środa, 26 września 2012

"CRANFORD" ELIZABETH GASKELL

Nieraz zastanawiałam się, czy lepiej najpierw przeczytać książkę, czy obejrzeć film i doszłam do wniosku, że książka powinna być pierwsza. Przynajmniej w moim przypadku. Kiedy najpierw oglądam filmową, czy serialową adaptację, zostają w świadomości pewne określone oczekiwania wobec pierwowzoru.
Na przykład bardzo często widzę przed oczami twarze aktorów, odtwarzających poszczególnych bohaterów, a nieraz casting, choćby bardzo trafiony, rozmija się z opisami wyglądu postaci. I tak zostaję z rozterką. Z jednej strony gotowy obraz jest łatwiejszy do przyjęcia, z drugiej przeszkadzają nieraz niuanse, które się nie zgadzają.
 
W przypadku powieści Elizabeth Gaskell to poprzez serialowe adaptacje po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością tej angielskiej pisarki. I od razu zaznaczę, że są to jedne z moich ulubionych produkcji, do których często wracam. Mimo początkowego zachwycenia się "Północ i Południe", chyba bardziej cenię "Żony i córki", a także "Cranford". Lubię zawarty w nich optymizm i takie poczucie dystansu, które pozwala się zrelaksować przy obu tych miniserialach.
 
Cała sympatia jaką żywię do tych brytyjskich, telewizyjnych perełek sprawiła jednak, że zapoznaniu się z powieściami towarzyszyło lekkie poczucie niepokoju. No, bo co jeśli serial okaże się lepszy, jeśli książka nie będzie miała oczekiwanego klimatu, co jeśli nie wzbudzi we mnie takich uczuć, jakie towarzyszyły oglądaniu losów bohaterów na ekranie telewizora?
Szczególnie mocno odczułam to właśnie przy "Cranford". Wcześniej wiedziałam, że książka ta nie jest właściwie powieścią a zbiorem epizodów z życia pewnego miasteczka na angielskiej prowincji. I to mnie trochę odstraszało, bo nie jestem zwolenniczką krótkiej formy.
Z tymi wątpliwościami przystąpiłam do lektury nowego wydania "Cranford" i przepadłam na kilka wspaniałych godzin.
 
Miasteczko Cranford zamieszkują głownie kobiety w wieku już powiedzmy nienajmłodszym. Mężczyźni postrzegani są jako zbędny element, właściwie przysparzający więcej kłopotu, niż porzytku. Mieszkanki małej mieściny nauczyły radzić sobie same. Ich życie wypełniają codzienne problemy, ploteczki, zdarzenia, które gdzie indziej pominięto by milczeniem. Towarzystwo Pań z Cranford wypełnione jest planowaniem drobnych oszczędności, zachowaniem istniejącej hierarchii towarzyskiej, czy komentowaniem zjawisk odbiegających od codziennej normy, jak na przykład niespodziewany ślub, czy występ magika. Każda ta czynność traktowana jest z wielką powagą, a odstępstwo od przyjętych norm zachowania musi zostać dokładnie przedyskutowane w szerszym gronie. Czy wobec tego Cranford jest nudne i sztywne? W żadnym wypadku!
 
Autorka trafnie i z dystansem odmalowuje obraz małej społeczności zajętej swoimi sprawami. Z ciepłą ironią i poczuciem humoru przedstawia ich wady i zalety, dziwactwa i cechy godne naśladowania. Z tego względu "Cranford" jest bliskie "Żonom i córkom", gdzie Elizabeth Gaskell również sporo miejsca poświęciła opisom zależności panujących pomiędzy członkami małej zbiorowości.

W zwyczaje panujące w Cranford wprowadza nas Mary, której rodzina kiedyś zamieszkiwała w tym miasteczku i nadal podtrzymuje stare przyjaźnie i znajomości. Mary należy do dwóch światów. Z jednej strony kocha tradycję i atmosferę  Cranford, z drugiej pozostaje osobą z zewnątrz, która potrafi podejść z dystansem, ale i zrozumieniem do niektórych zasad. Dzięki temu w opisywanych wydarzeniach nie ma miejsca na złośliwość. Zastępuje  ją ciepła akceptacja. Mary zaznajamia nas z wybranymi przez siebie najbardziej "sensacyjnymi" zdarzeniami z życia mieszkańców tytułowego miasteczka. I choć mogą się one wydać błahe to styl Gaskell sprawia, że śledzimy je z napięciem i pełnym zaangażowaniem, czekając na szczęśliwe zakończenie.

Przy niektórych relacjach narratorki można się śmiać na cały głos, inne wywołują w nas ciepłe uczucia zrozumienia, a przy innych łza zakręci się w oku. Gaskell pisze o zdarzeniach humorystycznych, o anegdotach, które po latach stają się miłym wspomnieniem, ale nie oszczędza też swoim bohaterkom codziennych drobnych kłopotów, którym trzeba z godnością zaradzić. W ich życiu jest miejsce na przyjaźń i poczucie wspólnoty, które pozwala przeżyć niejeden trudny moment w życiu, a i takie chwile zdarzają się w z pozoru idyllicznym miejscu, jakim jest Cranford.

Pod koniec lektury żałowałam, że nie to taka krótka książeczka i bardzo trudno było mi się z nią rozstać. Gorąco polecam.


Za przesłanie książki bardzo serdecznie dziękuję Pani Katarzynie Kwiatkowskiej, która tłumaczyła "Cranford", "Północ i Południe" oraz "Żony i córki".



Elizabeth Gaskell
"Cranford"
Poligraf Wydawnictwo
2012



 
 
 

7 komentarzy:

  1. Oglądałam serial na podstawie książki, był dość dobry, choć się nie zachwyciłam. Później sięgnęłąm też po "Żony i córki", ale ta ekranizacja kompletnie mi się nie podobała. Mam nadzieję, że powieści okażą się ciekawsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, ja jestem wielbicielką wszystkich ekranizacji Gaskell. "Żony i córki" też bardzo lubię. Czy powieści są ciekwasze. Musisz sama spróbować, żeby się przkonac, ale seriale moim zdaniem bardzo dobrze oddają klimat książek.

      Usuń
  2. Zdecydowanie tak!! Za krótka... człowiek wręcz musi do serialu wrócić :D

    OdpowiedzUsuń
  3. I dlatego ja Zony i córki obejrzę po przeczytaniu książki, bo też mam takie obawy. Ale tak ją lubię, że i tak oglądać będę i czytać te pozycje w kółko

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja też ją tak lubię. "Żony i córki" podobały mi się nawet bardziej niż "Północ i Południe". A seriale są dla mnie lekiem na prawie cale zło. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. "Cranford" wprawdzie jakiś czas temu jedynie napoczęłam, ale jej atmosferę odczuwa się od razu.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...