piątek, 28 września 2012

"DOKTORZY" ERICH SEGAL

To moje drugie spotkanie z tym autorem, a własciwie trzecie, jeśli wliczyć film "Love story". Film generalnie mnie nie zachęcił do twórczości Segala. Zrobiła to za to powieść "Absolwenci" sprzedawana swego czasu w pakiecie z "Serce w ogniu" Nicholasa Evansa, po dosyć promocyjnej cenie. A, że Nicholasa Evansa kilka lat temu bardzo lubiłam, pakiet obu ksiązek oczywiście nabyłam. "Absolwentów" przeczytałam, podobało mi się, ale dopiero niedawno spojrzałam na półkę i stwierdziłam, że przecież Segal napisał pewnie i inne powieści.
 
Wybrałam "Doktorów", bo od czasów emisji w Polsacie "Ostrego dyżuru" uwielbiam seriale o lekarzach.
 
Akcja ksiązki rozpoczyna się w latach czterdziestych, konkretnie pod koniec II wojny światowej. Barney i Laura mieszkają obok siebie. Ojciec chłopca służy w wojsku, rodzice dziewczynki są emigrantami z Hiszpanii. Tych dwoje staje się dla siebie najlepszymi towarzyszami. Razem dorastają, razem odkrywają, że w przyszłości chcą zostać lekarzami. Wiedzę postanawiają zdobywać na Harvardzie.

Od tego momentu "Doktorzy" zyskują i innych bohaterów, pragnących leczyć. Segal wprowadzając kilka nowych postaci poszerza krąg swojej opowieści. Poszczególne postacie specjalizują się w innych dziedzinach medycyny. Jedni jak Bennett Hershey są zafascynowani medycyną, Barney chce się poświęcić psychiatrii, Laura zaś zamierza opiekować się noworodkami. Jeszcze inni zdecydują się oddać ściśle naukowemu aspekowi zawodu lekarza.

Powieści Segala charakteryzują się szerokim tłem społecznym. Jego bohaterowie pochodzą z różnych środowisk. Dzięki temu powieśc zyskuje szerokie horyzonty połączone główną tematyką. Autor nie ucieka od problemów rasizmu, antysemityzmu, czy równych szans kobiet w zawodach, które jeszcze do niedawna preferowały mężczyzn. "Doktorzy" to mnogość wątków i postaci, które pozwalają spojrzeć na zawód lekarza ze wszystkich stron. Wnikliwie jest więc opisany sam proces kaształcenia, mający na celu wyłonić tych najlepszych, godnych ukończenia Harvardu. Codzienność kandydatów do tego miana to ciągły stres wywołany egzaminami i sekcjami zwłok. Nauka lekarza tak naprawdę nigdy się nie kończy i zakończenie studiów to po prostu tylko zmiana miejsca, gdzie zdobywa się doświadczenie. Odtąd ich poligonem bedą szpitale i nie mniej odpowiedzialne prywatne praktyki.
Erich Segal karze swoim bohaterom przeżywać porażki i sukcesy. Nie ucieka również od aspektu moralnego, który jest nierozerwalnie związany z medycyną i kwestii eutanazji.

Jak wcześniej "Absolwenci", tak i "Doktorzy" to przykład charakterystycznego stylu Segala. Przyznam, że mam kłopot z jego określeniem. Z pewnością nie jest on specjalnie wybitny. Autor ten ma talent do kreślenia interesujących bohaterów, którzy nie są typowymi przedstawicielami społeczeństwa, jak np. czarnoskóry chłopiec adpotowany przez żydowskie małżeństwo, skazany na wyobcowanie z obu tych społeczności. Segal przedstawia problemy lekarzy, ale nie zapomina, że każdy człowiek ma swoje życie prywatne. W związku z tym jego bohaterzy przeżywają miłosne zawirowania, nawiązują przyjaźnie, w ich życiu zdarzają się tragedie, które zmuszają do zmiany wszystkich planów. I z tego punktu widzenia "Doktorzy" to bardzo dobra powieść obyczajowa, mieszająca fikcję z rzeczywistymi zdarzeniami z rozwoju medycyny, skupiająca się jednak na przybliżeniu czytelnikowi wielu aspektów z zawodu lekarza.
Jezyk jakim operuje Autor jest pozbawiony rozmachu stylistycznego, kojarzy mi się z dokumentem, bo perypetie bohaterów, choć naprawdę urozmaicone, są opisane raczej beznamiętnie. Wynagradza to jednak bogactwo przemyślanej fabuły, która zaskakuje do ostatniej strony.


Erich Segal
"Doktorzy"
Wydawnictwo Zyska i S-ka
Poznań 2004

środa, 26 września 2012

"CRANFORD" ELIZABETH GASKELL

Nieraz zastanawiałam się, czy lepiej najpierw przeczytać książkę, czy obejrzeć film i doszłam do wniosku, że książka powinna być pierwsza. Przynajmniej w moim przypadku. Kiedy najpierw oglądam filmową, czy serialową adaptację, zostają w świadomości pewne określone oczekiwania wobec pierwowzoru.
Na przykład bardzo często widzę przed oczami twarze aktorów, odtwarzających poszczególnych bohaterów, a nieraz casting, choćby bardzo trafiony, rozmija się z opisami wyglądu postaci. I tak zostaję z rozterką. Z jednej strony gotowy obraz jest łatwiejszy do przyjęcia, z drugiej przeszkadzają nieraz niuanse, które się nie zgadzają.
 
W przypadku powieści Elizabeth Gaskell to poprzez serialowe adaptacje po raz pierwszy zetknęłam się z twórczością tej angielskiej pisarki. I od razu zaznaczę, że są to jedne z moich ulubionych produkcji, do których często wracam. Mimo początkowego zachwycenia się "Północ i Południe", chyba bardziej cenię "Żony i córki", a także "Cranford". Lubię zawarty w nich optymizm i takie poczucie dystansu, które pozwala się zrelaksować przy obu tych miniserialach.
 
Cała sympatia jaką żywię do tych brytyjskich, telewizyjnych perełek sprawiła jednak, że zapoznaniu się z powieściami towarzyszyło lekkie poczucie niepokoju. No, bo co jeśli serial okaże się lepszy, jeśli książka nie będzie miała oczekiwanego klimatu, co jeśli nie wzbudzi we mnie takich uczuć, jakie towarzyszyły oglądaniu losów bohaterów na ekranie telewizora?
Szczególnie mocno odczułam to właśnie przy "Cranford". Wcześniej wiedziałam, że książka ta nie jest właściwie powieścią a zbiorem epizodów z życia pewnego miasteczka na angielskiej prowincji. I to mnie trochę odstraszało, bo nie jestem zwolenniczką krótkiej formy.
Z tymi wątpliwościami przystąpiłam do lektury nowego wydania "Cranford" i przepadłam na kilka wspaniałych godzin.
 
Miasteczko Cranford zamieszkują głownie kobiety w wieku już powiedzmy nienajmłodszym. Mężczyźni postrzegani są jako zbędny element, właściwie przysparzający więcej kłopotu, niż porzytku. Mieszkanki małej mieściny nauczyły radzić sobie same. Ich życie wypełniają codzienne problemy, ploteczki, zdarzenia, które gdzie indziej pominięto by milczeniem. Towarzystwo Pań z Cranford wypełnione jest planowaniem drobnych oszczędności, zachowaniem istniejącej hierarchii towarzyskiej, czy komentowaniem zjawisk odbiegających od codziennej normy, jak na przykład niespodziewany ślub, czy występ magika. Każda ta czynność traktowana jest z wielką powagą, a odstępstwo od przyjętych norm zachowania musi zostać dokładnie przedyskutowane w szerszym gronie. Czy wobec tego Cranford jest nudne i sztywne? W żadnym wypadku!
 
Autorka trafnie i z dystansem odmalowuje obraz małej społeczności zajętej swoimi sprawami. Z ciepłą ironią i poczuciem humoru przedstawia ich wady i zalety, dziwactwa i cechy godne naśladowania. Z tego względu "Cranford" jest bliskie "Żonom i córkom", gdzie Elizabeth Gaskell również sporo miejsca poświęciła opisom zależności panujących pomiędzy członkami małej zbiorowości.

W zwyczaje panujące w Cranford wprowadza nas Mary, której rodzina kiedyś zamieszkiwała w tym miasteczku i nadal podtrzymuje stare przyjaźnie i znajomości. Mary należy do dwóch światów. Z jednej strony kocha tradycję i atmosferę  Cranford, z drugiej pozostaje osobą z zewnątrz, która potrafi podejść z dystansem, ale i zrozumieniem do niektórych zasad. Dzięki temu w opisywanych wydarzeniach nie ma miejsca na złośliwość. Zastępuje  ją ciepła akceptacja. Mary zaznajamia nas z wybranymi przez siebie najbardziej "sensacyjnymi" zdarzeniami z życia mieszkańców tytułowego miasteczka. I choć mogą się one wydać błahe to styl Gaskell sprawia, że śledzimy je z napięciem i pełnym zaangażowaniem, czekając na szczęśliwe zakończenie.

Przy niektórych relacjach narratorki można się śmiać na cały głos, inne wywołują w nas ciepłe uczucia zrozumienia, a przy innych łza zakręci się w oku. Gaskell pisze o zdarzeniach humorystycznych, o anegdotach, które po latach stają się miłym wspomnieniem, ale nie oszczędza też swoim bohaterkom codziennych drobnych kłopotów, którym trzeba z godnością zaradzić. W ich życiu jest miejsce na przyjaźń i poczucie wspólnoty, które pozwala przeżyć niejeden trudny moment w życiu, a i takie chwile zdarzają się w z pozoru idyllicznym miejscu, jakim jest Cranford.

Pod koniec lektury żałowałam, że nie to taka krótka książeczka i bardzo trudno było mi się z nią rozstać. Gorąco polecam.


Za przesłanie książki bardzo serdecznie dziękuję Pani Katarzynie Kwiatkowskiej, która tłumaczyła "Cranford", "Północ i Południe" oraz "Żony i córki".



Elizabeth Gaskell
"Cranford"
Poligraf Wydawnictwo
2012



 
 
 

poniedziałek, 24 września 2012

JESIENNIE...

 
Jakiś dziwny ten wrzesień. Taki całkiem nieczytelniczy. Spojrzałam do mojej listy ocen na BiblioNetce i pozycji przeczytanych tam naprawdę niewiele. Usprawiedliwiam się remontem i kilkoma ważnymi sprawami, które miałam do załatwienia. Ale już wróciłam, mam nadzieję, do czytania, kilka ciekawych powieści czeka w kolejce, kilka kusi z waszych recenzji. Pewnie się złamię i zakupię jedną, czy dwie. Korci mnie szczególnie "Dziedzictwo" Katherine Webb. Tutaj swoje zrobiła opinia Kasiek .
 
Całkiem jesiennie zrobiło się już za oknem. Szybko robi się ciemno i to powinno zachęcać do wieczorów przy książce i ciepłej herbacie. Ostantio często sięgam po czarną aromatyzowaną o smaku gruszki z miodem. Pyszna jest.
Zabrałam się za cudne "Cranford" i myślę, że niedługo podzielę się z Wami moimi wrażeniami. A poza tym ciągnie mnie raczej do rzeczy już znanych. Kilka razy do roku nachodzi mnie ochota na powtórki. I teraz własnie pokusą, chyba nie do odparcia, będzie "Zapomniany ogród" Kate Morton, szczególnie, że niewiele pamiętam z pierwszej lektury, która miała miejsce ponad dwa lata temu. Poza tym pewnie wrócę do Sapkowskiego, ale jeszcze nie wiem, czy będzie to "Wiedźmin", czy "Narrenturm".
No i Arturo Perez - Reverte. "Królowa Południa", albo "Ostatnia bitwa templariusza", a może "Cmentarzysko bezimiennych statków". Ta ostatnia swego czasu mnie nie zachwyciła. Czytałam raz i do tej pory nie wróciłam do tej powieści. Ciekawi mnie coraz bardziej jak odbiorę ją po latach.
 
Ponieważ żadnej z tych książek nie zerecenzowałam na blogu do tej pory, pewnie zrobie to teraz.
 
A Wy wracacie czasem do już wcześniej czytanych pozycji?
 
Wiem, że niektórzy uważają to za stratę czasu, poza tym czasem nasze wrażenia mogą się całkiem zmienić. Z jednej strony, po co sobie psuć dobre wspomnienia, z drugiej...
No właśnie. Co o tym myślicie?
 
Dziękuję za wszystkie komentarze, ktore ukazały się pod ostatnimi postami. Szczególnie za propozycje serialowe. :)
 
 
 
 

wtorek, 18 września 2012

A DZISIAJ TROCHĘ O SERIALACH

Jestem serialomaniaczką. Naprawdę nie da się tego ukryć. A już tym bardziej zwalczyć. Oglądam pojedyncze odcinki, robię sobie nieraz maratony po zakonczeniu sezonu, potrafię przepaść na kilka dni, oglądając kolejne perypetie ulubionych bohaterów.
 
Jesień jest ulubioną porą roku dla fanów seriali. Nowe sezony nadchodzą jeden po drugim. :) Dzisiaj będzie o tych, na które czekam najbrdziej.
 
 
DOWNTON ABBEY
 
Stanowczo jedna z najbardziej oczekiwanych premier. Zastanawiam się, czy serial podniesie się po niezbyt udanym sezonie, który gdzieś w okolicach czwartego odcinka, niebezpiecznie zaczął dryfować w kierunku przerysowanego melodramatyzmu. Jakby dosłownie w każdych pięciu minutach odcinku, usilnie próbowano  wprawić widza w kolejne zaskoczenie. Za dużo tego było po pierwszym sezonie - wyważonym i opartym raczej na codziennym życiu domu dzielonego między służących i obsługiwanych. Zwiastuny zapowiadają powrót do pierwotnego zamysłu, choś i dramatu pewnie nie zabraknie. Sporą dozę humoru z pewnością zagwarantuje Maggie Smith i Shirley McLaine.
 
 
 
 
 
 
 
THE GOOD WIFE
 
 
 
Dla mnie serial idealny. Nadchodzi czwarty sezon, a dla mnie nie było słabszego momentu. Serio. Albo jestem tak bezkrytyczna, wobec tej produkcji, albo jest naprawdę taki dobry. Prawczniczą tematykę każdego odcinka, równoważą wątki ukazujące życie prywatne pracowników kancelarii Lockhart & Gardner. Alicja, początkowo żona przy mężu bardzo zasmakowała w życiu kobiety pracującej. Twórcy bardzo sprawnie przedstawili całą galerię postaci. Zdradzający mąż, którego i tak nie można znielubić, ukrywająca kolejne tajemnice Kalinda, konkurujący z Alicją, Cary. I oczywiście Will Gardner. Początkowo myślałam, że "The good wife" będzie serialem, w ktorym całe sezony będziemy czekali na zejście się pary bohaterów. A tu niespodzianka. Był romans, a potem rozstanie, a widzowi wcale nie żąl tego uczucia. Raczej z prawdziwym zaciekawieniem czeka, co dalej?
 
 
ONCE UPON A TIME
 
 
 
 
 
Kiedy w zeszłym roku przeczytałam zapowiedź serialu, którego akcja będzie się koncentować wokół przeniesiony we współczesność i uwięzionych w jednym miasteczku postaci baśniowych, które na dodatek nie pamiętają swojego własciwego "życia", pomyślałam, żę to bardzo ciekawy, ale ryzykowny pomysł. Obejrzałam i szalenie mi się spodobało. Twórcy z fantazją i wyczuciem rozwijają znane nam z baśni historie, dodając szczyptę ironii, humoru, a nawet dramtyzmu. Cała opowieść kręci się wokół Śnieżki i Księcia, ale tak naprawdę chyba nie ma postaci z dzieciństwa, która nie znalazła swojego miejsca w ktorymś z odcinków. A jeżeli tak się znalazła, to pewnie będzie to naprawione w drugim sezonie. Dodatkowo muszę przyznać, że genialnie tutaj dopasowano aktorów.
 
 
Na te trzy produkcje czekam najbardziej. Pewnie zacznę też kolejny sezon "Chirurgów", choć co roku wracam to Meredith i innych z coraz mniejszą sympatią i zaangażowaniem. A końcówka z zeszłego roku naprawdę mi się nie podobała. Wiem, że radycja tego serialu są bardzo efektowne finały, ale czuję, że to zawędrowało za daleko. Tęsknię do zaskoczenia z pierwszego sezonu. Pamiętacie? Z perspektywy czasu jeszcze bardziej zyskuje. Pamiętam je lepiej niż kolejne.
Pewnie obejrzę kilka odcinków "Bones". Kiedyś uwielbiałam, teraz kompletnie straciłam serce do Booth' a i Bones. Nie te sprawy, nie te emocje. Co jakiś czas próbuję reaktywować swoje ciepłe uczucia, ale się nie udaje.
Zachaczę też pewnie o "Castle", bo niby wszystko mi się podoba, ale całości nigdy nie mogę obejrzeć. Śledzę newsy i opinie. Oglądam odcinki, ktore wzbudziły najwięcej emocji, ale sama pozostaję obok.
 
A Wy co oglądacie? Co polecacie?


piątek, 14 września 2012

"NIEBIESKI ROWER" REGINE DEFORGES

Autorka "Niebieskiego roweru" została oskarżona o plagiat "Przeminęło z wiatrem". I teoretycznie powinno ją to dla mnie dyskwalifikować. Ale tak jak francuskie sądy i ja  nie mogę się w tej sprawie zdecydować. Z jednej strony zapożyczeń jest daleko za dużo, jak na zwykłe mrugnięcie okiem do Czytelnika. Z drugiej naprawdę lubię tą książkę, pomimo tego, że mam do niej kilka zastrzeżeń i to chyba nawet poważnych. Będę tu posługiwać tytułem "Niebieski rower", choć tak naprawdę książek jest więcej i stanowią cykl. U nas zostały wydane cztery, we Francji natomiast chyba sześć.

Lea Delmas jest beztroską młodą kobietą, zakochaną naiwną i żarliwą miłością. Obiektem jej uczuć jest jej kuzyn Laurent D'Argilat. Dziewczyna chce mu wyznać swoje uczucie na zbliżającym się balu. Niestety Laurent przedstawia jej wtedy swoją przyszłą żonę. Zrozpaczona, ale i przekonana, że mężczyzna żeni się tylko z poczucia obowiązku wyjeżdża za nim do Paryża. Tymczasem wybucha wojna, żona Laurenta jest w ciąży i kobiety postanawiają uciec do winnicy należącej do ojca Lei. Pomaga im Francois Tavernier, którego Lea fascynuje, mężczyzna o dość dwuznacznej reputacji.
 
Już widzicie podobieństwa? Zapewniam was, że im dalej, tym aluzji do "Przeminęło z wiatrem" jest więcej. I teraz moje pytanie, czy coś takiego może się podobać? Oczywiście jest to pytanie tylko do osób świadomych nawiązań, a więc znających książkę Mitchell. Z jednej strony zostajemy pozbawieni jakiejś formy zaciekawienia i zaskoczenia losami Lei, bo odkrywszy schemat, po pewnym czasie zajmujemy się kolejnymi możliwościami w jakie autorka może przekształcić życie Scarlett O' Hary na tle konfliktu wojny domowej i obdarzyć nimi młodą kobietę we Francji czasów II wojny światowej. I powiem Wam, że jest to bardzo wciągające, przynajmniej dla mnie takie było. Z drugiej strony tło wydarzeń, jakby konstrukcji całej opowieści jest jednak diametralnie inne. Wojna secesyjna była wojną między starym, a nowym porządkiem, między konserwatyzmem, a liberalizmem. I choć to konserwatyzm w "Przeminęło z wiatrem" przedstawiony jest z całą sympatią świata honoru, który odchodzi w niebyt, to jednak wiadomo, że tak musi być.
II wojna światowa pozbawiona jest tego dualizmu. Tutaj jedyną honorową drogą było wystąpienie przeciwko Hitlerowi.
Deforges bardzo sugestywnie opisuje nastroje francuskie w czasie walki i późniejszej okupacji. Kraj podzielony między ruch oporu i kolaborantów. Na tym tle Lea przechodzi proces dojrzewania nie tylko psychicznego, ale i fizycznego.
 
I tutaj następuje ciąg dalszy moich wątpliwości. Bo bardzo podoba mi się obraz Paryża, gdzie każdy może się okazać wrogiem i zdrajca, gdzie zawsze należy zachować ostrożność, gdzie wszystkie dobra nagle stają się dostępne tylko na czarnym rynku za ciężkie pieniądze, których wiecznie brakuje. Bardzo podoba mi się przedstawienie, że niektórzy ludzie, oczywiście Żydzi i homoseksualiści byli skazani na zagładę, a donos nieraz pochodził od sąsiada. Jednym słowem naprawdę cenię realia w tych powieściach.
Ale nie akceptuję Lei, ktora moim zdaniem jest po prostu nimfomanką. Praktycznie wszystkie jej relacje z mężczyznami prędzej, czy później zostają sprowadzone do seksu. I tu autorka w moim odczuciu poszła stanowczo za daleko. Ja rozumiem, że inne czasy, że ciągły stan zagrożenia, że ludzie chcieli dać sobie czasem trochę ciepła, bo nie wiadomo było, co będzie następnego dnia. Ale nie w taki sposób i nie tym jezykiem, który momentami zachacza o brutalną bezceremonialność. Nie i jeszcze raz nie.
 
O tym, że cykl liczy sobie faktycznie sześć części dowiedziałam się niedawno. Sama do tej pory przeczytałam trzy, mam zamiar dotrzeć do czwartej, a pozostałe, o ile nie zlituje sie jakiś wydawca pozostaną poza moim zasięgiem. Tak sobie teraz jednak myślę, że to, co brałam za dosyć istotną różnicę między "Niebieskim rowerem" a "Przeminęło z wiatrem", czyli zakończenie, może się okazać wrażeniem mylnym. Może lepiej dla mnie będzie jednak, jeśli nie poznam dalszych części, bo lubię to jak kończy sie trzeci tom cyklu Deforges. Niesie w sobie całe mnóstwo nadziei. A tak nie wiem, czy autorka w jakiś sposób nie przemyciła kolejnych nawiązań do Margaret Mitchell, choć z czytane opisy czwartego tomu, nic takiego nie sugerują.
 
A na koniec polecam serial zrealizowany na podstawie powieści. To się oglądało całkiem przyjemnie. Link do opisu z Filmwebu .

Linki do stron opisujących sprawę plagiatu:
 
 
 
Regine Deforges
"Niebieski rower"
Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej
Warszawa 1988
 
"Aleja Henri Martin 101"
Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej
Warszawa 1988
 
"A diabeł wciąż się śmieje"
Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej
Warszawa 1990
 
"Czarne tango"
Bellona
1993
 
Pierwsze trzy tomy zostały również wydane przez
 
 
 

środa, 12 września 2012

"IRLANDZKI SWETER" NICOLE R. DICKSON

Rebecca Moray jest archelogiem specjalizującym się w tkaninach. Wykorzystując przyznany jej grant z uczelni przyjeżdża wraz z szescioletnią córką na wyspę u zachodnich wybrzezy Irlandii, rodzinnego miejsca jej przyjaciółki ze studiów - Sharon. Podróż ta z jednej strony jest spełnieniem planów, z drugiej przywołuje trudne wspomnienia. Rebecca chce się poświęcić pisaniu książki o niezwykłych swetrach robionych przez kobiety z tej wyspy od pokoleń. Każdy z nich jest inny, przeznaczony dla konkretnej osoby, obrazujący jej charakter, marzenia, tęsknoty, ma chronić od nieszczęść.
Rebecca nie przypuszczała jednak, że będzie miała tak mało czasu, by zająć sie swoimi planami.
 
Trafia w miejsce, gdzie jak się okazuje wszyscy ją znają z opowiadań przyjaciólki i witają jak dobrego, dawno nie widzianego znajomego. Chetnie dzielą się swoją wiedzą o tzw. gansejach, ale poza tym wciągają dziewczynę w wir życia miasteczka. Jej córeczka znajduje drogę do serca starego rybaka, Seana, którego przeszłość skrywa wielką tragedię. A Rebecca odkrywa, że rzucona kiedyś pochopnie wzmianka o tym, że jej mężem może być tylko rudy mężczyzna grający na skrzypcach, wcale nie jest taka nieprawdopodobna, jak jej się zdawało.
 
 
"Irlandzki sweter" oczarował mnie swoją atmosferą. Małe miasteczko, gdzie wszyscy się znają i tworzą dużą rodzinę, pomaga Rebecce zmierzyć się z własną przeszłością. Narodziny córki były dla niej impulsem, by uwolnić się od dręczącego ją partnera, który zniszczył w niej wiarę w siebie i innych. Jednak wspomnienia o nim nadal ją prześladują i nie pozwalają zapomnieć. Pamięć o przeszłości łączy ze sobą Rebeccę i Seana, teraz pogrążonego w poczuciu winy starego człowieka, kiedyś twardego i surowego ojca i męża, który rzadko zdobywał się na czułość wobec własnej rodziny. Minusem jest natomiast oklepany i jakby doklejony wątek romansowy. Miałam wrażenie, jakby był dopisany na siłę, bo autorce się wydawało, że coś takiego powinno pojawić się w książce. Móże gdyby zastąpić to przyjaźnią wyszłoby lepiej.
 
Powieść nie miałaby jednak takiego uroku, gdyby nie irlandzkie krajobrazy w tle. Bezkresne połacie zieleni, ostre klify, plaże. I ludzie poświęcający sie trudnej pracy rybaka, by wyżywić swoje rodziny. Życie toczy się tam innym rytmem, a czas płynie jakby wolniej i spokojniej. Odzwierciedleniem tego jest przepiękna, przyciągająca wzrok okladka. Moim zdaniem naprawdę oddaje klimat książki.
 
Nicole R. Dickson nie ucieka w swojej powieści od trudnych tematów, ale opisuje je z subtelnością, bez epatowania dyrastycznymi scenami. Tworzy opowieść o ludziach, którzy  muszą pogodzić się z przeszłością, by zacząć żyć nowym życiem i przyjąć czekającą na nich przyjaźń, wybaczenie i miłość. Całość napawa otymizmem i pogodą, przekonuje, że każdego czeka coś dobrego, ale trzeba wyjść swojemu szczęściu na przeciw.


Nicole R. Dickson
"Irlandzki sweter"
Wydawnictwo Nasza Ksiegarnia
Warszawa 2011
 

poniedziałek, 10 września 2012

"DOM ORCHIDEI" LUCINDA RILEY

"Dom orchidei" powinien być czytadłem idealnym, Jest w nim wszystko, co powiiny mieć powieści wciągające na długie godziny. Przede wszystkim tajemnica, która łączy przeszłość z teraźniejszością.
Kupiłam tę ksiązkę przed przeczytaniem, deliktanie mówiąc różnych recenzji na blogach i przez pierwszą część ksiązki byłam przekonana, że są raczej przesadzone i krzywdzące.
Ale od początku.
 
Sławna pianistaka Julia, dochodzi do siebie bo strasznej tragedii, jaką jest śmierć męża i małego synka. Zamyka się w sobie, przestaje grać, odrzuca pomoc rodziny, chce być sama. Ma jednak upartą siostrę, która chcąc, choć na trochę wyrwać ją z otępienia, zabiera Julię na wyprzedaż do Wharton Park, majątku gdzie młoda kobieta spędziała bardzo szczęśliwe wakacje u boku dziadka, ogrodnika w posiadłości. Wizyta staje sie okazja do odnowienia znajomości z obecnym włascicielem domu - Kitem Crawfordem.
Wkrótce potem Kit zjawia sie w domu z Juli ze starym dziennikiem z czasów II wojny światowej, przypuszczając, że należał on do jej dziadka. Za jego sprawą wyjdą na jaw dawno pogrzebane tajemnice.
 
Do połowy powieści byłam przekonana, że trafiłam na naprawdę zajmującą książkę. Malowniczy angielski dwór, ludzie chwytający życie w przededniu wojny, piękne debiutantki, bale i przyjęcia, a także nieśmiało rodzące się uczucia. Nie przeszkadzał mi nie wyszukany język i niekiedy bardzo drętwe dialogi. Podobała mi sie otoczka.
Młoda panna Olivia debiutuje w towarzystwie. Początkowo zagubiona, szybko znajduje przyjaciół wśród nieco postępowej młodzieży. Po udanym sezonie zostaje zaproszona na dłużej do Wharton Park, gdzie poznaje syna właścicieli, Harry'ego. Od początku czuje wieź z młodym człowiekiem i wydaje jej się, że on odwzajemnia jej uczucie.
 
Jak wspomniałam, poczatkowo wszystko mi generalnie odpowiadało. Wątek współczesny nie był ciekawy, ale ten toczący sie w przeszłości zapowiadał sie naprawdę intrygująco. To w końcu w przeszłości miała tkwić tajemnica.
Potem jednak jeden stereotyp zaczął gonić kolejny.
Cierpienia Julii po pewnym czasie przestały mnie wzruszać, a Kit Crawford okazał się takim ideałem, że przez większą część powieści, miałam ochotę po prostu nim potrząsnąć, żeby wydusić z niego jakąś żywszą reakcję na kolejne wydarzenia.
 
Myślę, że autorka zdecydowanie poległa na konstrukcji bohaterów. Każdy w tej powieści stara się być szlachetny i honorowy do granic możliwości. Olivia jest początkowo naiwna i standardowo pragnie tej jedynej miłości, a niezdecydowanie Harry'ego jest po prostu denerwujące. Nawet wprowadzenie egzotyki w postaci tajskich krajobrazów, gdzie Harry trafia podczas wojny, nie uratowało całej historii, która staje sie po prostu banalna i mdła. Cukierkowość i słodycz wylewająca się z większości zdań skutecznie zepsuła mi lekturę.
 
Na dodatek w połowie powieści autorka chyba stwierdziła, że cała fabuła zbyt wolno nabiera rozpędu i nagle w drugiej części mamy romans za romansem, tragedie za tragedią i kolejne wychodzące na jaw tajemnice, jakby jedna nie mogła wystarczyć. Popsuło to całkiem nieco melancholijny i w gruncie rzeczy urokliwy początek powieści. Gdyby ten nastrój udało sie doprowadzić do końca byłoby dobrze, a tak zaserowano czytelnikowi ckliwy melodramat.
 
Nie powiem, że jest to książka całkiem nieudana, bo jednak przeczytałam ją z ciekawością, umiarkowaną, ale zawsze, tyle że pod koniec przerzuciałam już kartki tylko pobieżnie zapoznając się z treścią.
 
I tak sobie myślę, że teraz odświeżę sobie "Zapomniany ogród" Kate Morton. Niestety nie mam "Domu w Riverton", a to byłaby idealna lektura, by przypomnieć sobie powieść, gdzie stara rezydencja i tajemnica z przeszłości tworzą naprawdę udaną mieszankę.
 
Wkrótce nowa powieść Lucindy Riley "Dziewczyna na klifie". Może będzie lepiej.
A w październiku "Zima świata" Kena Folletta.
 
 
Lucinda Riley
"Dom orchidei"
Albatros. Wydawnictwo A. Kuryłowicz
Warszawa 2012

piątek, 7 września 2012

"KATARZYNA WIELKA. GRA O WŁADZĘ" EWA STACHNIAK

Dwie młode dziewczyny przybywają na dwór carycy Elżbiety. Jedna jest córką polskiego emigranta, introligatora, który kiedyś naprawiał książki władczyni. Po serii nieszczęść zakończonych śmiercią obojga rodziców Barbara zostaje jedną z wielu szwaczek na dworze.
Druga to córka książąt pruskich - Zofia, którą Elżbieta przeznacza na żonę dla nastepcy tronu.
 
Barbara nie lubi swojego nowego otoczenia, ale jest bystra, ma dobrą pamięć i zawsze wie o czym mówi się w katach pomieszczeń dla służby. Jej zdolności zostają zauważone i wykorzystane. Zostaje szpiegiem samej carycy. Jej sympatię budzi Zofia, która początkowo również wydaje się bardzo zagubiona wśród intryg między zausznikami władczyni.
 
Dwie młode kobiety zaprzyjaźniają się i z czasem to interes Zofii, a po prawosławnym chrzcie Katarzyny, staje się dla Barbary priorytetem. A rosyjski dwór aż kipi od spisków. Gra o władzę toczy się nieustannie.
 
Ewa Stachniak jest pisarką i nauczycielem akademickim. Od 1981 roku mieszka w Kanadzie i jej powieści najpierw ukazują sie w języku angielskim, a potem są tłumaczone i wydawane w Polsce. Czytałam już dwie poprzednie książki: "Dysonans" i "Ogród Afrodyty" i obie bardzo mi się podobały. Było więc pewne, że sięgnę po "Katarzynę Wielką" i rzeczywiście zamówiłam ją jak tylko pojawiła się w zapowiedziach.
 
Powieść Ewy Stachniak ma dwie bohaterki. Cały czas śledzimy życie Barbary, nazywanej z rosyjskiego Warwarą, a za jej pośrednictwem poznajemy Katrarzynę. Wiemy tyle ile szpieg cesarski nam przekaże. Młoda narzeczona jawi się jako osoba niepewna, którą łatwo sterować, wydaje się, że trzeba jej podpowiadać co ma robić, by utrzymać łaskę carycy Elżbiety.
Od początku trzymałam kciuki za młodą Polkę, ale gdzieś w tle kołatała się myśl: "Dziewczyno w co ty się pakujesz?"
Z perspektywy naszej historii, trudno polubić postać Katarzyny. Barbara od początku jej ufa, bo rozumie jej tęsknoty pragnienia, chęć by poczuć się bezpieczną. Ale życie w Pałacu Zimowym jest dalekie od bajki. Trzeba się ciągle oglądać za siebie, być podejrzanym wobec każdego, nawet wobec kogoś, kto wydaje sie najbliższym przyjacielem. Nigdy nie można stracić czujności. Warwara pilnuje Katarzyny na każdym kroku. Ostrzega przed wszystkimi nieszczęściami, ułatwia schadzki z kolejnymi kochankami. Wydaje się, że jest nieoceniona i niezastapiona...
 
Ewa Stachniak zabiera nas w niebezpieczną podróż, gdzie każde potknięcie może przynieść upadek. To nie jest powieść, w której znajdziecie rozległą panoramę epoki. Akcja jest praktycznie zamknięta w komantach Pałacu Zimowego. On jest areną, ale i celem graczy. Po drodze do osięgnięcia celu nie liczy się zaś nikt. Szeroki świat, rosyjskie realia są gdzieś z tyłu i tylko czsami przebijają się w powieści na plan bliższy.
 
Władza to narkotyk, który wciąga i nie pozwala od siebie uciec. By stanąć na szczycie trzeba się poświęcić bez reszty.
"Katarzyna Wielka" to powieść, którą wciąga czytelnika w swój świat. Autorka pisze w sposób niezwykle plastyczny, tworzy bohaterów z krwi i kości. Postaciom znanym z kart podręczników daje nowe życie wypełnione barwnym tłem. Pokazuje wydarzenia zza kulis, podglądane przez dziórkę od klucza i szparę w ścianie, schowane w podwójnym dnie szuflady.
 
Miłośnicy książek opartych na historii powinni być bardzo usatysfakcjonowani nową powieścią Stachniak. Nie znajdziemy tu wydumanych, dalekich od prawdopodobieństwa teorii. Fikcyjny wątek Warwary jest bardzo wprawnie wpleciony w opowieść o kobiecie, która przybyła na dwór rosyjski, jako obca, a z czasem stała się jego władczynią. Nie ma tu moralizatorstwa jest życie, które stawia wyzwania, na które trzeba odpowiedzieć, opowiadając się po jednej ze stron.
 
Podobała mi się ta powieść. Bardzo mi się podobała, bo zasiała we mnie ziarno wątpliwości. Bo nieraz i nie dwa łapałam się na tym, że zaczynam żałować biednej Katarzyny, tak instrumentalnie traktowanej przez carycę i dworską szlachtę. Ale polubić jej nie polubiłam, cała moja sympatia została przy Warwarze. A teraz czekam na planowany ciąg dalszy i mam nadzieję, że dowiem się, co jeszcze autorka zgotowała dla szpiega carycy Katarzyny.
 
 
Ewa Stachniak
"Katarzyna Wielka. Gra o władzę"
Znak Literanova
Kraków 2012
 
 
 


środa, 5 września 2012

"RÓŻE" LEILA MEACHAM

Zakup tej książki był czystym impulsem. Autorka nic mi nie mówiła, tytuł też nie. Właściwie jedyną zachętą była promocja w postaci 50 procent upustu i notka na obwolucie, że charakterem przypomina "Przeminęło z wiatrem". Margaret Mittchell. A ja kocham "Przeminęło z wiatrem".
 
Miasto Howbutker w Teksasie założyły trzy rodziny emigrantów z Anglii i Francji. Zarówno jedni jak i drudzy wywodzili się z rodzin szlacheckich. Po latach Toliverowie są włascicielami wielkiej plantacji bawełny, Warwickowie zajmują sie przemysłem drzewnym a rodzina DuMontów zarządza prężnie działającym domem towarowym. Zarówno starsze jak i młode pokolenie łączą więzy przyjaźni. Kiedy jednak coś poróżni przedstawicieli rodzin Toliverów i Worwicków, strona prosząca o wybaczenie wysyła czerwoną różę, przebaczająca zaś odsyła białą.
 
Mary Toliver poznajemy w dniu jej śmierci, kiedy zaczyna wspominać swoje życie. Jej myśli przenoszą się do dnia, kiedy miała 16 lat. Był to dzień, w którym odziedziczyła po zmarłym ojcu plantację bawełny. Staje się to przyczyną niezgody między nią a matką i bratem, bo ci chcieliby raczej sprzedania rodzinnej posiadłości. Mary jest jednak zawzięta i nie odpuszcza. Zaczyna sama zarządzać swoim spadkiem. W trudnych chwilach może liczyć na dobre słowo i pomoc Percy'ego Warwicka i Ollie DuMonta, każdy z nich darzy ją uczuciem, ale tylko jeden z nich jest w stanie sie pogodzić z tym, ile dla dziewczyny znaczy dziedzictwo jej przodków.
 
Leila Meacham kreśli obraz miasta opartego na działalności założycielskich rodzin. Mimo upływu tylu lat to oni są filarami całej społeczności, wyznaczają kierunek rozwoju regionu. Od ich dzieci oczekuje się, że przejmą rodzinne interesy, że będą kontynuować, to co zapoczątkowano kiedyś. Jednak spośród wszystkich potomków Warwicków, Toliverów i DuMontów najbardziej wyróżnia się własnie Mary Toliver. W swym oddaniu ziemi i rodzinnej plantacji bawełny jest bardzo podobna do Scarlett O'Hary i jej miłości do Tary. Tak jak bohaterka "Przeminęło z wiatrem" gotowa jest poświęcić wszystko dla osiągnięcia celu. Jest uparta i dumna, ale gdzieś w głębi serca także bardzo wrażliwa. I może dlatego tak szybko zdobyła moją sympatię.
 
Jej historia to opowieść o dumie, miłości i przeznaczeniu. Porównianie z "Przeminęło z wiatrem" jest może nieco na wyrost. Z pewnością widać podobieństwo w ogolnym klimacie powieści, która opowiada o czasach minionych, o zmaganiach sie z przeciwnościami, o straconych szansach i o uczuciu, które nawet po latach nie przemija. Ale też powieść Mitchell była rozległą panoramą kraju w momencie nieuniknionej zmiany, kiedy dawne tradycje miały już nigdy nie wrócić. Z jej kart przebijało okrucieństwo i bezsens wojny domowej. U Meacham tego nie widzę. Owszem bohaterowie biorą udział zarówno w pierwszej, jak i drugiej wojnie światowej, ale wielkie konflikty mocarstw są gdzieś z tyłu i gruncie rzeczy nie mają wpływu na życie małego miasta w Teksasie.
"Róże" pozostają głównie porywającą historią miłosną Mary i Percy'ego. Ich decyzje wciągają w bieg zdarzeń inne osoby, tworząc sieć przyjaźni, ale i zdrad i wzajemnych oskarżeń. Czerwone i białe róże niejeden raz wędrują między bohaterami tej powieści.
 
Autorka przedstawia nam historię trzech pokoleń tych rodzin. Jednak na pierwszym planie zawsze pozostaje Mary, Percy i Ollie. Losy ich potomków są zdecydowanie mniej zajmujące, a zakończenie naprawdę nie może zakskoczyć czytelnika. Mimo to śledzimy tą opowieść z zapartym tchem. Takich bohaterów i takich animozji w dzisiejszych czsach chyba nie dałoby się wiarygodnie opisać. I tak sobie myslę, jaki cudny miniserial, by powstał na podstawie tej powieści. Ech... Obejrzałabym coś takiego bardzo chętnie.
 
 
"Róże"
Leila Meacham
Wydawnictow Sonia Draga
Katowice 2010

poniedziałek, 3 września 2012

"PULA SZCZĘŚCIA" ADRIANA TRIGIANI

Niedawno pisałam Wam o innej powieści Adriany Trigiani "Lucia, Lucia", ktora bardzo mi się podobała. Postanowiłam sprawdzić, czy i inne książki tej autorki przypadną mi do gustu. Wybór padł na "Pulę szczęścia", która jest pierwszą częścią cyklu składającego się z trzech powieści, związanych ze sobą osobami głównych bohaterów.
 
Główną bohaterką "Puli szczęścia" jest Ave Maria. swoje niezwykłe imię zawdzięcza matce, emigrantce z Włoch, która została żoną górnika z Karoliny Północnej i z nim osiadła w małym, górniczym miasteczku. Miasteczko, jak wiele innych. Wszyscy wiedzą o sobie wszystko. Ave Maria nie jest już najmłodsza, ale nadal marzy, że i ona spotka w życiu kogoś wyjątkowego. Jest sama, bo jej matka niedawno zmarła, a ojciec, z którym nigdy nie była bardzo związana umarł już kilka lat wcześniej. Okres żałoby pomagają jej przetrwać przyjaciele. I wtedy na jaw wychodzi sekret z przeszłości, który wiele zmienia w sytuacji kobiety.
 
Tym razem Adriana Trigiani umieszcza akcję swojej powieści w zamkniętym środowisku miasta, gdzie praktycznie wszyscy są związani z górnictwem. Mieszkańcy żyją wydarzeniami ze swojego otoczenia. Ich codzienność to trudna praca, przerywana pracą nad przedstawieniami lokalnego teatrzyku, czy zwykłymi plotkami. Tajemnica z przeszłości skłoni Avę Marię do zastanowienia się nad swoją przyszłością. Jest impulsem, by zweryfikować dotychczasowe plany i odważyć sie na wielki krok na przód. Pomocną dłoń wyciągnie zaś ktoś, kogo nie podejrzewała o cieplejsze uczucia wobec siebie.
 
Druga przeczytana przeze mnie powieść tej autorki, przekonała mnie, że pisarstwo Trigiani bardzo mi odpowiada. "Pula szczęścia" jest przykładem powieści, która łączy w sobie sprawnie napisaną literaturę obyczajową z wątkiem romantycznym, pozbawionym kiczu i ckliwości. Jak w poprzedniej powieści napotykamy na sprawnie połączone obrazy dwóch przenikających się kultur, choć tutaj włoskich tradycji będzie znacznie mniej.
 
Ave Maria jest kobietą próbującą znaleźć dla siebie własne miejsce, przystań gdzie będzie szczęśliwa. Wiecznie zajęta, zawsze uśmiechnięta, pochłonięta pracą, wie że może nie do końca przynależy do miejsca, w ktorym przyszło jej mieszkać. Czy jednak tego oczekiwanego szczęścia należy naprawdę szukać bardzo daleko, a może znajduje się w sąsiedztwie i tylko czeka na odkrycie?
 
 
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...