawia się i zainteresowany nią, całkiem porządny mężczyzna. Do sympatycznej lektury na jeden wieczór można by było dodać kilka komplikacji i gotowe. Katarzyna Leżeńska wypełniła to założenie, ale pozostaje ono w tle właściwej opowieści.

Autorka przenosi nas w inny czas i inną przestrzeń. Kilka lat przed II wojną światową, mała wioska, w której najbardziej liczy się opinia proboszcza i sąsiadów. Ale może w takim otoczeniu paradoksalnie najłatwiej o dramatyczne wydarzenia, trudne decyzje, zadawnione urazy i zatargi, które wpływają na życie trzech pokoleń kobiet. "Studnia życzeń" to szalenie wciągająca i napisana lekkim językiem powieść o ciężkich doświadczeniach, przed jakimi stawał człowiek w czasach przemian. To również książka po prostu o życiu, w którym trzeba pogodzić się ze stratą bliskiej osoby i iść dalej. Z opowieści sąsiadki Hanka składa losy swojej rodziny, odkrywa dlaczego siostra jej babki od dawna nie utrzymywała z nią kontaktów.
Katarzyna Leżeńska opisuje świat, gdzie obok siebie mniej, lub bardziej zgodnie żyli katolicy i prawosławni, opisuje koszmar wojny i okupacji, kiedy człowiek znany od dziecka stawał się nagle całkiem obcym, a co gorsza wrogim osobnikiem. Kiedy takie wątpliwości dotyczyły nawet i rodziny.

Podobała mi się ta powieść. Na kilka godzin bardzo skutecznie mnie zaangażowała. Polubiłam głównych bohaterów, tych z teraźniejszości i tych z przeszłości. Razem z nimi chciałam się śmiać i płakać. Leżeńska pisze dodatkowo w bardzo przystępny i, w dobrym tego słowa znaczeniu, w zwyczajny sposób. Nieraz uśmiałam się nad wypowiadanymi w myślach komentarzami Hanki, które nie są infantylne, wydumane, a właśnie takie wiarygodne. To powieść, która w moim odczuciu łączy w sobie ważną tematykę przeplataną lżejszymi momentami, dawającymi okazję na złapanie oddech, uporządkowanie myśli.

Jednym zdaniem, to kolejna polska pisarka, której twórczość chcę bliżej poznać, do czego i Was zachęcam.

piątek, 5 października 2012

"TAJEMNICE LOS ANGELES" CURTIS HANSON

A dzisiaj bedzie filmowo. Jakiś tydzień temu zepsuł mi się wieczorem internet. Patrzę w program telewizyjny, cudem znaleziony, bo przecież normalnie to wystarczy klikąć odpowiednią stronę zapisaną w Ulubionych. Oczywiście nic ciekawego nie znalazłam. Zawsze tak jest, że jak nie ma czasu, to multum filmów znajdę sobie do oglądania, jak mam ochotę na telewizję to nic nie ma. Ale nic to, nie poddajemy się. Przecież tyle kiedyś miałam sposobów na zapełnienie wieczoru. Powiecie teraz, że najłatwiejszym i często najlepszym sposobem jest książka. I ja Wam nawet przyznam rację, tylko co z tego, jeśli ja na czytanie nie miałam akurat ochoty, a w przeciwieństwie do telewizora, było co wybrać. Ech... nie dogodzisz człowiekowi marudnemu z natury.
 
Wreszcie wzok mój padł na bardzo ubogą, ale jednak istniejącą półkę z filmami. Jest ich naprawdę niewiele i generalnie wszystkie zostały obejrzane kilka razy, ale uparłam się, że coś znajdę i znalazłam "Tajemnice Los Angeles" w reżyserii Curtisa Hansona.
Swego czasu, a było to naście lat temu, jeszcze w liceum, miałam prawie fobię na pukcie tego filmu. Obejrzałam czystym przypadkiem, potem czatowałam na powtórkę, żeby sobie nagrać swoją własną kopię, wreszcie zakupiłam na DVD.
 
To od tego filmu zaczęła się moja trwająca nieprzerwanie od lat sympatia do Russella Crowe i Kevina Spacey, chociaż ten pierwszy chyba już na zawsze pozostanie na pierwszym miejscu. Biegam na każdy jego nowy film do kina, a w przyszłym roku "Nędznicy".  Już się doczekać nie mogę.
 
Jak się wielokrotnie przekonałam "Tajemnice Los Angeles" są filmem, do którego mogę wracać wielokrotnie i póki co jeszcze się na nim nie nudziłam.
Historia śledztwa prowadzonego w sprawie napadu na nocny bar w Los Angeles i zaangażowanych w nie trzech detektywów, to bardzo mroczny, ale jednocześnie ironiczny obraz miasta i ludzi, gdzie nic i nikt nie jest tym, czym się wydaje.
Film powstał na podstawie książki Jamesa Ellory'a o tym samym tytule i jeśli lubicie ponure, gangstersko - policyjne opowieści, to bardzo Wam ją polecam. Z całą pewnością jest jeszcze bardziej brutalna niż film. Przeniesienie tej powieści na język filmu musiało być ogromnym wyzwaniem.
 
Jak już wspomniałam, powieśc jest mroczna, jest brutalna, ale przede wszystkim jest bardzo wielowątkowa. Czytając ją wiele razy miałam wrażenie, że sie pogubię w wydarzeniach i postaciach. W filmie kilka spraw zostało pominiętych, kilka uproszczonych i wyszło to adaptacji na dobre.
 
Istotą filmu jest zderzenie różnych postaw życiowych trzech policjantów. Bud White to na pierwszy rzut oka pospolity i mało rozgarnięty osiłek. W napadzie na bar ginie jego były partner, zwolniony ze służby za sprawą zeznań Eda Exley'a, detetkywa, który za wszelką cenę chce dorównać zasłużonemu ojcu. Trochę z boku jest zaś Jack Vincenns, doradca przy serialu policyjnym. Wszyscy oni walczą z demonami przeszłości. Kiedy śledztwo zaczyna zataczać coraz szersze kręgi zmuszeni są połączyć swoje siły i to, co odkryli, żeby ujść cało z matni korupcji, intryg politycznych i brudnych interesów.
 
To, co przede wszystkim zwraca uwagę w filmie to zapętlona intryga kryminalna, w której naprawdę łatwo się pogubić. Zaczyna się od morderstwa, ale szybko akcja podąża scieżkami rasizmu, skomplikowanych układów prasowych, politycznych i gangsterskich, a początek okazuje się tylko wierzchołkiem całej góry tajemnic jakie łączą najważniejsze osoby w mieście. Na tym tle świetnie wypadają też postacie bohaterów. Krwiste charaktery i bardzo wyraziste role. Może najgorzej wypada tutaj zdobywczyni Oscara za rolę drugoplanową Kim Basinger, która moim zdaniem po prostu świetnie wyglądała, ale wyroki Akademii są czasem niezbadane. :)
Nagroda należała się za to każdemu z odtwórców głównych ról męskich, za oddanie ich złożonych charakterów i ukrywanych przed światem kompleksów i ran z przeszłości, które ujawniają się w miarę nawiązywania coraz bliższych relacji, od nienawiści, przez wymuszony sojusz, po coś na kształt męskiej przyjaźni.
 
Obejrzyjcie.  
 
Tytuł polski: Tajemnice Los Angeles
Tytuł oryginalny: L. A. Confidential
Na podstawie: "Tajemnice Los Angeles", James Ellroy
Reżyseria: Curtis Hanson
Scenariusz: Brian Helgeland, Curtis Hanson
Zdjęcia: Dante Spinotti
Muzyka: Jerry Goldsmith
Rok produkcji: 1997

czwartek, 4 października 2012

MOTYWACYJNIE :)

Mamy początek października. Powoli zbliża się koniec roku, a ja zorientowałam się, że bardzo kiepsko mi idzie wypełnianie jedynego na ten rok książkowego wyzwania: Z półki . W związku z tym spoglądm na moje półki i wynotowuję powieści, które zamierzam doczytać, by wypełnić początkowe założenie. Zadeklarowałam poziom trzeci, czyli 11 do 15 pozycji ze swoich zbiorów. Do tej pory przeczytałam sześć.
Ostatnią zrecenzowaną książką były "Marie jego życia" Barbary Wachowicz  , przeczytane w kwietniu.
Wcześniej w ramach wyzwania przeczytałam:
 
 
 
 
 
I niezrecenzowaną "Białą lwicę" Henninga Mankella
 
Żeby się zmobilizować zamieszczam listę co najmniej pięciu następnych powieści do przeczytania. Ma być takim małym wyrzutem sumienia. :)
 
Caleb Carr "Alienista"
Bernard Cornwell "Zimowy monarcha"
Arturo Perez - Reverte "Kapitan Alatriste"
Haruki Murakami "Kronika ptaka nakręcacza"
Matthew Pearl "Klub Dantego"
Douglas Carlton Abrams "Zaginiony pamiętnik Don Juana"
Ewa Ostrowska "Pamiętaj o róży"
 
 
 
 
 
 

poniedziałek, 1 października 2012

"ZAPOMNIANY OGRÓD" KATE MORTON

W 1913 roku mała dziewczynka wysiada ze statku w australijskim porcie. Jest całkiem sama, nie pamięta z kim podróżowała, nie wie jak się nazywa. Zostaje przygarnięta przez bezdzietne małżenstwo. Wiele lat później, po tym jak przybrany ojciec wyjawił jej prawdę, Nell wyrusza w podróż do Anglii, by odnaleźć swoje korzenie. Pewne wydarzenia zostają wyjasnione, ale okoliczności zmuszają kobietę do powrotu do Australii. Pod opiekę Nell zostaje oddana jej wnuczka Cassandra i dopiero ona, po śmierci babki kontunuje poszukiwania prawdy o pochodzeniu swojej rodziny.
 
Kate Morton stworzyła historię niezwykle urokliwą, skąpaną w atmosferze tajemnicy, zanurzoną w aluzjach literackich, których odczytywanie daje niesamowitą przyjemność. Akcja powieści toczy się poczatkowo w Australii, ale jej własciwa część rozgrywa się w Anglii. "Zapomniany ogród" to sprawnie skonstruowana zagadka, której rozwiązanie autorka umiejętnie dozuje, sprawiając, że zaciekawienie nie opuszcza nas do ostatniej strony. Nawet jeśli wyjaśnienia domyślimy się troszeczkę wcześniej, czyta się po to, by dowiedzieć się, nie co się stało, ale jak to się stało.
 
Opowieść zaczyna się na początku XX wieku w londyńskich slumsach, by potem przenieść się do dworu w Kornwalii i wreszcie do Australii. Każdy z tych etapów charakteryzuje się umiejetnym nawiązaniem do różnych dzieł literackich. Znajdziemy tu odwołania do pełnego dziwnych, przebiegłych i chciwych postaci rodem z Dickensa, by za jakiś czas znaleźć się w scenerii jakby z "Tajemniczego ogrodu" Frances Hodgson Burnett.
 
"Zapomniany ogród" mimo nielinearnego sposobu prowadzenia fabuły czyta się szybko i sprawnie. Zawdzięczmy to dobrze skonstruowanym postaciom, z których każda potrafi nas zaciekawić swoimi losami. Mimo, że jest to opowieść o miłości przyjaźni, zdradzie i obsesji, brak w niej melodramatyzmu i ckliwości.
Powieść Morton to czytadło, od początku wiadomo, że główna bohaterka odnajdzie spokój, rozwiąże wszystkie tajemnice. Tego wręcz oczekujemy od takich książek. Ale mimo, że składniki są nam znane, całość prezentuje się bardzo świeżo i pociągająco. Autorka unika rozwlekłych opisów przeżyć wewnetrznych bohaterów skupiając się na fabule, co wychodzi powieści na dobre.
 
Idą jesienne długie wieczory i "Zapomiany ogród" pomoze je świetnie wypełnić. Jeśli jeszcze nie znacie, przeczytajcie koniecznie. Powieść Morton to współczesna baśń czerpiąca inspirację z epoki wiktoriańskiej, nakazującej przede wszystkim przestrzeganie konwenansów społecznych. Za zasłoną pozorów kryły się ludzkie namietności i pragnienia.
"Zapomniany ogród" przpojony jest atmosferą kłębiących się uczuć, które muszą pozostać zamknięte w odległym zakątku ogrodu.
 
Kate Morton
"Zapomniany ogród"
Albatros Wydawnictwo A. Kuryłowicz
Poznań 2009
 
 
 
 
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...