piątek, 31 sierpnia 2012

NIE TAKI MAŁY... STOSIK






1. Lucinda Riley "Dom orchidei". Na blogach czytam różne opinie. Z reguły, że nie dorównuje Kate Morton, ale zobaczymy. Najwyżej pójdzie na wymianę.
2. Joshlyn Jackson "Oszukać przeznaczenie". Już przeczytane, wrażenia takie sobie. W sumie dobrze, że był to tylko dodatek do gazety.
3. Luanne Rice "Róże mają kolce". Przeczytane i opisane. :)
4. Ewa Stachniak "Katarzyna Wielka". Jedna z moich ulubionych autorek. Czytam i napewno opiszę swoje wrażenia.
4. Anthony Horowitz "Dom Jedwabny". Będę się musiała w końcu zabrać za Holmesa. Mam na półce kilka książek poświęconych temu bohaterowi i wszystkie są jednym wielkim wyrzutem sumienia: "Kupiła, a teraz stoimy tu i nikt nas nie czyta!!!"


A tutaj upolowane na promocji w Matrasie:
1. Leila Meacham "Róże". Podobno ma w sobie klimat "Przeminęło z wiatrem". Zobaczymy
2. Cecili Randall "Hyperversum".
3. Nicole R. Dickson "Irlandzki sweter"
 
 

 

środa, 29 sierpnia 2012

"LUCIA, LUCIA" ADRIANA TRIGIANI

Słodka, różowa okładka, z dziewczyną wyglądającą na prawdziwą elegantkę. Myślałam, że bedzie to powieść o perypetiach młodej dziewczyny i jej kolejnych miłościach. W pewnym sensie miałam rację, ale nazwanie tej książki romansem byłoby wielką pomyłką.
 
Lucia Sartori jest córką zamożnych emigrantów z Włoch. Jej ojciec wraz z jej braćmi prowadzi bardzo popularny sklep spożywczy, a ona sama pracuje jako krawcowa w domu towarowym B. Altmana. Poznajemy ją w takim momencie, który powinien stać się jednym z najszczęśliwszych wspomnień. Tego dnia mają być ustalone szczegóły jej ślubu z najprzystojniejszym chłopakiem z dzielnicy - Dante DeMartino. W trakcie uroczystej kolacji dziewczyna orientuje się jednak, że życie, jakie będzie wiodła u boku przyszłego męża, jej nie odpowiada. Decyduje się zerwać zaręczyny. Niedługo potem w pracy poznaje fascynującego mężczyznę, całkiem innego od znanych jej synów włoskich emigrantów. Całym sercem angażuje się w nowy związek, ale jednocześnie cieszy się poczuciem niezależności, jakie daje jej praca. Wkrótce okazuje się, że życie zgotowało dla niej jeszcze niejedną niespodziankę.
 
Adriana Trigiani zabiera nas w podróż do Nowego Jorku lat 50 - tych, w środowisko emigrantów. Kreśli obraz społeczności, która pragnie wtopić się w otoczenie kraju, który stał się ich ojczyzną, ale jednocześnie zachować tradycje i obyczaje jakie pamięta z Włoch. Rodziny szanujące przede wszystkim ojcowskie decyzje, kobiety czuwające nad ciepłem domowego ogniska, synowie pracujący i rozwijający rodzinne firmy, wreszcie ciągle obecne w pamięci wspomnienia jeszcze nie tak dawno aranżowanych małżeństw. Ten obraz tchnie spokojem i stałością, ale młodzi chcą żyć innym życiem. Pojawiaja się chęć szukania swojej własnej drogi. Taką właśnie przedstawicielką nowego pokolenia jest Lucia.
 
Jej pragnieniem jest kontynuowanie pracy zawodowej, która daje jej poczucie wolności i satysfakcji. Jak każda młoda dziewczyna pragnie też miłości, ale ma odwagę oczekiwać, że ktoś uszanuje jej plany i marzenia. Chce, by ślub nie przekreslił jej dotychczasowych osiągnięć. I zdaje się, że taki właśnie upragniony mężczyzna, prawdziwy ideał pojawia się na horyzoncie.
 
Powieść Trigiani jest pełną uroku i ciepła opowieścią o dojrzewaniu do podejmowania wąznych decyzji, które zmieniają życie na zawsze. Lucia to dziewczyna pełna werwy, świadoma swojej wartości, chce połączyć tradycje wyniesione z rodzinnego domu z nowoczesnością, która nieustannie ją kusi. Ta młoda dziewczyna jest przykladem jak zmieniła się rola kobiety. I choć jej postać przedstawiona jest z sympatią, autorka nie ocenia wyborów innych kobiet. Koleżanki Lucii z pracy wychodzą szczęśliwie za mąż i poświęcają się rodzinie. Młode kobiety zaczynają mieć wybór i korzystają z tego.
 
"Lucia, Lucia" miała być miłym romansem na jedno popołudnie. Zamiast tego otrzymałam jednak powieść obyczajową, od której naprawdę trudno się oderwać. Razem z bohaterką przeżywałam zerwane zaręczyny, kolejne randki, planowanie przyszłości, sukcesy zawodowe. A po ostaniej stronie żałowałam, że nie będzie nastepnych. Wydaje mi się, że jest to książka, w której wiele czyteliczek znajdzie coś dla siebie.
Oprócz dobrze nakreślonych bohaterów tych pierwszo, jak i drugoplanowcych, Adriana Trigiani sporo pracy włóżyła w osadzenie swojej powieści w wiarygodnym i świetnie skonstruowanym tle. Przemiany jakie przechodzi amerykanskie społeczeństwo, dodatkowo podkreślone jest konserwatyzmem środowiska włoskich emigrantów. Jednocześnie Trigiani zdaje się podkreślać, że choć nowoczesne podejście jest dobre, to jednak istnieją w życiu wartości, o których nie można zapomnieć, takie jak rodzina, miłość i przyjaźń. I to przede wszystkim powinno zostać niezmienione.
 
 
 
 
 
 

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

"AGATHA RAISIN I CIASTO ŚMIERCI" M.C. BEATON

Mam ulubiony kiosk z prasą. Panie odkładają tam filmy z gazet i sprzedają osobno, co bardzo lubię, bo nie zawsze zdążę w konkretny dzień przyjść po egzemparz, który mnie interesuje, a tak mogę mieć przynajmniej nadzieję, że na mnie poczeka i to dosyć długo. Przy ostatnich zakupach zaproponowano mi jeszcze książkę. Popatrzyłam na okładkę i tak sobie pomyslała, że nie wygląda za zachęcająco. Ot takie gazetowe wydanie. Tytuł i autorka nic mi nie mówiły. Musiałam mieć to wypisane na twarzy, bo sprzedawczyni z refleksem poinformowała mnie, że pierwszy tomik kosztuje tylko osiem zł. No i już mnie miała, bo jak tu nie kupić książki za taką cenę.

Kobieta około pięćdziesiątki sprzedaje swoją firmę i przeprowadza się na angielską wieś, do małego domku. Super, też bym tak kiedyś chciała. Ku swojemu rozczarowaniu jednak, zostaje bardzo chłodno przyjęta przez innych mieszkańców. Okazuje się, że nie wystarczy zamieszkać w okolicy, by zyskać poczucie przynależności. Agatha postanawia się więc, wkupić w łaski sąsiadów i startuje w konkursie na najlepsze ciasto, a że niestety nie umie gotować, kupuje pyszny gotowy wypiek w najlepszej londyńskiej cukierni i podaje za swój wyrób. Konkursu nie wygrywa, a na dodatek główny sędzia po zjedzeniu "jej" ciasta ze szpinakiem umiera. Agatha nie barzo chce uwieżyć, że był to zwykły wypadek i tak zaczyna swoje pierwsze amatorskie śledztwo.

Książka nie należy do tych bardzo objętościowych, właściwie na jej przeczytanie można sobie zarezerwować jeden dłuższy wieczór. Intryga nie jest zbyt wymyślna, dosyć wcześnie domyśliłam się, kto zabija, a ja do domyślnych w tym aspekcie nie należę. Jednak postać Agathy i środowisko w jakim autorka umieściła akcję powieści mnie zaciekawiło i zachęciło do kontynuwania przygody z kolejnymi tomami.
Bohaterka jest osoba, którą nie budzi natychmiastowej sympatii. Trochę wredna, nieufna, ale też przekonana, że wszystko można kupić, po przyjeździe na angielską prowincję przekonuje się, że by zyskać przyjaciół trzeba się trochę napracować. Jednocześnie jej umiejętności, jakie zdobyła prowadząć własną firmę stają się pomocne i na wsi. Jak to zwykle bywa, obie strony czegoś się od siebie uczą.

Wydawca zachęca na okładce, że Agatha to nowa panna Marple. Książek Christie nie czytałam (jeszcze, i wiem, że to trzeba nadrobić), więc nie potrafię się odnieść do tego porównania, ale mnie przyciąga do tych powieści klimat angielskiej wsi. Te małe domki, wrzosowiska, puby, fajnie nakreślone tło obyczajowe. Może mam małe wymagania, co do kryminałów, ale tak sobie myślę, że na wieczorne czytadło, w przerwie innych bardziej pochłaniających lektur, seria o Agathcie sprawdzi się wyśmienicie.


M.C.Beaton
"Agatha Raisin i ciasteczko śmierci"
Edipresse Polska
Warszawa 2012

czwartek, 23 sierpnia 2012

"ŻONA DYPLOMATY" PAM JENOFF

"Żona dyplomaty" to kontynuacja powieści "Dziewczyna komendanta". Ostatnio chyba mam szczęście do czytania powiązanych ze sobą książek w odwrotnej kolejności, ale ponieważ powieści Jenoff znikają z półki w mojej ulubionej bibliotece, jak tylko tam wrócą, postanowiłam zaryzykować i przeczytać od razu drugą część.

Marta zostaje uratowana z niemieckiego obozu koncentracyjnego i trafia do obozu przejściowego, gdzie nabiera sił, by rozpocząć nowe życie w powojennej rzeczywistości. Jest szczęśliwa, że udało jej się przeżyć koszmar wojny i tortur. W szpitalu poznaje nowych ludzi, bardzo zaprzyjaźnia się młodą dziewczyną - Rose, ale szczególną więź czuje z młodym amarykańskim żołnierzem, który odnalazł ją w celi obozu. Niestety, Rose umiera, ale jej ostatnim życzeniem jest, by Marta wyjechała, wykorzystując jej dokumenty do Anglii.

Nie powiem, zaciekawiły mnie losy Marty i przeczytałam tą książkę bardzo szybko, ale prawda jest też taka, że próżno tu szukać jakiejś poważniejszej treści, czy głębszego przekazu. "Żona dyplomaty" jest połączeniem powieści sensacyjnej z romansem. O ile warstwa sensacyjna nawet mnie przekonała i trzymała w napięciu, to wątek romansowy bardzo mnie znudził. Przede wszystkim drażniły mnie wręcz niesamowite zbiegi okoliczności. W powojennym chaosie, jaki panuje w Europie, Marta praktycznie bez problemu trafia na Paula. Jenoff starała się oddać zagubienie młodej dziewczyny po naprawdę trudnych przeżyciach. Obdarzyła ją wolą przetrwania i z tej perspektywy jej uczucie do żołnierza jest w pełni zrozumiałe, ale osobowość głównej bohaterki absolutnie mnie nie przekonała. Odniosłam wrażenie, że jest zbyt naiwna i łatwowierna, a przez to wydała mi się mało wiarygodna. Z tego samego powodu nie uwierzyłam w gorącą miłość Marty i Paula, która rozwinęła się z zastraszającą wręcz prędkością.

"Żona dyplomaty" napisana jest bardzo prostym językiem. Jednak biorąc pod uwagę, że autorka posłużyła się formą pierwszoosobową, pewną nieporadność można wybaczyć. W końcu jeżeli coś komuś opowiadamy, nie silimy się na wymyślne formy, ale wrażenie niewyrobienia stylu pozostaje. Przeszkadzało mi to wczuć się w całą historię, bo dla mnie sposób pisania Jenoff jest taki suchy i pozbawiony dramatyzmu. Kolejne wydarzenia praktycznie nie zostawiły we mnie żadnego poczucia zaangażowania w koleje losów Marty. Generalnie była mi przez większość powieści obojętna.

Mam mieszane uczucia wobec tej pisarki. Z jednej strony podobają mi sie pomysły, na jakich opiera swoje powieści, z drugiej razi mnie wykonanie. W "Żonie dyplomaty" jest za dużo zwykłego romansu, a za mało realizmu. Trudno mi jednak jednoznacznie odradzić Wam przeczytanie tej powieści, bo wiem, że choć nie będę z niecierpliwością wyczekiwać następnej książki Jenoff, to jednak pewnie wezmę do domu, kiedy zobaczę ją na półce w biliotece.


Pam Jenoff
"Żona dyplomaty"
Mira
Warszawa 2009



wtorek, 21 sierpnia 2012

"ZŁOTO ZOI" PHILIP SINGTON

Kocham kupować książki, kocham czytać nowości, ale uwielbiam też mój sobotni rytuał chodzenia po bibliotece i powolne decydowanie, co wziąść tym razem do domu.

Czasy wojen, przewrotów, rewolucji są świetnym tłem dla powieści. Nic tak nie dodaje dramtyzmu jak umieszczenie fabuły w momencie przełomowym, kiedy konczy się stary porządek świata, a zaczyna coś nowego, jeszcze nie do końca ukształtowanego i znanego. Historie miłosne, życie zwykłych ludzi wydaje się wtedy bardziej intrygujące, bo nikt nie wie, co przyniesie następny dzień.

Zoję poznajemy, kiedy tej wydaje się, że już wie co ją czeka. Zamknięta w bolszewickim więzieniu, brutalnie przesłuchiwana, codziennie obserwuje kolejne kobiety wyprowadzane na śmierć. Nieuchronnym znakiem końca jest rozkaz, by pozbierać swoje rzeczy. Pewnego dnia i ona słyszy takie polecenie. Jest przerażona, a ja razem z nią, bo przez te kilka stron zdążyłam się przywiązać do tej młodej dziewczyny przetrzymywanej w nieludzkich warunkach.
Zaczyna się nastepny rozdział i już wiem, że Zoja się uratowała. Została malarką, której intrygujące obrazy fascynują kolekcjonerów i krytyków sztuki. Zainteresowanie budzi nie tylko jej niezwykła technika malowania na złocie, ale i burzliwe, pełne zagadek i tajemnic życie.
Jedno i drugie bada były marszand Marcus Elliot, człowiek, ktorego życie jest na krawędzi. Zlecenie napisania artykułu o Zoi miało być nowym początkiem, punktem zaczepienia. Przeglądając papiery, listy i dokumenty odkrywa nowe fakty z życia sławnej malarki.

Zoja przedstawiona jest jako kobieta pełna sprzeczności. Wychowana w bogatym domu związanym z dworem Romanowów, zmuszona jest pożegnać się z życiem, ktore dla niej zaplanowno. Jednak śmierć carskiej rodziny i rządy bolszewików oferują jej też pewną wolność. Dziewczyna rzuca się w wir ryzykownych zabaw złotej młodzieży. Jest pełna życia i energii, żyje dniem dzisiejszym nie przejmując się co przyniesie jutro. Postać, którą stworzył Philip Sington intryguje. Jej przeszłość poznajemy w epizodach. Składamy ją wraz z Marcusem z pomocą niechronologicznych listów, wspomnień osób, które ją znały, z obrazów. Powoli wyłania się portret osoby pełnej sprzeczności, której chyba nikt nie poznał do końca. Ten barwny obraz psychologiczny jest jednym z wątków tej powieści.
Drugi to proces odkrywania tajemnic Zoi przez Marcusa Elliota i jego własne problemy, które przegrywają z tym osobliwem śledztwem, stającym się isotą jego życia. Próba dotarcia do prawdy o malarce, zmusza go do przeanalizowania swojego życia.

"Złoto Zoi" to po trosze powieść detektywistyna. Elliot błądzi wśród poplątanych wskazówek, próbuje poskaładać luźne epizody, listy od byłych kochanków, wspomnienia w spójną całość. Dosyć szybko orientuje się, że zlecenie wcale nie jest okazją do szybkiego zarobku. Czytelnik zostaje razem z nim wplątany w sieć domysłów, coraz bardziej sensacyjnych scenariuszy, aż w końcu zaczynamy się zastanawiać, co tak naprawdę w tej opowieści jest prawdą, a co świadomą kreacją artystki.

Z dwóch wątków powieści dużo bardziej zainteresowało mnie życie Zoi, jej wybory i tajemnice. Rozwiązanie wątków jest bardzo satysfakcjonujące i z rosnącą niecierpliwością składałam wszystkie wskazówki, a mimo to zakończenie mnie zaskoczyło. Zoja wzbudziła moją sympatię, kiedy już wydawało mi się, że wiem o co chodzi w jej życiu, autor mnie zaskakiwał i musiałam zweryfikować wszystkie swoje założenia. Wątek współczesny natomiast mnie znudził. Odniosłam wrażenie, że Sington nie może się zdecydować w jakim kierunku pchnąć fabułę w czasach współczesnych. Z jednej strony dużo tu powieści detektywistycznej, z drugiej w pewnym momencie wszystko zaczyna skręcać ku powieści sensacyjnej. W połączeniu z osobą bohatera, którego tak daleko idące zaangażowanie staje się w koncu obsesją, sprawia wrażenie niewiarygodnego. Autor karze się motać Marcusowi pomiędzy pragnieniem poznania prawdy o Zoi, a chęcią wyprowadzenia swojego życia na proste tory, wpątując go przy okazji w sensacyjne rozgrywki rodem z thillerów. Za dużo tego wszystkiego. Kolejne pietrzące się przed Marcusem trudności zaczynały mnie nużyć. Z tym większą chęcią wracałam do spokojniejszego wątku Zoi, który niósł jednak ze sobą dużo większy ładunek emocjonalny, pozwalający się zaangażować w losy bohaterki.

Powieść Singtona niełatwo zaszufladkować, choć moim zdaniem nie jest to jej atut, mimo to polecam, bo autorowi udało się stworzyć postać, która zapada w pamięć i wymyka się łatwym osądom.


Philip Sington
"Złoto Zoi"
Muza
Warszawa 2007




środa, 15 sierpnia 2012

"KRÓLOWA SŁODYCZY" SARAH ADDISON ALLEN

Są pisarze i książki, które po prostu lubimy, choć nie można o nich powiedzieć, że są ambitne, że trzeba je koniecznie przeczytać, bo ominie nas coś ważnego. Są takie książki, które trafiają na listę tych natychmiastowo poprawiających humor. Takich dzięki, którym odrywamy się od rzeczywistości i nie bardzo chcemy do niej wracać. Na moją prywatną listę trafiła właśnie Sarah Addison Allen. Pisałam już wcześniej o jej dwóch powieściach: "Słodki smak brzoskwiń" i "Magiczny ogród", a dzisiaj napiszę o "Królowej słodyczy".

Małe miasteczko w Karolinie Północnej nie powinno się wiele różnić od innych takich mieścin. Oparte na turystyce, żyje sobie spokojnie, pogrążone w rutynie kolejnych lat. ale ten spokój jest tylko pozorny. Przez całe lata mieszkańcy żyją życiem najważniejszej osoby w mieście Marca Cirrini. Jego żona i córka były cały czas na celowniku miejscowych plotkarek. Wiele lat po śmierci Marca, dni Josey są wypełnione opieką nad apodyktyczną i chłodną matką, która chyba nie darzy jej szczególnym uczuciem.
Jedyną ucieczką dziewczyny jest szafa, w której mieści się schowek ze słodyczami. Tam też pewnego dnia pojawia się Della Lee i wbrew protestom Josey nie chce się wyprowadzić. Co więcej ośmiela się udzielać rad, a Josey ku własnemu zaskoczeniu czasem ich słucha.

"Królowa Słodyczy" sprawdzi się i na letnim urlopie, i jesienią, ale chyba najlepiej czytać tę książkę zimą z kubkiem kakao i czekoladą pod ręką. Łatwo wpaść w codzienność bohaterów, którą autorka zaprawia odrobiną magii. Ten magiczny klimat to moim zdaniem mocny punkt książek Allen. Lubię postacie, które obdarza niezwykłymi zdolnościami. Jak nie polubić np. Chloe, której w trudnych momentach pomagają pojawiające się znikąd książki?

"Królowa Słodyczy" to powieść o przyjaźni i miłości, ale też o tym, że czasem trzeba się odciąć od przeszłości i zrobić coś tylko dla siebie, by być całkiem szczęśliwym. Allen pisze przy tym bardzo lekkim językiem, trochę z przymróżeniem oka, co sprawia, że jej opowieści czyta się bez pośpiechu, po to by dłużej ciszyć się ich ciepłem. Zwykle nie lubię słowa "urocze", ale tutaj właśnie dobrze oddaje klimat tej powieści. Dla mnie chyba będzie takim książkowym lekarstwem na zły humor.

A już niedługo ukaże się następna powieść tej autorki: "Słodki świat Julii" .
Już zamówiłam. :)


Sarah Addison Allen
"Królowa Słodyczy"
Świat Książki
Warszawa 2010










poniedziałek, 13 sierpnia 2012

"RÓŻE MAJĄ KOLCE" LUANNE RICE

Letnich czytadeł ciąg dalszy. :)

Kiedyś czytałam powieść Luanne Rice "Gwiazdy prowadzą do domu" i miałam wobec niej trochę mieszane uczucia, ale ponieważ nigdy nie oceniam autora po jednej książce, to i przyszedł czas na ponowne spotkanie z tą autorką. Będę jednak całkowicie szczera i przyznam się, żę decyzja ta była również solidnie poparta ceną omawianej książki. W Matrasie kupiłam "Róże mają kolce" za całe 9,90. Czasem wolę nie wchodzić do tej księgarni. Nie jestem w stanie oprzeć sie takim cenom na książkach.
Po dotarciu do domu okazało się, że jest to druga część powieśći "Ta jedna letnia noc", ale właściwie nie trzeba jej znać, żeby połapać się o co chodzi.

Lily Malone to kobieta z po przejściach. Po długiej nieobecności wraca z dziewięcioletnią córką do swojego dawnego domu, który opuściła, by uciec od sadystycznego męża, by opiekować sie chorą babcią. Lily zdaje sobie sprawę, że aby ochronić siebie i córkę, będzie musiała przeciwstawić się Edwardowi. Teraz po latach jest jednak silniejsza, jeszcze bardziej zdeterminowana i ma u swojego boku kochającego Liama. To jeden wątek, ten dominujący. W tle śledzimy losy Marisy Taylor, którą kiedyś prześladował ten sam mężczyzna. Kobiety są dzisiaj przyjaciółkami i wzajemnie sobie pomagają.

"Róże mają kolce" to dla mnie taki typowy przykład powieści, która ma spowodować u czytelniczki potok łez wzruszenia. Skrzywdzona kobieta, szlachetny i honorowy mężczyzna, będący dla niej prawdziwym oparcie i przeszkody, które wspólnie pokonują. Takie to wszystko ku pokrzepieniu serc. Nie zrozumcie mnie źle. Opisy "wyczynów" małżonka Lily przyparwiły mnie o mdłości i naprawdę czułam dla niej współczucie, ale reszta był dla mnie zbyt ckliwa.
Liama powinnam obdarzyć natychmiastową, przecież jest ideałem. Uwielbia swój zawód, kocha zwierzęta. Jak nie lubić kogoś, kto kocha zwierzęta? Ale nie polubiłam, bo wydawał mi się całkiem bez życia. Co więcej wewnetrzne rozważania, bohaterów rozmyślających nad swoim życiem, mnie po prostu nudziły. Autorka poszła tu na łatwiznę i poczułam się jakbym potrzebowała łoptologicznego wytłumaczenia i refertatu pt. "O co w tym życiu chodzi". W połączeniu z praktycznym brakiem akcji, zaowaocowało to kompletną nudą.
Podobała mi się chyba tylko końcowa rozprawa z szujowatym mężusiem. Należało się draniowi.

Powieść Luanne Rice porusza jednak ważny problem przemocy domowej i w innej, mniej melodramatycznej oprawie byłby moim zdaniem bardziej zauważalny i poruszający. A tak trochę utonął w powodzi dobroci i szlachetności całej reszty bohaterów. Fragmenty, kiedy Lily wspomina swoje dawne życie, to kawałki naprawdę dobrej książki, ale i tu autorka postanowiła jeszcze bardziej "uatrakcyjnić" tą postać, robiąc z niego domniemanego seryjnego mordercę. Ja wiem, że życie jest nieprzewidywalne, ale jak dla mnie za wiele grzybków w barszczu.

Po następne książki Rice nie sięgnę. Czuję się pokonana.


Luanne Rice
"Róże mają kolce"
Książnica
Katowice 2010



piątek, 10 sierpnia 2012

CYKL O MERCEDES THOMPSON PATRICIA BRIGGS


Lubię wampiry i wilkołaki. Ale literaturę z ich udziałem dawkuję sobie oszczędnie, bo wiadomo, że wszystko może się w końcu znudzić. Tymczasem od ogromnego sukcesu "Zmierzchu" na rynku, pojawiło się całe mnóstwo romansów paranormalych z wykorzystaniem wyżej wspomnianych gatunków(?), sukkubów, demonów itp. Szczerze powiedziawszy, w większości przypadków nawet mnie nie kusi by kolejną nowość zakupić lub wypożyczyć z biblioteki. Taka moja mała przekora wobec panującej mody.

Ale cykl powieści o Mercedes Thompson lubię i czytam z ciągłym zainteresowaniem. Sympatia jest na tyle duża, że staram się usilnie ignorować pojawiające się czasami podczas lektury poczucie narastającej irytacji.
Książki z tej serii to typowe urban fantasy. Mamy więc dobrze nam znaną rzeczywistość, w której jednak obecna jest aktywnie magia i istoty znane z legend, podań i baśni. Często fabuła koncentruje się na zagadce kryminalnej, którą ma rozwiązać główny bohater. I tak w pierwszej części Mercedes pomaga szukać zaginionej córki lokalnego przywódcy wilkołaków, w drugiej wraz z wampirem Stefanem walczy z innym potężnym wampirem, w trzeciej na prośbę swojego przyjaciela podąża śladami zabójcy, który uśmierca nieludzi. Nie bez znaczenia jest fakt, że dziewczyna jest zmiennokształtna, po przemianie przyjmuje postać kojota, a wychowała się wśród wilkołaków.
Samą Mercy łatwo można polubić. Przede wszystkim jest konkretną babką nie daje sobie pomiatać, łamie wszelkie zakazy, a potem radzi sobie z konsekwencjami. Miła odmiana po bohaterkach, które czekają na ratunek ze strony płci silniejszej. We wszystkich do tej pory przeczytanych częściach podobał mi się też główny wątek fabuły. Bo perypetie Mercedes są zajmujące. Niestety głównie na początku powieści, bo potem rozmywają się w wątku romansowym, który łączy wszystkie tomy i tracą na impecie. Napięcie zamiast stopniowo rosnąć po prostu słabnie.
Ale z drugiej strony życie uczuciowe Mercy też jest ciekawe. Jak mogłoby być inaczej, kiedy jest się obiektem zainteresowania dwóch wilkołaków? Jeżeli lubicie podobne, tyle że wampiryczne, wątki w "True Blood", to jest to coś dla was. A Mercedes naprawdę nie jest, tak wkurzającą postacią jak Sookie. W gruncie rzeczy te dwa cykle powieściowe wiele łączy, ale osoba głównej bohaterki karze mi jednak opowiedzieć się stanowczo za tym autorstwa Patricii Briggs.
Kiedy się patrzy na książki o Mercy, widzi się przyjemnie grube czytadła. Już się człowiek nastawia na długie godziny czytania i tu niestety przychodzi jedno z większych rozczarowań. Bo z jednaj strony, jak już wspomniałam intryga jest nawet nieźle poprowadzona, czyta się to szybko i lekko, ale kiedy wyłuska się z tych wszystkich stron zasadniczą fabułę, zajmuje ona naprawdę niewiele miejsca.
Duża część kolejnych książek to streszczenie poprzednich przygód dziewczyny,powtarzanie zasad funkcjonowania wilkołaczych sfor, opisów przemiany Mercedes, czy relacjonowanie kolejnych rozterek, z którym wilkiem się związać. Wiem, że dzięki temu można czytać cykl od dowolnej części, ale na dłuższą metę, to zniechęca. No i ta wybrana przez wydawnictwo czcionka też dodaje stron. Jeśli macie czas, przeczytanie powieści to tylko kwestia kilku wolnych godzin.

No, ale tak sobie narzekam, a czytam dalej. I będę, bo w trzeciej Mercedes wybrała właśnie wilkołaka, którego polubiłam bardziej. A, co tam, każdy musi mieć jakieś guilty pleasure. :)


Patricia Briggs
"Zew księżyca"
"Więzy kości"
"Pocałunek żelaza"
"Znak kości"
Fabryka Słów


środa, 8 sierpnia 2012

BARDZO SPÓŹNIONE PODSUMOWANIE LIPCA :)

Lipec był czytelniczo dobry, chociaż ostanio ogólnie nie mogę narzekać. Czytam więcej niż przed rokiem. Może to prowadzenie bloga, na to wpłynęło, może to, że mam trochę więcej czasu. Ważne, żeby ta tendencja się utrzymała.

W lipcu przeczytałam następujące książki:

1. "Zbrodnia w błękicie" Katarzyna Kwiatkowska - zrecenzowane
2. "Wpływowe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej" Sławomir Koper - zrecenzowane
3. "Martwe Jezioro" Olga Rudnicka - zrecenzowane
4. "Dziedzictowo" Pam Jenoff - zrecenzowane
5. "Dziennik norymberski" G.M. Gilbert - zrecenzowane
6. "Kacper Ryx" Mariusz Wollny - zrecenzowane
7. "Ostatnia podróż Valentiny" Santa Montefiore
8. "Szpiedzy w Warszawie" Alan Furst
9. "Maria Antonina: podróż przez życie" Antonia Fraser
10. "Korona śniegu i krwi" Elżbieta Cherezińska - zrecenzowane
11. "Siostra" Rosamund Lupton
12. "Debiutantka" Kathleen Tessaro
13. "Lokatorka Wildfell Hall" Anne Bronte - zrecenzowane
14. "Pamiętnik z przyszłości" Cecelia Ahern - zrecenzowane

Jak widać opisałam swoje wrażenia z większości książek, co uważam za dobry wynik. Trzy ksiązki pochodzą z własnych półek, reszta z biblioteki. Czy już wspominała, że uwielbiam swoją gminną wypożyczalnię. Jeśli nie, to właśnie to czynię. :))))

Nie będę pisać o planach na sierpień, bo ich nie mam. :) Zobaczymy, co uda się pożyczyć z biblioteki, a może i coś przybędzie do domowej biblioteczki.



poniedziałek, 6 sierpnia 2012

"PAMIĘTNIK Z PRZYSZŁOŚCI" CECELIA AHERN

Lato sprzyja czytadłom. Nawet jeśli nie siedzimy na plaży, to pogoda sprawia, że łatwiej sięgnąć po coś lekkiego do czytania. Upały, które panowały w zeszłym tygodniu i mnie skłoniły do przeczytania kilku powieści dla zabicia czasu. Poświęcę im kilka najbliższych wpisów. Jak to zwykle bywa, jedne podobały mi się bardziej, inne mniej. Zacznę od "Pamiętnika z przyszłości" Cecelii Ahern.

Chyba nie polubiłabym Tamary Goodwin, gdybym miała ją w swojej klasie w liceum. Szesnastolatka wychowała się bogatej rodzinie i nigdy niczego jej nie brakowało. Jest rozpieszczona i samolubna, szkołę traktuje z lekceważeniem, a weekendowe wieczory to wymykanie się z domu i upijanie na plaży z koleżankami. Wszystko jednak się zmienia, kiedy ojciec Tamary popełnia samobójstwo. Okazuje się wtedy, że z dużego majątku nic nie pozostało, a Tamara z mamą muszą się wyprowadzić na wieś do krewnych.
Jak łatwo się domyślić dla młodej dziewczyny jest to szok. Wrzucona na głęboką wodę Tamara czuje się zagubiona i niezrozumiana, do momentu kiedy z objazdowej biblioteki wypożycza niezwykłą książkę.

Jak już pewnie zdążyliście się zorientować, lubię powieści z tajemnicą. I taką taki jest "Pamiętnik z przeszłośći". Bardzo szybko zainteresowały mnie perypetie dziewczyny osieroconej przez ojca i zmuszonej, żeby sobie poradzić w całkiem obcym środowisku. Początkowo bardzo niesympatyczna Tamara, z czasem okazała się po prostu kimś, kogo można polubić i zaczęłam jej kibicować. Wydawało mi się, że ta książka będzie powieścią o metamorfozie dziewczyny z rozpieszczonego dzieciaka w uroczą młodą kobietę. To też, ale nie tylko. W trakcie swojego pobytu na wsi Tamara rozwiązuje też zagadkę z przeszłości swojej rodziny.

Cała intryga jest odpowiednio zaplątana, żeby z ciekawością śledzić działania Tamary, a rozwiązanie okazuje się przyjemnie zaskakujące, choć po zastanowieniu nie znajduję w nim nic szczególnie nowego. Niemniej czyta się to bardzo szybko, z zaangażowaniem, a dodatkowym plusem są dobrze nakreślone postacie, wiarygodne psychologicznie, które po pewnym czasie zaczynają intrygować.
Jeśli dodamy do tego irlandzkie krajobrazy, w tle opuszczony i zrujnowany zamek to otrzymujemy naprawdę niezłe czytadło na lato.
Coś mi jednak przeszkadzało. Uważam, że pomysł na jaki wpadła autorka nie został do końca wykorzystany. W moim przypadku było tak, że "Pamiętnik z przyszłości" zajął mi czas, ale nie zachwycił. Pewnie znacie to uczucie. Książka podoba się w trakcie czytania, czekamy co będzie dalej, ale przychodzi koniec, a my nie mamy poczucia, że chcemy więcej i więcej. Nie żałowałam, że nie ma kolejnych 50, czy nawet 150 stron.
Idealne na plażę, na ciepłe popołudnie w ogrodzie i na zabicie czasu zimą, ale wracać do tej książki naprawdę nie będzie potrzeby.


Cecelia Ahern
"Pamiętnik z przyszłości"
Świat Ksiązki
Warszawa 2011

piątek, 3 sierpnia 2012

"ZABIĆ DROZDA" HARPER LEE

Jest lato, południe USA, lata wielkiego kryzysu. Jem i jego młodsza siostra, zwana Smykiem, spędzają to lato jak każde inne. Jem i Smyk są dziećmi Atticusa Fincha, adwokata, człowieka już nie młodego. Ponieważ ich matka zmarła w wychowywaniu tej dwójki pomaga czarnoskóra gospodyni. Wraz ze swoim przyjacielem Dillem bawią się w domku na drzewie, kapią w sadzawce i psocą. Ich ulubionym zajęciem są próby wyciągnięcia z domu tajemniczego sąsiada, którego nigdy nie widziały. Wyobraźnia podpowiada im kolejne niesamowite historie o Arturze Radley'u, a zabawa polegająca na odgrywaniu fikcyjnych wersji jego życia przez dłuższy czas, pochłania trójkę dzieciaków.


Pierwsza połowa książki jest bardzo spokojna. Właściwie można odnieść wrażenie, że okolica, w której żyją dzieci jest idealna, jednak to tylko pierwsze wrażenie.
Z pojedynczych wydarzeń i elementów autorka buduje obraz świata, w którym nic nie jest łatwe. Rodzice Dilla zapewne nie mogą pozwolić sobie na jego utrzymanie, dlatego chłopiec krąży od krewnych do krewnych, u jednego spędzając rok szkolny, u drugiego wakacje. Pierwszy dzień szkoły Smyka to też okazja do pokazania biedy w jakiej tkwi duża część społeczeństwa. Dzieci wagarują, nie mają drugiego śniadania, a wszy to nic dziwnego.
Mimo tego życie w miasteczku przebiega raczej spokojnie, a codzienność Jema i Smyk jest ustabilizowana. To się jednak zmienia za sprawą nowego klienta ich ojca. Atticus Finch podejmuje się obrony czarnego mężczyzny, oskarżonego o gwałt na białej kobiecie.

Wydarzenie to sprawia, że dzieci trochę inaczej zaczynają patrzeć na otaczającą ich rzeczywistość. Wartości jakie przekazuje im ojciec, poczucie sprawiedliwości, szacunek dla każdego człowieka, stoją w opozycji do tego, co myśli większość miasteczka. Okazuje się, że sąsiedzi, których zna się od zawsze mogą być niebezpiecznymi, ślepymi na prawdę fanatykami. Mimo sprzeciwu dużej części mieszkańców Atticus ma jednak odwagę podążać za własnymi przekonaniami. Dla jego dzieci proces Toma Robinsona stanie się końcem etapu sielskiego i beztroskiego dzieciństwa.

Całą historię poznajemy z punktu widzenia małej Smyk, dziewczynki wychowanej wsród chłopców, dziecka bardzo bystrego. Jej spojrzenie jest świeże i po trosze nawine. Jako, że dopiero zaczyna poznawać życie, może sobie pozwolić na inne spojrzenie na świat. Jej spostrzeżenia odarte są z uprzedzeń i bardzo emocjonalne.

Początkowo powieść sprawia wrażenie luźno zwązanych epizodów, później jednak przeradza się prawie w thiller sądowy, a opis rozprawy decydującej o losie Toma Robinsona naprawdę trzyma czytelnika w napięciu. Jednocześnie cały czas możemy się delektować pięknym językiem, jakim jest napisana. Polecam.

Harper Lee
"Zabić drozda"
Książka i Wiedza
Warszawa 1979








środa, 1 sierpnia 2012

"LOKATORKA WILDFELL HALL" ANNE BRONTË

"Lokatroka Wildfell Hall" była moim pewnikiem na długi i wolny weekend. Zaczęłam czytać w piątek wieczorem i z trudem przerwałam, żeby pójść w końcu spać. Lubię "Wichrowe wzgórza" i "Dziwne losy Jane Eyre" - książki Emily i Charlotte Brontë. Co ciekawe ze wszystkimi tymi opowieściami najpierw zaznajomiłam się w wersji filowej. Przejście do książkowych pierwowzorów nie niosło jednak ze sobą żadnego poczucia rozczarowania i nadal czasem wracam do tych powieści.

W opuszczonym i prawie zrujnowanym dworze Wildfell Hall niespodziewanie zamieszkuje Helen Graham z małym synkiem. Kobieta raczej niechętnie nawiązuje znajomości z siąsiadami. Oczywiście wzbudza tym samym coraz szersze zainteresowanie, a plotki na jej temat zaczynają być coraz śmielsze. Szczególnie zaintrygowany osobą Helen jest młody ziemianin - Gilbert Markham. Między nimi zawiązuje się nić sympatii, zrozumienia, która wkrótce przeradza się w uczucie bardziej gorące. Jak łatwo się domyślić w jej przeszłości kryje się tajemnica, którą Gilbert poznaje z lektury pamiętnika młodej kobiety.

"Lokatorka Wildfell Hall" to powieść w formie listu, w którym Gilbert opisuje dzieje swojej znajomości z Helen dawnemu przyjacielowi. Autorka oddaje głos Helen, kiedy przeszłość kobiety poznajemy z zapisów w jej dzienniku. Tym sposobem wydarzenia przedstawione są z dwóch punktów widzenia, co pozwala na wypełnienie wszystkich potencjalnych luk w fabule.

Wątek romansowy to nie jest uczucie namiętne, skazane na klęskę jak w "Wichrowych wzgórzach". Tutaj miłośc gra rolę drugoplanową. Na pierwszy plan wysuwa się walka kobiety, która kiedyś popełniła błąd o niezależoność i wolność. O możliwość samodzielnego decydowania o sobie i wychowaniu swojego dziecka. Helen od razu zyskała moją sympatię. Jest dzielna, myśli logicznie i nie rozczula się nad sobą. Woli działać. Feministkom by się podobało.
Z drugiej strony powieść jest wnikliwym studium upadku osoby, dla której nie ma zachamowań moralnych, a uzależnienie od alkoholu przejmuje władzę nad rozsądkiem. Autorka w bardzo obrazowy sposób opisuje środowisko tzw. przyjaciół, którzy naprawdę są tylko kompanami w rozrywce. Kiedy ta się kończy, znikają bezpowrotnie zostawiąjąc dawnego towarzysza bez najmniejszych skrupułów.
Uważa się, że insipracją w tworzeniu tego wątku były losy  brata sióstr Brontë, Branwella, którego życie skróciły narkomania i alkoholizm. Autorka daje tu jednak nadzieję i wskazówki jak uniknąć takiego losu. Tym samym powieść nie jest pozbawiona pewnej dozy dydaktyzmu, który nie jest jednak nachalny.
Nie szukajcie w tej książce wartkiej akcji. Tutaj ważną rolę pełni tło, na które składają się opisy stosunków społecznych. Bardzo rozwinięta jest warstwa obyczajowa, która ukazuje np. proces wchodzenia w dorosłe życie młodej kobiety i pokusy na jakie jest narażona. Jednak postacie, stworzone przez Anne Brontë są pełne życia. Gilbert Graham często daje sie ponieść uczuciom. Nawet Helen, która w swoim pamiętniku wpada często w ton bardzo moralizatorski, nie jest pozbawiona momentów zwątpienia, które wzbudzają nasze współczucie.

Lektura tej powieści była prawdziwą przyjemnością, chwilą oddechu od współczesności. Lubię zagłębić się w rzeczywistość tak różną od dzisiejszej. Społeczeństwo, w którym rządzą konwenanse wydaje się sztywne i bardzo nudne. Trzeba jednak pamiętać, żę pod tymi zasadami kryli się ludzie, którzy również żyli, czuli, kochali i niewidzili. Historyczne powieści współczesne, stylizowane na podstawie dawnych obyczajów i tradycji, rzadko oddają prawdziwego ducha przeszłości. Korzystajmy więc, kiedy możemy zaznajomić się z dziełem, które powstało, kiedy wszystkie te zasady były jeszcze żywe.

To co mnie bardzo pociąga we wszystkich powieściach sióstr Brontë, ktore do tej pory czytałam, to niesamowity klimat, jaki potrafiły stworzyć. Te dwory, wrzosowiska... Aż chce się jechać i zobaczyć to na własne oczy. Może kiedyś. :)

Anna Brontë
"Lokatorka Wildfell Hall"
MG
Warszawa 2012







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...