poniedziałek, 30 lipca 2012

"DZIENNIK NORYMBERSKI" G.M. GILBERT

Hermann Göring, Rudolf Hess, Joachim von Ribbentrop, Wilhelm Keitel, Ernst Kaltenbrunner, Alfred Rosenberg, Hans Frank, Wilhelm Frick, Julius Streicher, Walter Funk, Hjalmar Schacht, Karl Dönitz, Erich Raeder, Baldur von Schirach, Fritz Sauckel, Alfred Jodl, Franz von Papen, Arthur Seyss-Inquart, Albert Speer, Konstantin von Neurath, Hans Fritzsche - oskarżeni sądzeni przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze.
Proces trwał od listopada 1945 do pażdziernika 1946 roku.

Gilbert był psychologiem więziennym w czasie procesu. Rozmawiał z więźniami, słuchał ich, przeprowadzał testy na inteligencję, obserwował, próbował zrozumieć co sprawiło, że wszyscy ci ludzie dokonali tylu okropieństw. A potem zapisywał. Tak powstał dokument obrazujący stan umysłowy przywódców nazistowskich po zakończeniu wojny.

To trudna lektura. Wymaga skupienia i mocnych nerwów. W pewnym momencie musiałam przerwać i wróciłam do niej dopiero po dłuższym czasie.
Gilbert stara się nie osądzać, jego głównym celem jest dotarcie do powodów tak mocnego zawierzenia z gruntu zbrodniczej ideologii. Jego umiejętne pytania odsłaniają kompleksy, poglądy, wreszcie kłamstwa budowane na użytek sędziów. Bo niektórzy do końca próbują udawać, że nie wiedzieli, nie byli świadomi, że wszystko rozegrało się właściwie poza nimi na tajnych spotkaniach Hitlera z kimś innym. Zasłaniają się koniecznością wykonania rozkazu, posłuszeństwem wobec zwierzchników, do końca przekonują, że chcieli czegoś innego.
Inni, jak Göring, pozostają wierni Hitlerowi. Wierzą, że to co robili było słuszne. Nie przekonują ich nawet filmy dokumantalne z obozów koncentracyjnych.
Nawet w obliczu śmierci zawierają sojusze, knują intrygi, by pogrążyć współwięźniów, żądają uznania i docenienia ich intelektualizmu. Gilbert cały czas ogląda walkę o władzę zamkniętą na małej przestrzeni więzienia, stołówki i spacerniaka.

"Dziennik norymberski" ukazuje się w Polsce po raz pierwszy. I ten czas też trochę weryfikuje przekaz książki. Nie do przecenienia jest jej wartość dokumentalna. To świadectwo prawdziwego Zła. Ale jest i druga strona medalu. Nie sposób niektórym argumentom oskarżonych, związanych z działaniami ZSRR nie przynać racji. Tymczasem Gilbert prześlizguje się po tym bez żadnego komentarza. Z tego punktu widzenia to też obraz Związku Radzieckiego, jako sojusznika.
Ciekawie czyta się to z perspektywy lat.

Mimo, że książka napisana jest przez psychologa, autor nie używa wielu terminów ze specjalistycznego słownictwa, dzięki czemu język nie sprawia trudności laikowi w tej dziedzinie. Gustave Mark Gilbert nawiązał kontakt z oskarżonymi. Był przez nich chętnie widziany, dzięki temu uzyskał obszerne wypowiedzi na temat roli tych więźniów w II wojnie światowej. Czy były do końca szczere, tego chyba nie mozna rozstrzygnąć. Trafnie dobrane cytaty obrazują jednak stres jakim zostają poddani w trakcie procesu. Jakby do końca nie mogli uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, że są sądzeni, że przyjdzie im odpowiedzieć za swoje zbrodnie. I to przed kim? Przed sędziami, których z jednej strony lekceważą, z drugiej zaś wypatrują każdej oznaki sympatii.
Gilberta szczególnie zajmuje osoba Hessa, który doznaje kilku ataków amnezji, zapalczywego Göringa, czy Franka, utrzymującego nawrócenie na wiarę chrześcijańską i chęć odpokutowania za swoje czyny. Każda z tych postaw zastanawia, karze dociekać źródeł podejmowaniach decyzji, które doprowadziły do tylu ludzkich tragedii.

"Dziennik norymberski" to obraz reakcji ludzi na przegraną, to obraz postawy w obliczu spodziewanego końca.
Warto przeczytać.


G.M. Gilbert
"Dziennik norymberski"
Świat Ksiązki
Warszawa 2012



piątek, 27 lipca 2012

STOS NA WEEKEND

Stos na pierwszy od dawna, całkiem wolny weekend. Zamierzam czytać, oglądać filmy i objadać się lodami. Książki z biblioteki już są, z filmów będzie "Dziewczyna z tauażem" i "Mój tydzień z Marylin", a smak lodów jeszcze muszę obmyślić. :)))

Zdjęcie robione na szybko telefonem. Wybaczcie marną jakość.

1. Susan Mallery "Za milion dolarów"
2. Katarzyna Michalak "Poczekajka"
3. Kathleen Tessaro "Debiutantka"
4. Frederigue Deghelt "Babunia"
5. Cristina Lopez Barrio "Ogród wiecznej wiosny"
6. Viviane Moore "Ludzie wiatru"
7. Anne Bronte "Lokatorka Wildfell Hall" 

środa, 25 lipca 2012

"SMILLA W LABIRYNTACH ŚNIEGU" PETER HOEG

Smilla Jaspersen - Grenlandka z urodzenia, zna się tylko na lodzie. Tylko lód jest dla niej zrozumiały. Swoje jedyne szczęśliwe chwile spędziła w dzieciństwie wśród śniegów Grenlandii. Po śmierci matki, zmuszona żyć w Danii, egzystuje próbując się gdzieś zakotwiczyć. Swoją znajomość śniegu i lodu wykorzystuje w kolejnych pracach, nie pomaga to jej jednak przystosować się do otoczenia. Żyje więc całkiem sama, wykorzystując poczucie winy ojca, by wyłudzać od niego pieniądze, które pozwalają jej żyć wśród luksusowych dodatków.

Jej jedynym łącznikiem z Grenlandią staje się syn sąsiadki - Esajas. Tak samo obcy w europejskim otoczeniu jak ona. Staje się dla niej powiernikiem jej wspomnień o krainie i zwyczajach dzieciństwa, które tylko on rozumie i przejmuje. Ona zaś opiekuje się nim, kiedy jego matka przepija kolejne pieniądze z zasiłku.

Pewnego dnia Esajas spada z dachu. Policja orzeka wypadek, ale Smilla wie, że chłopiec miał lęk wysokości. Coś musiało go zmusić, by wszedł tak wysoko. Wraz z sąsiadem rozpoczyna prywatne śledztwo.

W pierwszej warstwie jest to powieść kryminalna. Jest więc ustalony porządek, w który wkrada się niespodziewane wydarzenie. W tym wypadku prawdopodobne mordestwo, którego przyczyny i sprawcę należy ustalić w toku śledztwa. W drugiej warstwie jest to powieść o ludziach. O tym, jak bardzo w rzeczywistości są niedostosowani i samotni. Smilla odkrywając przyczynę morderstwa, która tkwi w tak bliskim jej śniegu, w rzeczywistości błądzi wśród ludzkich pragnień, namiętności, obsesji i słabości.

Eskimosi mają wiele określeń na śnieg i lód. Znają etapy jego powstawania, różne postacie. Czytając opisy śniegu odnosiłam wrażenie, że jest on żywym, ciągle zmieniającym się organizmem. Tak jak człowiek. Przekształcenia, którym podlega lód są dla Smillii zrozumiałe, ludzie natomiast zawsze byli dla niej mało istotnym dodatkiem do jej świata. Dopiero śmierć Esajasa to zmienia. By odkryć tajemnicę jego śmierci, Smilla musi się zmierzyć z nieznanymi jej dotąd uczuciami. Poznaje osoby, które decydują się jej pomóc, nawet za cenę ujawniena własnych tajemnic. To one pomagają jej przejść przez labirynt niedomówień otaczających śmierć Esajasa. Kobieta uczy się czytać w nich tak jak w lodzie, by odkryć przyczynę śmierci chłopca, który był jej jedyną prawdziwą rodziną. Rodziną z wyboru.

"Smilla w labiryntach śniegu" pochłania wszystkie myśli czytającego. Jest jedną z tych książek, od których nie można się oderwać, póki nie poznamy zakończenia. Autor niezwykle oszczędnym językiem, kojarzącym się ze śnieżnym i zimnym krajobrazem Grenlandii, kreśli obraz ludzkich osobowości. Równie łatwo, jak można się zgubić w pozbawionym punktów orientacyjnych lodowym krajobrazie, gubimy się wśród ludzkich decyzji. Smilla uczy się nie błądzić w tym labiryncie, tak jak już od dawna nie błądzi w śnieżnych labiryntach.

Być może odczuwamy pewne rozczarowanie, wraz z Smillą, dowiadując się, dlaczego zginął Esajas. Rozwiązanie zagadki okazuje się trochę zbyt błahe. Jakby zbyt przyziemne. Ale jest to przecież zakończenie godne dobrego kryminału. Naprawdę istotna jest jednak droga, którą przebywa Smilla, by to zakończenie odkryć.
Opublikowane w Biblionetce:
http://www.biblionetka.pl/book.aspx?id=9574


Peter Hoeg
"Smilla w labiryntach śniegu"
Świat Książki
Warszawa 1996

poniedziałek, 23 lipca 2012

"KORONA ŚNIEGU I KRWI" ELŻBIETA CHEREZIŃSKA

Cherezińska po raz kolejny sięga do historii Polski. I dobrze, bo powieści historycznych opartych na dziejach naszego państwa naprawdę brakuje.
Akcja najnowszej powieści autorki "Gry w kości" toczy się w czasach rozbicia dzielnicowego, kiedy to Polska stanowiła szereg większych i mniejszych księstw, których to interesy często się rozmijały, a powodzenie i byt zależne były od skompikowanych sojuszy, popartych np. mariażami między dziećmi książąt.  Sztuką było dobrać sobie właściwych przyjaciół, by z wprawą i bez szkody lawirować pomiędzy wszechobecnymi intrygami.

Cherezińska nie pisze nudnych opracowań, podręcznikowych notatek. W jej powieści praktycznie nie ma stylizacji językowej. Przyznam, że po lekturze "Kacpra Ryxa" brakowało mi tego elementu, ale tylko na początku. Szybko "wsiąkłam" w fabułę i później już raczej nie przeszkadzało mi, że boaheterowie posługują sie językiem współczesnym nam. Może to i lepiej, bo w takiej formie powieść ma szansę trafić do szerszego grona odbiorcy, a język polski jakim posługiwano się w średniowieczu byłby dla nas praktycznie niezrozumiały.

Piastowie byli do tej pory dla mnie martwi. Byli, bo byli opisani na paru lekcjach w liceum i to wszystko. Cherezińska wprowadza na karty swojej powieści ogrom postaci, wśród których przynajmniej początkowo można się pogubić, szybko jednak umiejscawiamy książęta na właściwych ziemiach i zaczynamy kibicować swoim faworytom. A jest w kim wybierać, bo ród był niezwykle barwny i awanturny. Autorka skupia się procesie dojrzewania i dochodzenia do władzy Przemysła II. Kreśli przy tym szeroką panoramę stosunków pomiędzy nim i innymi książętami piastowskimi. Są więc i postacie szlachetne jak Bolesław Pobożny, opiekun młodego księcia, od początku popiarający i działający na rzecz zjednoczenia ziem polskich, jest Bolesław Wstydliwy i jego roztaczająca aurę świętości żona - Kinga. Jest świetnie opisany młody Władysław Łokietek, postać zawzięta i zadziorna. Z drugiej strony mamy też prawdziwy czarny charakter w postaci Matyldy Askeńskiej, kobiety, którą w pewnych momentach miałam ochotę po prostu udusić.

Te historyczne postacie, które utożsamiamy z datami i ważniejszymi wydarzeniami, zyskują prawdziwe życie wypełnione prawdziwymi uczuciami. Są nieposkromieni. Kochają przyjaciół i porywają swoich wrogów, zwierają sojusze, by zaraz zdradzić, albo zostać zdradzonym. Stają się po prostu nam bliscy.
Sam Przemysł II przedstawiony jest w nieco wyidealizowany sposób. Owszem popełnia błedy, ale wynikają one raczej z braku doświadczenia. W życiu prywatnym jest zaś szczęśliwym mężem pierwszej i drugiej żony, a i z trzecią były szanse na ułożenie poprawnych stosunków. Tymczasem istnieją przesłanki, że pierwsza żona została zamordowana, bo nie mogła mu dać dziedzica. Jak było naprawdę?
Faktem jest, że w powieści Przemysł jest bohaterem, za którym można iść w ogień. Najpierw młodzieniec, potem samodzielny mężczyzna obdarzony misją, którą chce za wszelka cenę wypełnić, wreszcie król. Autorka tworzy pełnowymiarową postać, która zmaga się z początkową niepewnością, walczy o niezależność, zyskuje i umie sobie zaskarboć prawdziwych przyjaciół. A opisy jego małżeńskiego szczęścia są jednymi z najlepszych jakie czytałam. Cherezińska ma prawdziwy talent do przelewania uczuć na papier. Nie ma tu ckliwości, tandetnego romantyzmu, czy kiczu. Jest ciepło, namiętność i miłość.
.


Średniowiecze było, a dla nas pozostaje czasem legend. Wierzono w demony, przesądy, potwory czychające na niewinnego człowieka, a świat był nieustannym polem walki pomiędzy siłami Dobra i Zła. Diabeł kusił, a święci chodzili wśród zwykłych ludzi. Na stronach "Korony śniegu i krwi" ożywają więc zwierzęta herbowe poszczególnych rodów, odzwierciedlając uczucia, pragnienia i myśli swoich panów. Pojawiają się wilkołaki, dawne wierzenia nie wyparte przez chrzescijaństwo walczą o przetrwanie.
Szczególnie przypadły mi do gustu fragmenty przenoszące akcję do Krakowa, do Bolesława Wstydliwego i jego żony Kingi. Opisana z przymrużeniem oka i ciepłym humorem para, która dostąpiła świętości za życia, swobodnie komunikująca się z aniołami, wzbudziła moją szczerą sympatię. Uśmiech nie schodził mi z twarzy, kiedy czytałam o tym małżeństwie.

Rozpisałam się w samych superlatywach i sama się teraz zastanawiam, czy ta książka naprawdę nie ma złych stron. Ma z pewnością, ale wybaczcie pozostanę na nie ślepa. Może kiedyś do niej wrócę i i wtedy zrobię aneks do notki. A tymczasem czekam i trzymama kciuki za ciąg dalszy.

Chcę więcej. :)

A tak na marginesie, Zysk i S-ka umie pieknie wizualnie wydawać książki i za to też brawa.


Elżbieta Cherezińska
"Korona śniegu i krwi"
Zysk i S-ka
Poznań 2012


Zdjęcie: http://www.cherezinska.pl/korona_index.htm




piątek, 20 lipca 2012

"WPŁYWOWE KOBIETY DRUGIEJ RZECZYPOSPOLITEJ" SŁAWOMIR KOPER

Osoby znane z historii Polski, polskiej literatury i sztuki. Wielcy twórcy i zwykli ludzie. Za ich dziełami kryje się życie, często tak samo ciekawe jak ich twórczość.
W szkole uczą nas zarysów biograficznych, poznajemy ich przez ich dzieła. Zapominamy, że nie są instytucjami do podziwiania. Sławomir Koper w swojej książce przypomina ich losy, skanadale jakie stały się ich udziałem. Mowa o kobietach Drugiej Rzeczypospolitej, żonach polityków, pisarkach, poetkach, artystkach.
Mowa o epizodach pomijanych, przmilcznych lub wspominanych tylko na malutkim marginesie, tak żeby łatwo było przeoczyć.

Na stronach tego opracowania znajdziemy szereg fascynujących histrorii, które napisało życie. Maria Konopnicka i Maria Dąbrowska związane z kobietami, Zofia Nałkowska protektorka początkujących pisarzy, Maria Pawlikowska - Jsanorzewska poszukująca prawdziwej miłości. Kobiety związane z Tadeuszem Boy'em Żeleńskim i Stanisławem Ignacym Witkiewiczem.
Ta książka to szereg rysów biograficznych kobiet, które miały odwagę przeciwstawić się zasadom, w jakim je wychowano. Autor kreśli tło historyczne, które miało duży wpływ na kształtowanie się niezależnej postawy wobec oczekiwań społeczeństwa. Walka o przyznanie kobietom prawa do głosu, rozwijający się fenimizm to procesy, które dały kobietom odwagę, by zawalczyć o to, by podejmować decyzje samodzielnie.

Dwudziestolecie międzywojenne było okresem bogatym w osobowości. Środowisko polityczne i literackie to osoby, które się znały i spotykały. Wydarzenia z życiorysu jednych były szeroko i barwnie komentowane przez innych. Romanse, "wymiana" małżonków, kochanki i kochankowie - tutaj nic się nie uktyło. Wraz z autorem zaglądamy do sypialni i poznajemy nieraz bardzo duszną atmosferę poszczególnych związków, obserwujemy wybuchy zazdrości, śledzimy intrygi, ale i drogę zawodową i karierę tych wpływowych kobiet. Czas Drugiej Rzeczypospolitej szybko się skończył, a bohaterkom przyszło się zmierzyć z II wojną światową i PRL-em.


I tylko jedno zastrzeżenie mam do tej książki. Rozbudziła apetyt na więcej.


Sławomir Koper
"Wpływowe kobiety Drugiej Rzeczypospolitej"
Bellona
Warszawa 2011

środa, 18 lipca 2012

"KACPER RYX" MARIUSZ WOLLNY

Powieść łotrzykowska, awanturnicza w realiach renesansowego Krakowa, pełna wydarzeń historycznych zazębiających się z fikcja literacką, barwna i wciągająca. Chcecie taka przeczytać? sięgnijcie po przygody Kacpera Ryxa.

Kacper Ryx to takie dziecko ulicy sprzed wieków. Znaleziony pod drzwiami szpitala, wychowany przez zakonników, przygarnięty przez karczmarkę, która go karmiła w okresie niemowlęcym, teraz student medycyny, poeta. Poznał zycie od podszewski, nieobcy mu fach złodziejski, niczego się nie boi,  jest żądny przygód i wyzwań.
Na prośbę Jana Kochanowskiego podejmuje się onaleźć skradzioną pieczęć królewską. Nawet nie podejrzewa, że jest to początek serii ekscytujących wydarzeń.
Wraz ze swoim najlepszym przyjacielem, Mikołajem Sępem Szarzyńskim wplątuje się w intrygi dworskie i poznaje możnych tego świata.

Akcja powieści toczy się w czasie panowania Zygmunta Starego. Zrozpaczony po śmierci ukochanej Barbary władca, szuka zapomnienia we wspomnieniach, co postanawiają wykorzystać dworscy karierowicze. Sprowadzony przez nich Twardowski przekonuje króla, że sprowadził Barbarę z zaświatów.
A jest to zaledwie początek opowieści, na którą składaja się szereg wydarzeń gładko wynikających z siebie.

Autor bardzo sprawnie odmalowuje tło historyczne. Poznajemy barwny Kraków, środowisko złodziei pełne tajemniczych zasad funkcjonowania, realia studiowania w tamtych czasach, kiedy to bycie żakiem wiązało się z szeregiem przywilejów, a uczelnia była prawie państwem w państwie. W tle ciekawej fabuły poznajemy realia życia w renesansowym mieście. Historia podana w bardzo przystępnej formie. Towarzyszy temu umiejętna stylizacja językowa z całym bogactwem zapożyczeń i łaciną. Jest autentycznie, ale czyta się to bez problemów.

Wartka akcja sprawia, że od powieści nie można się oderwać. Mniej więcej w połowie zaczęłam się naprawdę cieszyć, że to dopiero pierwsza część z serii przygód Kacpra.


Mariusz Wollny
"Kacper Ryx"
Otwarte
Kraków 2007




poniedziałek, 16 lipca 2012

"DZIEDZICTWO" PAM JENOFF

Charlotte Gold to młoda, ambitna prawniczka. Mogłaby pracować w największych światowych organicacjach, ale poświęciła się pomocy nieletnim. Broni ich jako adwokat z urzędu. Kiedyś myslała, że jej życie będzie wyglądało całkiem inaczej, ale narzeczony znalazł sobie inną, w czasie kiedy Charlotte opiekowała się chorą na raka matką. To wydarzenie podkopało jej poczucie własnej wartości. Teraz jej codzienność jest bardzo spokojna i uporządkowana.
Jednak Charlotte czegoś brakuje, a uświadamia jej to wizyta Briana. Początkowo kobieta ma nadzieję, że Brian zdał sobie w koncu sprawę, że ich związek był prawdziwy, że tak naprawdę byli dla sibie stworzeni. Mężczyzna szybko jednak rozwiewa jej nadzieję. Okazuje się, że przyjechał prosić ją o pomoc. Brian chce, by Charley pomogła mu w obronie jego klienta, który został oskarzony o współpracę z nazistami.
Ta prośba budzi w Charlotte chęć powrotu do śledczej strony zawodu prawnika.

Bohaterka powieśći Pam Jenoff to kobieta, która łatwo polubić, łatwo się z nią nawet utożsamić. Kiedyś pod wpływem nieszczęśliwych wydarzeń podjęła decyzję, żeby się wycofać z życia aktywnego. Po latach odkrywa jednak, że brakuje jej wyzwań i postanawia jeszcze raz zaryzykować. Zagadka, którą musi zbadać pochłania ją do końca. Charlotte bardzo angażuje się w śledztwo i coraz bardziej zagłębia w badanich, próbując rozwikłać tajemnicę z przeszłości.

Autorka prowadzi narrację dwutorowo. Z jednej strony poznajemy działania Charley i jej partnera, z drugiej śledzimy losy wyjątkowego zegara, którego wnętrze kryje odpowiedź na pytanie o winę oskarżonego. Wydarzenia opisane w serii retrospekcji rozrzucone są od roku 1900 do lat 70-tych XX wieku i obrazują przemiany jakie zachodziły w Europie.

Pam Jenoff napisała powieśc, którą czyta się z przyjemnością, ale we mnie pozostawiła poczucie niedosytu. Poszczególne epizody związane z historią zegara są bardzo ciekawe, ale mozna je było bardziej rozwinąć. A tak mamy do czynienia z czymś, co dla mnie jest dobrym pomysłem, któremu stanowczo zabrakło sprawności w wykonaniu. Całość angażuje czytelnika, ale powieść prześlizguje sie po ważnych tematach i pływa lekko po ich powierzchni. Mogło być bardzo dobrze, wielowątkowo i barwnie, a wyszło takie czytadło na kilka godzin.

Pam Jenoff
"Dziedzictwo"
G+J Książki
Warszawa 2012

piątek, 13 lipca 2012

"MARTWE JEZIORO" OLGA RUDNICKA

Beata to młoda kobieta. W pracy jej się powodzi, mieszka z przyjaciółką z czasów studenckich - roztrzepaną Ulą, która ciągle próbuje ją wyswatać ze swoim bratem. Od lat jednak nie utrzymuje kontaktów ze swoją rodziną. Przypadkowo przeczytany artykuł o grupach krwi powoduje, że Beata dochodzi do wniosku, że tak naprawdę nie jest dzieckiem swoich rodziców. Może matka miała romans, może została adoptowana, w każdym razie każda z tych możliwości wyjaśnia dlaczego Beata czuje się obco w towarzystwie swojej najbliżeszej rodziny.
Nieoczekiwanie dostaje zaproszenie na ślub swojej siostry. Mimo, że wizyta w domu napawa ją niechęcią, postanawia pojechać i wreszcie wyjaśnić wszystkie nieporozumienia.


Powieść Olgi Rudnickiej czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. Autorka nie rozbudowuje całej historii w długie tomiszcze, to opowieść zamknięta w kilku rozdziałach. Całość nie jest pozbawiona poczucia humoru, a niektóre sytuacje mogą wywołać na twarzy czytelnika uśmiech rozbawienia. Intryga prowadzona jest sprawnie, byłam ciekawa rozwiązania zagadki pochodzenia Beaty, ale jest to raczej powieść na jedno popołudnie. Taki trochę zapychacz czasu. Dużym atutem są barwne postacie zarówno pierwszo, jak i drugoplanowe.
Jeśli ktoś lubi nastrój lekkiego romansu z tajemnicą w tle, polecam, choć zbyt wiele oczekiwać nie można. "Martwe Jezioro" jest debiutem Olgi Rudnickiej. Książka może nie do końca w moim stylu, ale zamierzam sprawdzić czy może inne powieści autorki, przypadną mi do gustu.


Olga Rudnicka
"Martwe Jezioro"
Prószyński i S-ka
Warszawa 2008

wtorek, 10 lipca 2012

"ZBRODNIA W BŁĘKICIE" KATARZYNA KWIATKOWSKA

Prawdziwych zim już nie ma. Taka myśl przyszła mi do głowy już podczas czytania pierwszej strony "Zbrodni w błękicie" Katarzyny Kwiatkowskiej. Przynajmniej w moich okolicach już dawno nie było. A zima ma klimat i znakomicie sprawdza się w powieściach kryminalnych, zwłaszcza tych, których akcja toczy sie w XIX wieku.

Jan Morawski wraz ze swoim kamerdynerem i wiernym przyjacielem - Mateuszem podróżuje powozem do dworu swojego przyjaciela, którego odwiedza po raz pierwszy od dawna. Wokół pełno śniegu, zasypane drogi, a w majątku goście praktycznie uwięzieni w domu. Jan zostaje serdecznie przywitany przez Tadeusza Tarnowskiego i jego żonę. Poznaje dwójkę młodych ludzi, których gospodarz planuje adoptować: Zosię i Karola. Oprócz nich w dworku przebywa hrabina Kareńska oraz rodzeństwo: Paulina i Wacław Bonikowski, przyszły mąż Zosi.
Atmosfera wśród gości dorównuje zimie na zewnątrz. Zosia jest ciągle atakowana złośliwymi komentarzami ze strony hrabiny, która myśli, że ta kiedyś porzuciała jej syna. Dziewczyna musi też znosić komentarze Pauliny i Wacława, ile to musi w sobie zmienić, żeby być dobrą żoną. Po powitalnej kolacji Zosia udaje sie do swojego pokoju. Następnego dnia zostaje znaleziona martwa.
Grono podejrzanych jest dosyć ograniczone. Przez pogodę, nikt nie mógł dostać się do dworku z zewnątrz, morderca kryje się więc wśród osób obecnych na miejscu. Kto zabił?
Jan na prośbę Tadeusza zaczyna śledztwo. Dzielnie pomaga mu Mateusz, zafascynowany przygodami Sherlocka Holmesa.

Za sprawą powieści Katarzyny Kwiatkowskiej przeniosłam się do polskiego dworku w XIX wieku. I zagłębiłam się w ten świat z wielką przyjemnością. Świetnie czytało mi się opisy funkcjonowania takiego majątku. Cudowne, celebrowane posiłki, niecodzienne potrawy. Wprawdzie minęły już czasy kiedy goście rezydowali w dworkach po kilka miesięcy, ale atmosfera bogatych i barwnych zjazdów nadal pozostała. To wprost idealne miejsce akcji kryminału. Grupka ludzi, ich wzajemne uprzedzenia, konflikty, a wszystko zamkiete na małej przestrzeni, potęgując wszelkie animozje. W tle zaś zabory i walka o polskość.

Nie jest to powieść o dynamicznej akcji. Fabuła koncentruje się na poszukiwaniu mordercy, skupienie się na dedukcyjnej formie śledztwa wymusza spokojny rytm wydarzeń, ale gwarancją dobrej zabawy dla czytelnika jest rozmaitość przedstawionych postaci.
Dumna hrabina, która zdaje się być obrazem typowiej oschłej, odzianej w czarne suknie damy, ekscentryczna jak na tamte czasy pani domu - eteryczna, ufająca przeczuciom Julia i jej rozsądny mąż. Do tego Paulina o osobowości modliszki, kobieta, dla której każdy mężczyzna jest wyzwaniem.
Bogactwo typów osobowości odnosi sie też do postaci służących, wśród których nie brakuje wielowymiarowych, charakterystycznych bohaterów.

W tym otoczeniu znakomicie odnajduje się Jan. Mężczyzna, którego otacza atmosfera niedmomówienia. Krąża o nim jakieś plotki o dawnych skandalach, nieobyczajnym prowadzeniu się. Informacje o nim autorka dawkuje w sposób bardzo przemyślany. Z urywków zdań, nawiązań do przeszłości skaładamy powoli obraz jego życia. Pozostaje on jednak niepełny, bo Katarzyna Kwiatkowska opisuje go, tak jakbyśmy już wszystko wiedzieli, a wyjasnienia nie były potrzebne.

Podobało mi się bardzo i mam nadzieję, że kiedyś przeczytam kontynuację.


Katarzyna Kwiatkowska
"Zbrodnia w błękicie"
Zysk i S-ka
Poznań 2011




piątek, 6 lipca 2012

"ZIARNO PRAWDY" ZYGMUNT MIŁOSZEWSKI I MAŁY STOSIK

Tyle się naczytałam o Teodorze Szackim, m. in. u kasi.eire, że wypożyczyłam drugą powieść o prokuraturze, nie dbając o to, że nie przeczytałam pierwszej.

Teodor Szacki przeprowadził się z Warszawy do Sandomierza. I bardzo tego żałuje. Tęskni za córką, tęskni za żoną, choć małżeństwo rozpadło się z jego winy, a czas urozmaicają mu tylko kontakty seksualne, bo romansami to trudno nazwać. Miasteczko okazuje się owszem urokliwe, ale dla prokuratora przyzwyczajonego do wielkomiejskiego rozmachu, także przestępczego,  przeraźliwie nudne.
Na szczęście dla Szackiego w mieście ma miejsce prawdziwe morderstwo. Jest krwawo, bestialsko i odpowiednio tajemniczo, a Szacki aż ma ochotę zakrzyknąć: "nareszcie".

Sprawa wydaje się o tyle skomplikowana, że zamordowano kobietę idealną. Świetna żona, zaangażowana i lubiana przez wszystkich społeczniczka. Wprawdzie ktoś tam niby nie za bardzo lubił jej męża, ale przecież nie tak, żeby od razu zabić mu żonę. Niedługo potem okazuje się jednak, że małżeńtwo nie było tak idealne, jak się wydawało, a przy denatce znaleziono nóż przeznaczony do koszernego uboju zwierząt. Zabóstwo zyskuje więc kontekst antysemicki, a to zawsze trudny i bardzo nośny medialnie problem.
Szacki i jego partnerka błądzą wśród sprzecznych wskazówek i mylnych tropów, próbując rozwikłać zagadki, a tymczasem zaczynają ginąć kolejne osoby.

Lubię kryminały, w których intryga zawiązana jest na wielu poziomach, a jej rozwiązanie wymaga od bohatera inteligencji, a nie latania z pistoletem i taką intrygę dostałam. Nie znajdziecie tutaj niezniszczalnego herosa, który tłucze każdego, kto nawinie mu się pod rękę. Jest za to facet, który chyba przede wszystkim lubi swoją pracę, ma zagmatwane życie osobiste i zmysł obserwacji. Poczucia humoru i zdolności do ironicznego komentarza też mu nie brakuje. Jednym słowem bohater idealny?  Pzynajmniej dla mnie nie do końca. Nie mogę powiedzieć, że go nie polubiłam, bo polubiłam i to nawet bardzo, ale chyba powoli mam dosyć bohaterów, którzy zdaja się być na granicy depresji.

"Ziarno prawdy" osadzone jest w konkretnej rzeczywistości Sandomierza i fajnie czyta się tę powieść, kiedy można sobie wyobrazić miejsca, o których pisze autor. Byłam kiedyś w tym miasteczku na jeden dzień i naprawdę niewiele zdołałam wtedy zobaczyć, ale trochę miejsc rozpoznałam.
Sandomierz jest przedstawiony trochę jako miasto rozdwojone. Z jednej strony publicznie znane z popularnego serialu, do którego nazwiązania znajdujemy w powieści. Z drugiej strony kilka razy jest podkreślone jak niewiele ma ten obraz wspólnego z rzeczywistością.
Domniemany kontekst antysemicki autor wykorzystuje też do przedstawienia stanu mediów telewizyjnych i prasowych, które w powieści nastawione są tylko na sensację, a nie rzetelne dziennikarskie śledztwo.

Po ostatnich moich zachwytach nad Marthą Grimes, naprawdę dobrze, że mogę się cieszyć kryminałem z naszego podwórka. Tym chętnej sięgnę po "Uwikłanie". Tutaj będę też miała okazjedo porównania z filmem, bo udało mi siego niedawno obejrzeć. Podobał mi się, choć czytałam, że w porównaniu z książką jest kiepski. Ciekawe, czy po zapoznaniu się z pierwowzorem, zmienię zdanie.


Zygmunt Miłoszewski
"Ziarno prawdy"
W.A.B
Warszawa 2011


A na koniec jeszcze naprawdę mały stosik:






środa, 4 lipca 2012

"FIONAVARSKI GOBELIN" GUY GAVRIEL KAY

Tak sobie siedzę i myślę, patrząc na to, co ostatnio czytałam, że zakopałam się w obyczajówkach i kryminałach. Nie narzekam na to, po prostu stwierdzam fakt. W czytelniczych zakupach też dominują książki z tych zakresów. Nawet z biblioteki nie przynoszę nic innego, może poza jakimś babskim czytadłem, na które mam nadal ochotę, pomimo częstych rozczarowań.
A wybierając niedawno książkę na wyjazd zatęskiniłam za fantasy. Zatęskniłam za magią, walką dobra ze złem, za atmosferą nieskrępowanej przygody. Poczułam, że mam ochotę znowu odkrywać nieznane Światy, stworzone w wyobraźni autora. I patrząc na półki z książkami z zaskoczeniem stwierdziłam, że w domu czeka na mnie tylko jedna nieprzeczytana książka fantasy. A jest to zakup po bardzo długiej przerwie. Jak to się stało, że przestałam własciwie zaglądać na półki z tą literaturą - naprawdę nie wiem, bo mam wrażenie, że działo się to trochę nieświadomie. Jedno jest pewne, mam parę pozycji wydawniczych do nadrobienia.

A tymczasem wybór padł na "Fionavarski gobelin" Guy'a Gavriela Kay'a.

Piątka młodych ludzi spotyka się na wykładzie poświęconym tematyce celtyckiej, prowadzonym przez Lorenzo Marcusa. Kiedy wykład się kończy Marcus zdradza Kevinowi, Dave'owi, Jennifer, Kim i Paul'owi, że nie chce się udzielać na planowanym potem bankiecie i prosi, żeby studenci zabrali go gdzieś, gdzie będą mogli spokojnie porozmawiać. Ta rozmowa i to, co z niej wyniknie na zawsze odmieni ich życie. Marcus okazuje się bowiem przybyszem z innego Świata, z Fionavaru, który czeka wojna. Swoją rolę w walce musi też odegrać piątka zwykłych ludzi. Kevin i reszta zgadzają sie podążyć z Marcusem do Fionavaru. Odnajdą tam swoje przeznaczenie, zmierzą się ze swoimi problemami, lękami, przeżyją szczęśliwe i trudne chwile. A potem będą musieli zdecydować, czy wrócić.

Nie będę opisywać dalszej treści książki, bo to mija się z celem. Sięgałam po tą powieść z określonym nastawieniem. Lubię Kay'a. Cenię go za "Tiganę", której nie mogłam odłożyć, aż do ostatniej strony. Wiem, że "Lwy Al - Rassanu" mają trochę przeciwników i generalnie podzielam ich zdanie, że epilog trochę psuje całą konstrukcję książki, ale całość zagwarantowała mi kiedyś kilka godzin naprawdę świetniej rozrywki. To samo mogę powiedzieć o "Saraceńskiej mozaice". Może nie całkiem przepadam za to za "Pieśnią dla Arbonne", ale pomysł opacia fabuły na odwołaniach do kultury trubadurów bardzo mi odpowiada.
Tak więc do "Fionabvarskiego gobelinu" podchodziłam, jak do spotkania ze starym, dobrym znajomym. Nie bez znaczenia były tutaj stwierdzenia, że powieść czerpie dużo z dorobku J. R. R. Tolkiena. To było tylko tym większą zachętą. Nie zniechęcał fakt, że był to debiut Kay,a.

Oczekiwania duże, ale zapytacie, co z nich pozostało po lekturze.
Na pewno polubiłam "Fianavarski gobelin" za opisany w nim Świat. To zawsze było to, co mnie pociągało w fantasy. Znajdziemy więc bogate otoczenie, piękne krainy zamieszkane przez ludy, mające odrębne kultury, tradycje i zapatrywania na świat. Bohaterowie zostają przeniesieni w miejsce, gdzie istnieje magia, gdzie można spotkać bogów, gdzie walka Dobra ze Złem jest sprawą pierwszej wagi, wreszcie gdzie to Zło ma bardzo konkretną postać, którą trzeba unicestwić. Jak to też zwykle bywa walka prowadzona jest na dwóch obszarach - tym całkiem relanym, opartym na bitwach wojsk i tym, która rozgrywa się w psychice bohaterów i polega na przekraczaniu przez nich barier, zmierzaniu się z własnymi lękami, uprzedzeniami. Piątka młodych ludzi zostanie postawiona przed rozmaitymi wyborami. W Fionavarze odnajdą jakby swoją drugą tożsamość, znajdą przyjaciół, odkryją wagę prawdziwych związków międzyludzkich, poznają co to bezinteresowne poświęcenie. Przyjdzie im się zmierzyć nie tylko ze Złem w osobie Spruwacza, ale i z bagażem doświadczeń jakie przynieśli ze sobą z ich "rodzinnego" świata.

Przenosząc się w rzeczywistość wykreowaną przez autora doceniłam jej bogactwo. Zdecydowanie podoba mi się atmosfera tej powieści, ale nie obyło się bez zgrzytów. Czytelnicy fantasy znajdą faktycznie wiele odwołań do Tolkiena, choć nie tylko, ale to w gruncie rzeczy nie jest wadą.
Przede wszystkim wydaje mi się, że Kay bardzo dużo czasu poświęcił wymyślaniu niezwykłego otoczenia, ale jakby trochę zapomniał o początku. Piątka studentów decyduje się przenieść do Fionavaru praktycznie bez chwili zastanowienia. Nie ma żadngo rozważania argumentów za i przeciw. Spotyka nieznajomego, ten mówi im w czym problem i po sprawie. Wiarygodności w tym za grosz.
Rozczarowały mnie też nawiązania do legendy arturiańskiej. Moim zdaniem można to było pominąć. Akcja i przesłanie powieści nie straciłyby na ważności, a tak było w moim odczuciu za wiele grzybów w barszczu.
Było też coś, co do końca nie pozwalało mi się zaangażować w opowiadaną historię. Może ogólne wrażenie wtórności, a może rozmycie akcji, która w pewnym momencie zaczyna się rozgałęziać na kilka wątków, które są prowadzone z taką samą pieczołowitością. Imponowały mi szczegóły i pojedyncze sceny, pomysły, ale całośći zabrakło przez to dramatyzmu. Z pewnością miał na to wpływ sposób opisywania Spruwacza, który pozostał dla mnie takim nieokreślonym złym bohaterem. Wiemy, że jego uwolnienie jest niedobre, ale nie wiemy konkretnie dlaczego.

Niewątpliwą zaletą są natomiast wykreowane przez pisarza postacie. Polubiłam zarówno studentów, jak i fionavarczyków. I choć znając późniejsze powieści, zauważamy że autor wraca czasem do pewnych wzorców, np. Ammar ibn Khairan z "Lwów Al - Rassanu" wydaje się bardzo podobny do Diarmiuda, to miało to dla mnie o tyle znaczenie, że poczułam się jakbym wracała do starych przyjaciół. Kay dba o to, by jego postacie były bogate psychologicznie, by miały przeszłość. Lubię ich wielowymiarowość i to poczucie wiarygodnści.

Chwil spędzonych w Fionavarze absolutnie nie uważam za stracone, a powieść polecam wszystkim fanom fantasy.


Guy Gavriel Kay
"Fionavarski gobelin"
Zysk i S-ka
Warszawa 2012

poniedziałek, 2 lipca 2012

"LALKI KRÓLOWEJ" CHRISTINE TRENT

Narzekam, że coraz mniej mi się podobają. Już raczej nie kupuję, tylko staram się wypożyczać z biblioteki. Ale choćbym nie wiem jak mocno, zarzekała się, że nie sięgnę po nie więcej, to i tak w końcu jakieś trafi w moje ręce. Mowa o czytadłach. Po ostatnich niezbyt zachęcających spotkaniach z Norą Roberts, przyniosłam z biblioteki "Lalki królowej" Christine Trent. Nie miałam wielkich oczekiwań. Książeczka mała, skromnie wydana, za to za bardzo rozsądną cenę. Gdybym trafiła na nią gdzieś wcześniej w księgarni, dałabym się skusić.

Claudette jest młodą, piękną dziewczyną. W momencie rozpoczęcia powieści jest naprawdę szczęśliwa. Ma wspaniałych, kochających rodziców i właśnie odkrywa uroki pierwszego uczucia do przyjaciela z lat dziecięcych. Jej ojciec jest uznanym twórcą lalek, a Claudette szczerze podziwia jego pracę i powoli uczy się od niego zawodu. Ale jak to w powieściach bywa, tak wiele radości musi zrównoważyć nieszczęście. Dzielnicę Paryża, w której mieszka dziewczyna nawiedza pożar, jej rodzice umierają, a cały dobytek niszczy żywioł.
Zagubiona Claudette udaje się do Londynu. Tam jej losy toczą się zmiennym torem, ale wkrótce i do niej szczęście się uśmiechnie, a los zetknie ją z królową Marią Antoniną. Jesteście ciekawi co z tego wyniknie?

"Lalki królowej" to jedna z tych książek, które czyta się lekko i przyjemnie. Gładko połykamy kolejne strony, bez jakiegoś specjalnego uczucia zachłanności, ale z ciągle towarzyszącą ciekawością, co będzie dalej. Autorce udało się stworzyć postacie, które lubimy. Dotyczy to zarówno głównej bohaterki jak i osób, które spotyka na swojej drodze. Nieodzowny w takich przypadkach wątek romansowy jest miłym dodatkiem, a adorator Claudette jest odpowiednio interesujący z małą nutką tajemnicy i odrobinę łobuziarskim urokiem. Jeśli dodamy do tego nutkę uprzedzenia ze strony młodej kobiety i trochę dramatycznych wydarzeń całość przedstawia się całkiem apetycznie.

Powieść nie aspiruje do miana literatury z przesłaniem, ale Christine Trent nie można odmówić wyczucia historycznego. Jestem raczej laikiem w dziedzinie czasów rewolucji we Francji, ale mniej więcej znam jej przyczyny. Nastroje ulicy, a przede wszystkim poczynania i myśli Marii Antoniny są przedstawione moim zdaniem wiarygodnie. Dla mnie były o tyle interesujące, że już zaopatrzyłam się w biografię tej królowej i mam zamiar sprawdzić ile w tym wyobraźni autorki, a ile źródeł.
ciekawe są również wszelkie opisy tworzenia lalek, choć tu niestety nie potrafię określić ich trafności w stosunku do rzeczywistości.

Oczywiście nie jest to lektura idealna, ale też takiej się nie spodziewałam. Pewne decyzje Claudette były moim zdaniem nieracjonalne, szczególnie to, jak szybko zdecydowała się na podróż do Anglii, choć nawet nie spróbowała, poszukać pomocy u swojego przyjaciela i jego rodziców. Takich niedopatrzeń jest trochę więcej. Może też przeszkadzać chwilami naprawdę wszechobecny romansowy lukier, ale jeśli podejdziemy do powieści z odpowiednim nastawieniem, to możemy zapewnić sobie kilka godzin przyjemnej rozrywki. Ja chyba miałam i odpowiedni nastrój i nastawienie, bo czytało mi się "Lalki królowej" całkiem nieźle.



Christine Trent
"Lalki królowej
Otwarte
Warszawa 2012





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...