piątek, 29 czerwca 2012

"ZAJAZD JEROZOLIMA" MARTHA GRIMES

Nastąpił czas odwyku od powieści kryminalnych Marthy Grimes. Mam nadzieję, że niedługo W.A.B. wyda następną część, i że jest dłuższa od dotychczasowo wydanych tomów.

Znowu przenosimy się w zimową angielską aurę. Śnieg skrzypi podbutami, wokół Boże Narodzenie. Powinno być spokojnie, powinno być szczęśliwie. Ale nadinspektor Jury szczęśliwy nie jest. Święta spędza u niezbyt lubianej kuzynki, którą odwiedza z szacunku dla jej ojca, jego opiekuna po śmierci matki. Podczas spaceru spotyka intrygującą kobietę. Umawia się z nią na następny dzień, ale niestety nazajutrz Helen zostaje znaleziona martwa w swoim domu.
Jury oferuje się z pomocą miejscowej policji, a sytuacja zaczyna się komplikować, kiedy podczas spotkania artystów i pisarzy w rezydencji miejscowego szlachcica, zostaje zamordowana kolejna kobieta. Oczywiście nie zabraknie wiernego towarzysza w osobie Melrosa Planta, który też jest gościem w rezydencji lorda Ardry.

Jury jest w tej części mocno przygaszony, nastawiony mocno refleksyjnie wobec swojego dotychczasowego życia. Święta sprawiają, że zaczyna analizować, a wnioski, które mu się nasuwają nie nastrajają optymistycznie. Nadinspektor jest po prostu bardzo samotny, bez rodziny. Z jego nastrojem współgrają obecna w tle zła sytuacja kraju, strajki i kryzys.

Nadinspektor wzbudza wręcz niesamowite uczucia sympatii. Nie wspomnę już o tym, że według słów autorki, jest bardzo przystojny, chodzi raczej o to, jakim jest człowiekiem. Pierwsze co przychodzi mi na myśl, to określenie: porządny, ale nie w nudny sposób. Może sprawia to jego inteligencja, może pełen wyrozumiałości stosunek do innych i sympatia dla dzieci, które traktuje jak dorosłych. Faktem jest, że postać nadinspektora udała się Gimes wyśmienicie.

W warstwie kryminalnej znowu mamy do czynienia z klasycznym pytaniem: kto zabił? Klasyczny jest również sposób ograniczenia podejrzanych do osób zamkniętych razem w jednej przestrzeni, tym samym zakres poszukiwań jest ograniczony, a powiązania między poszczególnymi postaciami tym bardziej znaczące. Jak zwykle mamy też cudnie nakreśloną warstwę obyczajową. Przepiękne rezydencje, opisy potraw, na myśl których aż się oblizujemy i szereg obrazków z życia angielskich wyższych sfer. Czekają też na nas świetnie zarysowane postacie, pełne, wielowymiarowe osobowości. Grimes się nie powtarza, choć byłoby można pomyśleć, że wiecznie pisze o rozmaitych lordach. widać, że przykłada wiele uwagi, by jej bohaterowie byli pełni indywidualizmu i nie mylili nam się.

Atmosfera tej części jest bardzo melancholijna, dominuje jakieś poczucie smutku i tęsknota za odmianą losu. Mało jest scenek humorystycznych i nawet irytująca ciotka Agatha nie wywołuje szerokiego uśmiechu czytelnika.
Może w następnej części Jury'ego spotka cośdobrego?


Martha Grimes
"Zajazd Jerozolima"
W.A.B.
Warszawa 2011

wtorek, 26 czerwca 2012

"CUKIERNIA POD AMOREM" MAŁGORZATA GUTOWSKA - ADAMCZYK

Naprawdę wiele razy niosłam tę książkę do kasy w księgarni, kilka razy też prawie klikałam "kup" w internetowym Empiku. Prawie ją miałam już u siebie, ale zawsze coś tam sprawiało, że potrzymałam w ręce i odkładałam na półkę, choć z westchnieniem żalu. Tyle zachwytów na blogach, tyle naprawdę pochlebnych opinii od osób, których zdanie cenię. Chyba była w tym jakaś przekora wobec takiej fali zachęty. Ale i na mnie przyszła w końcu kolej, biblioteka się zlitowała, zakupiła, a ja zaniosłam do domu i przeczytałam.




Iga Hryć, po pracowitym roku akademickim, wraca na zasłużone wakacje do domu, do ojca, babci i rodzinnej Cukierni pod Amorem. Jednak ten czas mający być beztroskim wypoczynkiem czas wolny nie zaczyna się dobrze. Iga rozstaje się z chłopakiem, bo ten nie podziela jej poglądów i planów na przyszłość, a babcia będąca podporą całej rodziny, doznaje wylewu. Na szczęście zaczyna powoli wracać do zdrowia. Wszystkie te wydarzenia trochę blakną przy znalezisku archeologów, którzy odkryli pod rynkiem zmumyfikowane zwłoki kobiety. Na jej palcu ojciec Igi rozpoznaje stary pierścień, który jest jedynym dowodem, że ich rodzina jest spokrewniona z rodem hrabiego Zajezierskiego. Zaintrygowana Iga postanawia się dowiedzieć w jaki sposób pierścień trafił na rękę nieznajomej kobiety. Rozpoczyna wędrówkę w przeszłość własnej rodziny.
Od tego momentu akcja biegnie dwutorowo. Z jednej strony śledzimy działania Igi i innych członków rodziny Hryciów, z drugiej poznajemy losy hrabiego Zajezierskiego i jego potomków.
Historia całej rodziny naznaczona jest dramatycznymi decyzjami, złymi wyborami, a ich tłem są dzieje Polski, najpierw pod zaborami, potem w trakcie obu wojen i wreszcie w czasie PRL.


Autorka tworzy postacie barwne, których nie sposób nie polubić. Obdarza każdą z nich, a jest ich naprawdę wiele, indywidualnymi cechami charakteru, czyniąc z nich odrębne osobowości. Karze im kochać, nienawidzić, przeżywać wielkie namiętności, popełniać błędy, daje im niełatwe, ale bardzo zajmujące życie, które czytelnik śledzi z niesłabnącym zainteresowaniem od pierwszej strony powieści. Potrafią marzyć, ale jednocześnie nie są zawieszeni w próżni, żyją i potrafią odważnie przeciwstawić się kłopotom, podjąć próbę wyjścia z sytuacji pozornie bez wyjścia.
Osobiście bardziej interesowały mnie postacie osadzone w przeszłości, a najbardziej chyba fascynująca Gina, za pośrednictwem której poznajemy świat międzywojennych teatrów rewiowych.
Małogorzata Gutowska - Adamczyk dołożyła starań, by jej opowieść mająca początek w XIX wieku, była dopieszczona pod względem realistycznym. Świadczy o tym obecność wielu słów i terminów charakterystycznych dla tamtych czasów, których już się nie używa. Znajdziemy też wiele opisów z życia codziennego szlachty zarządzającej dużymi majątkami, artystki teatralnej, czy zwykłych ludzi w czasie II wojny światowej. To historia osadzona w konkretnych czasach.


"Cukiernia pod Amorem" spełniła moje pragnienie zanurzenia się w wielopokoleniowej sadze rodzinnej, w których przeszłość kryje tajemnice. Czytelnik ma wrażenie dopuszczenia do sekretu. Czyta się to jak gawędę snutą w zimowe wieczory, przy kominku. Sprzyja temu język jakim posługuje się autorka. Nie jest on wydumany, bez skomplikowanych konstrukcji zdań, raczej potoczysty, podporządkowany rytmowi opowieści.

Czy mi się podobało? Po pierwszym tomie miałam mieszane uczucia. Lektura jest bardzo wciągająca, cały czas towarzyszyło mi poczucie ciekawości, co będzie dalej. Wprawdzie Iga z części współczesnej i jej rozterki miłosne były mi naprawdę obojętne, jednak poza nią nie brakowało postaci, które polubiłam. Ta powieść to kawałek naprawdę dobrej fabuły, nadającej się na serial. Założę się, że zgromadziłby tłumy przed telewizorami. Ta książka łączy w sobie niezwykłe losy i postacie ze zwykłą prozą życia podczas trudnych czasów i dziejowych burz.

Jest jednak pewne ale...
Drażniła mnie skrótowość z jaką zostały potraktowane niektóre wątki, a po zamknięciu książki okazało się, że z łatwością wyszłam z tego świata i generalnie nie zaprząta ona moich myśli na dłużej.
Tak więc, przeczytać można, nawet warto, ale cieszę się, że powieść wypożyczyłam, a nie kupiłam.


Małgorzata Gutowska - Adamczyk
"Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy" t. 1
"Cukiernia pod Amorem. Cieślakowie" t. 2
"Cukiernia pod Amorem. Hryciowie" t. 3
Wydawnictow Nasza Księgarnia
Warszawa, 2010, 2010, 2011


sobota, 23 czerwca 2012

MOJA BIBLIOTECZKA


Mam  regały i bezczelnie się chwalę. :)))


Było tak:









Jak widać na załączonych orazkach nie prezentowało się to ładnie. Książki stały w dwóch rzędach, a dodatkowo musiały być poukładane warstwami.

Pewnie to moja wina, ale wiecznie był nieporządek.



A teraz jest tak:





















środa, 20 czerwca 2012

"DZIEWCZYNA Z BOTANY BAY" CAROLLY ERICKSON

Jakiś czas temu w telewizji widziałam film "Niesamowita podróż. Mary Bryant". Wiedziałam, że jest on oparty na autentycznych wydarzeniach, dlatego kiedy zobaczyłam na Fincie, literacką wersję tej historii, postanowiłam spożytkować zgromadzone punkty na tą właśnie książkę.

Mary Bryant żyła na przełomie XVIII i XIX wieku. Urodziła się w niezbyt zamożnej rodzinie i to najpewniej brak środków do życia, sprawił że dziewczyna dość wcześnie zaczęła sobie radzić wykorzystując nieuczciwe sposoby zarobku i wchodzi w konflikt z prawem. W końcu zostaje skazana na śmierć za napaść i kradzież, ale wyrok zostaje wkrótce zamieniony na pobyt w kolonii karnej w Australii. Wraz z innymi skazanymi płynie tam w warunkach uwłaczających ludzkiej godności. Na statku panuje głó, choroby i smród, a same kobiety mają świadomość, że ich obecność jest konieczna, by mężczyźni mogli w "właściwy" sposób rozładowywać napięcie seksualne. Wreszcie trafiają na miejsce, ale ich koszmar się nie kończy. Nowy "dom" nie wita ich przyjaźnie, brakuje jedzenia, uprawy nie chcą się przyjąć, a i pozostali skazani nie pałają chęcią współpracy, by razem stworzyć miejsce, gdzie można by było przeżyć.

Carolly Erickson jest wyraźnie zafascynowana postacią Mary. Ta prosta dziewczyna wykazuje się niezwykłą siłą wewnętrzną, a jej wola życia jest niezłomna. Potrafi się dostosować do wszelkich, nawet najtrudniejszych warunków, wykorzystując swój spryt i zaradność. Po dotarciu do celu podróży, zawiązuje znajomość z Wille'm Bryant'em, by potem wyjść za niego za mąż. Nie wiadomo czy połączyło ich choć chwilowe uczucie, czy tylko czysta kalkulacja, że razem będzie łatwiej przeżyć. Wiadomo jednak, że dzielili trudy życia w kolonii karnej, a potem razem zdecydowali się na ucieczkę. Była to rzecz niewiarygodna. Prymitywną łódką przepłynęli tysiące mil morskich.

"Dziewczyna z Botany Bay" to typowa książka biograficzna. Carolly Erickson wykorzystuje niewielkie źródła historyczne i kreśli obraz niezwykłej osobowości, której przyszło żyć w skrajnie trudnych warunkach. Brak możliwości nawiązania do uczuć i myśli Mary, rekompensuje bogaty obraz epoki, tła historycznego i społecznego oraz jego wpływ na jednostki. Z każdego zdania można wyczuć sympatię autorki, jaką ta darzy główną bohaterkę.
Opisy warunków podróży skazańców i trudności jakie napotyka cała kolonia karna jest bardzo plastyczny i obrazowy. Aż trudno uwierzyć, że ktokolwiek mógł przeżyć drogę do Australii.
Szkoda tylko, że tak niewiele wiemy o Mary i jej życiu przed aresztowaniem, a także w jaki sposób zakończyła się jej historia.

Ta książka to relacja o fragmencie z życia Mary i próba jego zakotwiczenia w szerszej perspektywie warunków, w jakich funkcjonowało wtedy społeczeństwo. Erickson zbiera wszystkie znane fakty i stara się przedstawić je w formie spójnej opowieści. nie pozwala swojej wyobraźni na zapisanie białych plam. Jedyne co proponuje w zamian, to forma delikatnego przypuszczenia, kiedy opisy swiadków zawodzą, przez co jej opowieść zyskuje na wiarygodności. Może brak w tym rozmachu, opisów psychologicznych postaci, ale niestety w tym zakresie brakuje potwierdzonych relacji, bo kto wie dzisiaj, jakie były motywacje bohaterów. Jest to jednak obraz kobiety, której nie brak odwagi, której przyświeca jeden cel: przeżyć. Nic dziwnego, że fascynuje pisarzy i filmowców.

Polecam wszystkim, którzy obejrzeli film, chociaż nie tylko. Książka jest prawdziwa do bólu, a film prezentował bardziej romantyczne podejście do tematu. Warto porównać i wyrobić sobie własne zdanie na temat Mary.


Carolly Erickson
"Dziewczyna z Botany Bay"
Muza
Warszawa 2007

poniedziałek, 18 czerwca 2012

"SASZEŃKA" SIMON MONTEFIORE

Simon Montefiore jest brytyjskim dziennikarzem i pisarzem. Jest autorem m. in. książki o Stalinie i ludziach z jego bliskiego otoczenia: "Stalin. Dwór Czerwonego Cara". Studiował historię w Cambridge. W latach dziewięćdziesiątych podróżował po byłym terenie Związku Radzieckiego. Jest też prezenterem filmów dokumentalnych, a prywatnie mężem pisarki Santy Montefiore.


Od dawna mam ochotę przeczytać jego monumentalną książkę o Stalinie, a i "Saszeńka" swego czasu kusiła mnie w księgarniach. Kocham książki osadzone w historii. Lubię czuć podczas czytania ten oddech odległych wydarzeń, mieć poczucie, że zaglądam pod poszewkę suchych historycznych faktów. Mam wtedy wrażenie, że odkrywam coś nowego.
A "Saszeńka" z tego punktu widzenia jest bardzo intrygująca. Rewolucja w Rosji, obalenie Mikołaja II, komunizm to fascynujące i nadal nośne literacko tematy.

Simon Montefiore wykorzystuje swoją wiedzę historyczną i przenosi nas w te burzliwe czasy. Saszeńka pochodzi z dobrego domu. Jej rodzina jest pochodzenia żydowskiego, ale nie kontynuuje tradycji związanych z tą wiarą. Ojciec jest cenionym przedsiębiorcą, a matka to kobieta pochłonięta zabawami, strojami, pogrążona w depresji, która próbuje zagłuszyć kolejnymi romansami. Saszeńka nie jest związana z nią, cieplejsze uczucia żywi do ojca, a przede wszystkim do swojej guwernantki, z którą jest bardzo zaprzyjaźniona. Na wakacjach w letnim domu bliżej poznaje swojego wuja, gorącego zwolennika bolszewizmu. Pod jego kierunkiem przekonuje się do tych idei i po powrocie do miasta zaczyna konspirować przeciwko caratowi. Po pewnym czasie wychodzi za mąż, staje się jedną z przykładowych kobiet radzieckich. Jej mąż ma dostęp do ścisłego kręgu władzy. Wydaje się, że Saszeńka jest szczęśliwa, w końcu uczestniczy aktywnie w procesie budowania ustroju, za który walczyła. Jednak Stalin jest człowiekiem nieobliczalnym, a karta i dla jej rodziny może się odwrócić.

"Saszeńka" jest próbą odpowiedzi na pytanie jak tyle ludzi mogło dać się zaślepić i nie dostrzegać terroru jaki panuje w ich otoczeniu. Ci ludzie po prostu chcą wierzyć, że to o co walczyli, jest słuszne. Sami siebie przekonują, że kolejne czystki są usprawiedliwione, a nawet konieczne, że trzeba się pozbyć wrogów. Problem w tym, że każdy w końcu staje się tym wrogiem. Saszeńka po latach odkrywa, że tak naprawdę nie różni się od swoich rodziców. Sama żyje w domu, który pewnie odebrano komuś za karę. Tu nie ma miejsca na wyrzuty sumienia, wola Stalina i Partii, to coś z czym się absolutnie nie dyskutuje. To coś, co przyjmuje się za pewnik. Może dlatego nie potrafiłam polubić głównej bohaterki. Irytowało mnie jej podejście do życia. Pojmuję, że matka nie była dla niej wzorem, że dostrzegała wady rzeczywistości, w której żyła, ale nie mogę zrozumieć dlaczego tak szybko i z taką żarliwością poparła bolszewizm, a potem trwała w swoim wygodnym świecie, nie pojmując, że tak naprawdę jest tak daleko od rzeczywistości, jak niegdyś jej matka.

Montefiore nie jest powieściopisarzem i to się czuje czytając tą książkę. Moim zdaniem trochę brakuje psychologicznych niuansów w poszczególnych postaciach. Ale jeśli chodzi o tło historyczne, wtedy autor naprawdę wie, co pisze. Jego opisy Rosji czasów stalinizmu i po transformacji są bardzo trafne. Warto tę książkę przeczytać dla samych obrazów rosyjskiej rewolucji, życia w warunkach komunizmu i potem. Warstwa obyczajowa sprawia wiele przyjemności przy czytaniu tej powieści. Stykając fikcyjnych bohaterów z autentycznymi postaciami epoki, sprawia, że zaglądamy za kulisy państwa opartego na przemocy i chorych zasadach, w którym nikt nie może się czuć bezpiecznie. Widać, że autor posiada dużą wiedzę na te tematy i chce się nią podzielić w formie, która na pewno jest bardziej dostępna niż książka dokumentalna. Sama historia Saszeńki jest ciekawa, choć główną bohaterkę trudno polubić. To trochę przeszkadza, ale moim zdaniem jest to jedna z tych książek, które pozwalają dowiedzieć się czegoś nowego, poczuć, że czytamy coś nie tylko dla rozrywki, że lektura zostawia po sobie ślad w naszym sposobie myślenia. Lubie to uczucie i choćby dlatego cieszę się, że przeczytałam "Saszeńkę". Tym bardziej też czuję się zachęcona do wypożyczenia innych, tym razem dokumentalych książek Montefiore.


Simon Montefiore
"Saszeńka"
Magnum
Warszawa 2008

piątek, 15 czerwca 2012

"DUCHY PRZESZŁOŚCI" WENDY WEBB


"Duchy przeszłości" zawierają motywy, które bardzo lubię w literaturze. Stare domy, tajemnice z przeszłości, odkrywanie rodzinnych sekretów, to coś, co zawsze mnie przyciąga. Ani się nie obejrzę,  a książka ląduje na liście wypożyczonych z biblioteki, albo tak długo nęci mnie z półek księgarni, aż się wreszcie skuszę. Tym razem przywędrowała ze mną z biblioteki.

Hallie jest trzydziestoparoletnią rozwódką, która właśnie traci ojca. Jego śmierć jest tym boleśniejsza, że przychodzi w momencie zwątpienia. Kobieta dowiaduje się, że tak naprawdę jest kimś całkiem innym. Jej matka nie zginęła w pożarze, jak mówił ojciec. W rzeczywistości jej ojciec upozorował jej i własną śmierć, by wywieźć ją z rodzinnego domu, który jego zdaniem stanowił śmiertelne zagrożenie. Hallie jest zdezorientowana. Nie ma jak skonfrontować zaskakujących ją informacji, bo matka też już nie żyje. Zostawia jej jednak ten tajemniczy dom na wyspie Grand Manitou pośród Wielkich Jezior, a Hallie jedzie tam, by przekonać się, dlaczego jej ojciec powziął przed laty tak radykalną decyzję i by spróbować poznać choć trochę swoją matkę.

Akcja książki dzieje się w bardzo malowniczym otoczeniu. Stare domy, zamknięty krąg mieszkańców, miejsce właściwie odcięte od świata. Komórki nie działają, na wyspie nie ma samochodów. Raj dla domatorów i idealne otoczenie, by snuć historie utkaną z sekretów i magii. Ale Hallie czuje się tam odrobinę nieswojo. Może jest to spowodowane wrogością mieszkańców wyspy, którzy myślą, że jej ojciec uciekł przed laty bo był winien śmierci małej dziewczynki, a może tym, że w jej nowym domu dzieją się rzeczy dziwne. Przedmioty, które zostawiła w jednym miejscu, znajdują się za jakiś czas gdzieś indziej, a sama Hallie ma widzenia, których znaczenia upatruje w przeszłości. Z pomocą starej gospodyni swojej matki, poznaje pełną niezwykłych wydarzeń historię rodziny, której członkowie mieli możliwość obcowania ze światem zmarłych.

Wendy Webb tworzy całkiem zgrabną opowieść, którą poznajemy z zaciekawieniem, ale bez zbytniego zaangażowania. Język jakim jest napisana powieść jest prosty i mało nasiąknięty emocjami, przez co trudno przejąć się opisywanymi zdarzeniami. Historia starego domu i jego mieszkańców jest zajmująca, ale nie przejmująca. Właściwie można odłożyć tą książkę w dowolnym momencie i wrócić do niej za jakiś czas, bez uczucia pośpiechu.
Lekki klimat grozy dodaje uroku, ale nie sprawia, że pochłaniamy powieść z wypiekami na twarzy. Ja raczej spokojnie czekałam na rozwój wydarzeń, bo obyło się bez zaskakujących zwrotów akcji.
"Duchy przeszłości" to kolejne w ostatnim czasie przeczytane przeze mnie babskie czytadło, które zajęło czas, nie drażniło treścią, ale też nie wzbudziło większych emocji, choć wątek romansowy uważam za całkiem udany. Mamy tu chęć nawiązania do tradycji sag rodzinnych, ale choć treść jest intrygująca, to zabrakło rozmachu w wykonaniu. Czyta się to trochę jak streszczenie większej całości, która dopiero czeka na rozwinięcie. Pomysł dobry, ale to trochę za mało. Książka w sam raz na jeden wieczór.
Można przeczytać, choć nie trzeba. Stanowczo nie będę do niej wracać.


Wendy Webb
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Warszawa 2011

środa, 13 czerwca 2012

"SŁODKI SMAK BRZOSKWIŃ" SARAH ADDISON ALLEN


Sarah Addison Allen niedawno oczarowała mnie swoją książką "Magiczny ogród". Zachęcona tą lekturą zamówiłam "Słodki smak brzoskwiń" jak tylko ukazał się w zapowiedziach.

Znowu przenosimy się do małego miasteczka w Karolinie Północnej. Tam właśnie mieszkają główne bohaterki powieści: Willa Jackson i Paxton Osgood. Ich rodziny kiedyś były bardzo zaprzyjaźnione. Ich babki należały do najbogatszych mieszkanek, ale na skutek nieszczęśliwych wydarzeń rodzina Jacksonów bardzo zubożała, a babka Willi urodziła nieślubne dziecko, co w tamtych czasach było dużym skandalem. Jacksonowie musieli się wyprowadzić ze swojego pięknego domu i nigdy już nie odzyskali dawnej pozycji.
Po latach obie kobiety przebywają w domu opieki, a ich wnuczki nie darzą się sympatią. Przeciwnie Willa robi wszystko, żeby uniknąć spotkania z Paxton. Ta jednak planuje uroczyste otwarcie dawnego domu Jacksonów: "Madame", gdzie chce otworzyć elegancki hotel i restaurację. To wszystko wprawia Willę w dziwny nastrój, pogłębiony jeszcze przez dziwne znalezisko podczas remontu "Madame". Niedaleko domu zostaje znaleziony szkielet. Obie kobiety muszą się dowiedzieć, kto został tam pochowany i w jakich okolicznościach zginął, a przede wszystkim, czy ich babki miały coś z tym wspólnego?

Powieść Sarah Addison Allen jest kobiecym czytadłem. Jest to gatunek, co do którego mam nieraz mieszane uczucia. Całkiem niedawno pisałam, że nie umiem już cieszyć się twórczością Nory Roberts. Ale książki Allen mnie odprężają, poprawiają mi humor, sprawiają, że zapominam o kłopotach, problemach i po prostu czytam, rozkoszując się opowiadaną w nich historią.
Myślę, że wszystko tkwi w klimacie tych opowieści. W "Słodkim zapachu brzoskwiń" znowu czuć magię, choć chyba na mniejszą skalę, niż w "Magicznym ogrodzie". Tym razem magia przywędrowała do miasteczka w przeszłości wraz z tajemniczym komiwojażerem, obdarzonym niezwykłymi mocami, który opętał wszystkich mieszkańców, a pozostałości jego zdolności nadal oddziaływują na miasto. Ludzie zaczynają zachowywać się dziwnie, wokół czuć zapach brzoskwiń, a Paxton i Willa są zmuszone zweryfikować swoje poglądy, postawy, wreszcie odważyć się na wielki krok  i zmienić swoje życie. Pomoże im w tym rodząca się między nimi przyjaźń i miłość mężczyzn, które obie uważały za nieosiągalnych bądź nieodpowiednich.
Znowu polubiłam bohaterki powieści Allen. Paxton i Willa, choć na pierwszy rzut oka całkiem inne, wiele łączy. Nie są idealne, mają problemy, kłopoty, myśli i przeszłość, od której chciałyby uciec. To nie są ideały, to kobiety, z którymi można się identyfikować.

"Słodki zapach brzoskwiń" to powieść, której daleko do odkrywania wielkich życiowych prawd. Ale pod lekką fabułą udaje się autorce, ukazać wartość przyjaźni, miłości, a przede wszystkim akceptacji, za którą tak gonią właściwie obie bohaterki.
Miłą niespodzianką był też epizodyczny "występ" Claire z "Magicznego ogrodu". Jeśli macie ochotę na kobiece czytadło, lekkie i przyjemne, ale absolutnie nie irytujące, polecam.


Sarah Addison Allen
"Słodki smak brzoskwiń"
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Kraków 2012

poniedziałek, 11 czerwca 2012

STOS WŁASNY I BIBLIOTECZNY

Znowu zaszalałam. I nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.
Gorzej, wiem że kupowanie książek robi się w moim przypadku nierozsądne. Przecież najpierw muszę uzbierać na porządne regały. Moje książki, choć ich zbiór nie należy do szczególnie obszernych, zaczynają się nie mieścić w moim pokoju, na przeznaczonych im półkach.
Konieczne jest przemeblowanie, bo męczy mnie sytuacja, gdzie książki stoją w dwóch rzędach, poukładane są na stosikach i nie mogę objąć swoich skarbów jednym spojrzeniem. Męczy mnie gimnastyka przy utykaniu następnych nabytków, a mimo to kupuję.

Ale co tam, pokazuję swoje zakupy i cieszę się z nich bardzo.

Własne:
1. Sarah Addison Allen, "Słodki zapach brzoskwiń" - już przeczytane, niedługo recenzja
2. Martha Grimes, "Pod Anodynowym Naszyjnikiem" - recenzja już była.
3. Martha Grimes, "Pod Zawianym Kaczorem" - recenzji nie będzie, bo pisałabym same peany pochwalne.
4. Guy Gavriel Kay, "Fionavarski gobelin" - jeden z moich ulubionych pisarzy fantasy, przepiękne wydanie, ale poczeka na spokojniejsze czasy. Pewnie dopiero jesienią. :(




I biblioteka:
1. Camilla Lackberg "Ofiara losu" - lubię tę serię i z ciekawością śledzę kolejne zagadki kryminalne.
2. Wendy Webb, "Duchy przeszłości" -  przeczytane, recenzja niedługo.
3. Christine Trent, "Lalki królowej"
4. Alan Furst, "Szpiedzy w Warszawie" - znowu wojna.
5. Joyce Carol Oates, "Blondynka" - bardzo jestem ciekawa tej książki.

piątek, 8 czerwca 2012

"NIEMRA" ARKADIUSZ PACHOLSKI

Chciałam przeczytać tą książkę, odkąd zobaczyłam ją na wystawie prawie każdej księgarni w moim mieście. A przyczyna tego jest taka, że akcja tej powieści dzieje się w Kaliszu, w czasie ostatnich miesięcy II wojny światowej. Wojna i miasto, które znam od dziecka - tego po prostu nie można zignorować.

Niemra to pogardliwe określenie Niemki. Dorota jest z pozoru taką właśnie Niemrą. Wpisana na listę folksdojczów, wykorzystuje swoje możliwości i pomaga polskiemu podziemiu. Spisuje niemieckie zbrodnie na narodzie polskim, pracuje w antykwariacie, a w między czasie wędruje po leżących wokół miasta wsiach i kupuje od rolników mięso, by potem z zyskiem sprzedać je restauratorom. Wojna dobiega końca. Z frontów docierają wieści o niemieckich porażkach. Rezydujących w Kaliszu wojskowych powoli zaczyna ogarniać przeczucie klęski. Sama Dorota postanawia, że przeżyje, że nie da się zabić na samym końcu, po tylu trudnych latach. Wtedy dowiaduje się o śmierci swojej szkolnej koleżanki, Żydówki Romki Jodłowskiej. I choć nie darzyła jej sympatią, postanawia się dowiedzieć, kto ją zabił. W swoim amatorskim śledztwie dochodzi do wniosku, że winny jest Polak, nie Niemiec. Dorota jest bezkompromisowa, chce ujawnić winnego, ale na drodze stają jej przeróżne układy podziemia. Przecież Polak w czasie wojny musi być wzorem, nie może okazać się mordercą. Jej sytuacja staje się bardzo trudna, a pogarsza się jeszcze, kiedy dla otoczenia staje się jasne, że Dorota zakochała się w Rosjaninie służącym w niemieckim wojsku.
Kiedy do Kalisza wkraczają wojska rosyjskie Dorota dla jednej strony jest Niemką, dla drugiej kochanką własowca.

"Niemra" nie jest powieścią łatwą. Jest realistyczna, wielowymiarowa i trudna. Autor portretuje w niej obraz społeczności w czasie wojny. Ludzi, którzy przeciwstawiają się okupacji i tych, którzy wolą się sprzymierzyć z wrogiem, żeby zagwarantować sobie łatwe życie. Powieść bardzo wnikliwie opisuje też polskie podziemie. Z jednej strony są to ludzie, którzy walczą przeciwko Niemcom, z drugiej strony wiodą zwyczajne życie i chcą to życie zachować. Tu nie ma nic z sensacji, bohaterskiej partyzantki rodem z serialów. To po prostu zwyczajne życie.
Kalisz jawi się trochę też jako miasto widmo, pozbawione niektórych elementów, bezpowrotnie przez okupację zmienione. Miasto, którego mieszkańcy zbyt łatwo wyrzucili ze swych myśli i wspomnień mieszkających tu przed wojną Żydów. Polak w tej powieści to często ukryty antysemita. Taki, który niby nic do Żydów nie ma, ale w sumie to dobrze, że zniknęli. Czytając "Niemrę" uświadamiamy sobie, że nic nie jest czarno - białe, że życie składa się z odcieni szarości. Pokazuje dramaty ludzi skazanych na śmierć, podpisujących listy przynależności do narodu niemieckiego, by zapewnić bezpieczeństwo rodzinie, Rosjanina, który decyduje się walczyć po stronie wroga, bo widzi w tym jedyną drogę do pokonania znienawidzonego bolszewizmu. Który wybór jest dobry, który zły, tego nie wiadomo do samego końca.

Wojna to nieustanna walka, w której trudno zachować człowieczeństwo. Pacholski nie ocenia, nie wyrokuje, ale pod pretekstem opisania zagadki kryminalnej pokazuje przede wszystkim społeczeństwo. Samo morderstwo wydaje się tylko pretekstem, pojawia się w fabule późno, a droga do jego rozwiązania nie pochłania czytelnika. Pochłaniają za to ludzie, którym autor oddał głos, bo powieść składa się po części z monologów ludzi, których spotyka Dorota. Autor zróżnicował ich poglądy, pochodzenie i widać to w ich sposobie wypowiadania się, co daje bardzo prawdziwy, wielowątkowy obraz nastrojów pod koniec wojny, a samą książkę kieruje bardziej w stronę powieści obyczajowej i psychologicznej niż kryminalnej.

Bardzo polecam.

Arkadiusz Pacholski
"Niemra"
Prószyński i S-ka
Warszawa 2011

środa, 6 czerwca 2012

"POD ANODYNOWYM NASZYJNIKIEM" MARTHA GRIMES

Wygląda na to, że się uzależniłam od książek Marthy Grimes. Kiedy jakiś czas temu wypożyczałam z biblioteki pierwszą część cyklu "Pod Huncwotem", myślałam, że przeczytam sobie przyjemny kryminał i tyle. Na pewno nie myślałam, że kiedy tylko skończę czytać będę myślała o tym, żeby jak najszybciej dostać w swoje ręce część następną, a potem następną...
"Pod Huncwotem" jak pisałam spodobało mi się bardzo, "Pod Przechytrzonym Lisem" również, choć oczekiwania były duże i pewnie dlatego wypadła w ogólnym rozrachunku odrobinę gorzej od swojej poprzedniczki. Nie przeszkodziło mi to jednak, sięgnąć po trzecią książkę z cyklu, czyli "Pod Anodynowym Naszyjnikiem".

Tym razem nadinspektor Jury, który w międzyczasie dostał awans, choć nie wpłynęło to na jego ocenę u bezpośredniego przełożonego, wyjeżdża do małego miasteczka Littlebourne. W tamtejszym lesie zagorzała obserwatorka ptaków znajduje martwą kobietę z obciętymi palcami. Mieszkańcy są wstrząśnięci nawet bardziej, niż po wcześniejszym napadzie na szesnastoletnią dziewczynę pochodzącą z miasteczka. Do tego wszystkiego nadal nie mogą zapomnieć o kradzieży niezwykle cennego szmaragdu i serii anonimów, które zawierały bardzo wymyślne oszczerstwa. Do inspektora dołącza wkrótce jego przyjaciel Melrose Plant i razem próbują rozwiązać zagadkę śmierci nieznanej kobiety. Po drodze muszą się zmierzyć z miejscowym zarozumialcem, Bodenhaimem oraz jego rodziną i bardzo energicznymi członkami koła ornitologicznego.

Zagadka kryminalna jest ciekawa, dobrze skonstruowana i naprawdę wciągająca. Gdzieś w środku zdałam sobie sprawę, że bardzo czekam na rozwiązanie, bo nie mam pojęcia, kto może być zabójcą. I nie domyśliłam się tego do samego końca. Zagadka zagadką, ale warstwa obyczajowa w "Pod Anodynowym Naszyjnikiem" znowu jest kapitalna. Nie wiem, czy w każde angielskie miasteczko zasnute jest mgłą, nie wiem też, czy w każdym znajdziemy taką galerię dziwaków, ale wiem, że z tych prostych składników Martha Grimes potrafi stworzyć klimat, który czytelnika wciąga bez reszty i karze bardzo niecierpliwie odwracać strony.
Ja mam tak, że czytając książkę sprawdzam ile zostało mi do końca. Jeśli jest dobra, to cieszę się, że tekstu do czytania ubywa wolno i jeszcze przez jakiś czas pozostanę w wykreowanym przez autora świecie. Tutaj chciałam, żeby ten tekst nie ubywał.

Polubiłam sposób opisywania postaci, a przede wszystkim niepowtarzalne poczucie humoru autorki. Szczególnym uwielbieniem darzę postać niezwykle odważnej małej dziewczynki, z pasją kolorującej książeczki z obrazkami. Jej scenki z Jurym i Plantem to istne perełki. Poza tym wśród mieszkanek miasteczka zarówno Plant, jak i Jury znajdą osoby, z którymi chcieliby zawiązać bliższą znajomość. Po pobieżnym przejrzeniu wątków następnej książki z cyklu mam wrażenie, że wątek ten będzie kontynuowany i bardzo chcę się dowiedzieć, co z tego wyniknie.
Chyba w najbliższym czasie zawrę jeszcze bliższą znajomość z Plantem i Jurym.

Już się nie mogę doczekać.



Martha Grimes
"Pod Anodynowym Naszyjnikiem"
W.A.B.
Warszawa 2009

poniedziałek, 4 czerwca 2012

"SMAK CHWILI", "POSŁANIE Z RÓŻ" NORA ROBERTS

Siedziałam sobie przez ostatnie parę dni i nic mi się nie chciało. Do tego byłam strasznie przeziębiona. Wiadomo: katar, kaszel i ból gardła. Próbowałam to zwalczyć ohydnymi miksturami do picia, wmawiając sobie, że skoro niedobre, to pomagać musi. Faktycznie w końcu zaczęło, ale po drodze było nieciekawie. I tak sobie myślałam, że na nic nie mam ochoty. Film nie, książka może, ale taka przy której myślenie nie jest do końca wymagane. Wymyśliłam sobie więc coś Nory Roberts. Akurat moja mama przyniosła z biblioteki drugą i trzecią część "Kwartetu weselnego".  Łatwe, lekkie i przyjemne, wiem bo kiedyś czytałam dużo Nory Roberts. Później przestałam, ale nadal co jakiś czas jak coś wpadnie w ręce, to przeczytam. Niby obywa się bez większego szału, ale rozrywka jest.
Z tą nadzieją zaczęłam czytać i teraz. I co? I nico....

Albo ja jakoś nagle dorosłam, albo te książki były do niczego. W sumie to do konca nie wiem, choć kiedy zaczęłam porównywać to znalazłam trochę argumentów zarówno na poparcie pierwszej, jak i drugiej tezy. Zacznijmy może od pierwszej.

Bohaterkami cyklu "Kwartet weselny" są cztery przyjaciółki, takie od wczesnego dzieciństwa, od serca, których przyjaźni nic nie może złamać. Teraz jako dorosłe kobiety spełniają swoje marzenia planując i urządzając piękne śluby. Ogólnie firmą kieruje Parker, Emma zajmuje się kwiatami, Laurel piecze bajeczne torty, Mac fotografuje. I wszystko jest pięknie i idealnie. Śluby się udają, firma odnosi sukces za sukcesem, a naszym bohaterkom do szczęścia brakuje tylko osobnika płci męskiej. Dla każdej innego oczywiście. Każda z części cyklu opowiada o rozwijającym się uczuciu jednej z bohaterek do pisarza, architekta, prawnika, a w ostatniej chyba do mechanika samochodowego. Nie potrafię tego określić w 100 procentach, bo po ostatnią część jeszcze nie sięgnęłam i od razu mówię, że nie wiem czy to nastąpi.

Lubię Norę Roberts, głównie za "Willę". Jakoś do tej pory czytam ją bez zgrzytania zębami i poczucia narastającej irytacji. Niestety lekturze "Kwartetu weselnego" towarzyszyła i irytacja, i zgrzytanie zębami. Niby to nic nowego, że przyjaciółki są piękne, mieszkają w pięknym domu, aby dotrzeć do obecnego sukcesu pokonały masę przeszkód, choć ich przedstawienie zajmuje raptem parę zdań. Wiarygodności w tym zero. Ktoś by mógł powiedzieć, że nie po to czytamy romanse. I że ja sama w jednym z poprzednich wpisów zachwycałam się książką, która z wiarygodnością ma niewiele wspólnego. Racja, przytakuję, schylam pokornie głowę i przyznaję, że wielbicielom romansów "Kwartet" powinien się spodobać. Co więcej i mnie, pewnie jeszcze nie tak dawno, by się spodobał. Ale to już chyba nie są powieści dla mnie.
Za dużo tu lukru i takiego standardowego podania życia kobiet sukcesu. Bo taka przecież zwleka się co rano z łóżka, by godzinę, albo i dłużej katować się na prywatnej siłowni, potem je śniadanie złożone z samych białek, a jeszcze potem mknie z uśmiechem na ustach do pracy, której nigdy nie ma dość, bo przecież kocha to, co robi. No wybaczcie, chwili zwątpienia tam nie ma? Ja nie wierzę. A po tym wszystkim ma jeszcze siłę na wieczorne randki. I jeszcze mocno namiętne noce, opisane ze szczegółami. Chyba faktycznie muszę popracować nad kondycją, bo ja bym rady nie dała.
O schematyzmie tych powieści chyba pisać nie muszę, bo kiedy przeczyta się pierwszą część, to właściwie można zmienić detale, imiona bohaterów i mamy części następne.

Tak sobie czytam, to co napisałam i muszę przyznać, że to chyba we mnie coś się zmieniło. Chyba nie potrafię już czytać książek opartych na samym romansie. nudzą mnie. Przewracam kartki, byle dotrzeć do końca i znaleźć sobie coś innego do czytania. Tu chcę jednak zaznaczyć, że absolutnie rozumiem powody, dla których książki te cieszą się powodzeniem. Co więcej myślę, że jeszcze kiedyś zaryzykuję spotkanie z Norą Roberts, czy inną autorką romansów. Bo wcale nie podoba mi się myśl, że nie potrafię już się cieszyć taką rozrywką i oderwaniem od rzeczywistości jakie oferują. Może jeszcze znajdę coś co mi się spodoba. Może trzeba zmienić autorkę?


Nora Roberts
"Posłanie z róż"
Prószyński i S-ka
Warszawa 2010

Nora Roberts
"Smak chwili"
Prószynski i S-ka
Warszawa 2011



piątek, 1 czerwca 2012

"KAWCOWA Z MADRYTU" MARIA DUENAS

Bardzo lubię moment, kiedy zdaję sobie sprawę, że czytana właśnie książka mnie wciągnęła. Czasem następuje to po kilku stronach, czasem dopiero po kilku rozdziałach. "Krawcowa z Madrytu" zainteresowała mnie już po pierwszych kartkach.

Okładka kojarzy mi się z powieścią obyczajową, a cała opowieść zaczyna się jak porywający romans. Sira to dziecko biednej krawcowej. Sama również jest przygotowywana do tego zawodu. Jej życie ma się potoczyć utartym torem. Ponieważ jej matka wychowuje ją samotnie, sama pragnie dla swojego dziecka spokojnego życia i dobrego męża. I początkowo zanosi się na to, że jej marzenia się spełnią. Sira ma wyjść za młodego urzędnika, jednak tuż przed ślubem poznaje Ramira. Ten jest przystojny, pewny siebie i całkiem inny od zwyczajnego i trochę nudnego narzeczonego. Nam, czytelnikom od początku wydaje się się za bardzo wymuskany, jego działania zaś bardzo wkalkulowane, ale Sira jest młoda, chce zaznać innego życia, a komplementy Ramira ją cieszą i mamią. Kochankowie wyjeżdżają razem do Maroka, gdzie przez jakiś czas wszystko układa się tak, jak sobie to Sira wymarzyła. Pewnego dnia wraca jednak z miasta i zastaje pusty pokój hotelowy, bez Ramira, bez jego rzeczy, bez pieniędzy, za to z niezapłaconym rachunkiem za pobyt.
I wtedy przydaje jej się umiejętnośc szycia. Z pomocą życzliwych osób zakłada zakład modniarski. I odnosi spektakularny sukces. Jej klientkami zostają żony wpływowych osób. Wśród nich ta, z którą znajomość zmieni zycie naszej bohaterki: Rosalinda Fox, kochanka  Juan Luis Beighbedera, który był najwyższym komisarzem w Maroku. Hiszpania jest pochłonięta wojną domową, zaraz wybuchnie największy konflikt światowy. Sira odegra w tych wydarzeniach swoją rolę.

"Krawcowa z Madrytu" to powieść, która żyje. Autorka z wyczuciem prowadzi nas przez przedwojenny Madryt, egzotyczne Maroko, które staje się miejscem spotkań Niemców, Hiszpanów i Brytyjczyków przed II wojną światową. To powieść, dzięki której czujemy powiew wielkiego świata. Wielka polityka i moda, a z drugiej strony życie zwyczajnych ludzi, czasem spokojnych, czasem ekscentrycznych. A wśród nich dzielna kobieta, która powoli dojrzewa do tego, żeby przejąć stery nad swoim życiem. I intrygujący mężczyzna, bo i na takiego trafia w końcu Sira. Czy jednak jest on naprawdę tym, za kogo się podaje i czy dziewczyna potrafi drugi raz zaufać?

Żywy język jakim napisana jest powieść i pierwszoosobowa narracja sprawiają, że tym bardziej gotowi jesteśmy polubić główną bohaterkę i trzymać kciuki za jej powodzenie. Czyta się to z prawdziwą przyjemnością, a oprócz momentów tragicznych nie zabraknie też porcji wzruszeń i motylków. To, co mi się bardzo spodobało, to również dynamizm postaci, bo Sira nie jest ideałem, popełnia błędy, zmienia się pod wpływem wydarzeń i osób, które spotyka na swojej drodze. Początkowo daje się kierować, potem zyskuje kontrolę nad swoim życiem i nawet najbardziej ryzykowne decyzje podejmuje samodzielnie. Buduje wytrwale swoją własną legendę. Wizerunek prawie, że sceniczny, za którym skrywa prawdziwe "ja". Sprawia, że to inni muszą zaakceptować jej wybory.
Ta opowieść to fragment życia Siry, ten, którym decyduje się z nami podzielić, potem spuszcza kurtynę. Reszty musimy się domyślić, sami sobie dopowiedzieć koniec historii.

Ja dopowiedziałam sobie happy - end.


Maria Duenas
"Krawcowa z Madrytu"
Świat Książki
Warszawa 2011

Zdjęcie: Lubimy czytać
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...