poniedziałek, 30 kwietnia 2012

"RÓŻA SEWASTOPOLA" KATHERINE MCMAHON

Kiedy dostajemy w ręce książkę, mamy wobec niej oczekiwania. Ja zawsze czytam opisy na okładce, a opis "Róży Sewastopola" mówi o romansie historycznym. To zawsze jest dla mnie zachętą.

Rose Barr i Mariella Lingwood są bliskimi kuzynkami. Ich osobowości bardzo się różnią. Rose jest spontaniczna, nieokiełznana, odważna i niechętna konwenansom. Mariella jest uporządkowana. Pomaga matce w przygotowaniu domu dla byłych guwernantek, a wkrótce ma wyjść za wychowanka swojego ojca - lekarza Henry'ego. Jest rok 1845 i Anglia jest pochłonięta woja z Rosją. Henry jedzie na front, by tam zajmować się rannymi. Wkrótce po nim wyjeżdża również Rose, chcąc pracować jako pielęgniarka. Mariella zostaje w domu, ale nie na długo. Musi wyruszyć na Krym, żeby odnaleźć kuzynkę. Ta podróż odmieni jej życie.

Brzmi banalnie, ale zapewniam, że tak nie jest, choć powieść nie jest do końca udana moim zdaniem. Przede wszystkim nie jest romansem, choć to nie zarzut. Watek miłosny jest obecny, ale nie w sposób, który kojarzymy z typowym romansem. "Róża Sewastopola" jest opowieścią o dwóch kobietach, którym przychodzi się zmierzyć z życiem i oczekiwaniami jakie mają wobec swojej przyszłości. Jest też opowieścią o innej epoce, której obraz Katherine McMahon oddaje bardzo klimatycznie. Jest tu obecne wszystko to, co uosabiamy z czasami wiktoriańskimi. Piękne stroje, fryzury, ale też z góry ustalony porządek społeczny, wraz z określoną ściśle rolą kobiety w nim. Matka Marielli chce pomagać byłym nauczycielkom, osobom, które poświęciwszy swe życie edukacji innych, kończą samotne i przez nikogo niechciane. Jednocześnie jest to jedna z nielicznych prac, która może zapewnić im namiastkę niezależności. Matka Rose jest z kolei hipochondryczką. Wiecznie chora, narzekająca, wymagająca ciągłej uwagi. I dwie młode dziewczyny. Jedna z nich od początku chce się wyrwać z otaczającej ją rzeczywistości. Pod wpływem osoby Florence Nightingale, chce zostać pielegniarką. A druga wydaje się być typowym "produktem" swojej epoki. Uporządkowana, godząca się ze wszystkim, ale tak naprawdę i w niej drzemią wątpliwości, które tylko czekają na okazję, żeby się ujawnić.
Impulsem jest pobyt na Krymie i dążenie do poznania prawdy o tym, co się stało z Rose, co ją łączyło z Henry'm. Czy oboje ją zdradzili?

Jednocześnie z tymi wydarzeniami przedstawione jest nam dzieciństwo obu dziewczyn. A w szczególności wizyta w domu ojczyma Rose, gdzie Mariella poznaje jej przyrodniego brata, Maximilliana, który odegra w jej przyszłości pewną rolę. Przyznam szczerze, że wątek dzieciństwa mnie nużył. Nie mogę pojąć znaczenia tajemnicy, jak się w nim kryje. Wizyta musiała zakończyć się nagle. Ojczym Rose po prostu wyprosił w mało elegancki sposób gości ze swojego domu. I choć na końcu poznajemy powód, to dla mnie nie jest on zrozumiały i nie potrafię go powiązać z resztą powieści.

Dla mnie jest to książka o dojrzewaniu, o poznawaniu siebie, o dorastaniu do podjęcia odpowiedzialności za swoje życie. O tym, że otoczenie nie może decydować za kogoś. Mariella w swojej doskonałości, w swoim absolutnym przystosowaniu wydaje się sztuczna. Dopiero zmuszona do podejmowania decyzji nabiera życia.Wyjazd jest dla niej wyzwoleniem.

Bardzo interesująco są przedstawione kulisy zawodu pielęgniarki w czasach wiktoriańskich i uprzedzenia społeczne z jakim się spotykały osoby, chcące zarabiać na życie w ten sposób. Nie miałam pojęcia, że na każdym kroku spotykały się z nieufnością. Sugestywny jest również obraz wojny, a przede wszystkim rozmijające się z brutalną rzeczywistością prognozy co do jej trwania i warunków. Jak zwykle rzeczywistość okrutnie weryfikuje optymistyczne oczekiwania młodych ludzi, którzy idą po przygodę, a zastają śmierć i cierpienie.

Rozczarowaniem było dla mnie zakończenie powieści. Nie zdradzę go oczywiście, ale w swojej głowie chciałam, żeby skończyło się to wszystko w bardziej oczywisty sposób i chyba tutaj na swój wlasny użytek "dopiszę" swój wlasny ciąg dalszy, bo bardzo polubiałam jednego z bohaterów. Jeśli chcecie wiedzieć co mam na myśli, musicie sami przeczytać książkę. Ciekawa jestem Waszego zdania.


Katherine McMahon
"Róża Sewastopola"
Insignis Media
Kraków 2009


Zdjęcie: Lubimy czytać





piątek, 27 kwietnia 2012

I ZNOWU STOS

Postanowiłam uczcić Światowy Dzień Książki i oczywiście poszłam na książkowe zakupy. Rezultaty obok plus jedna zaległość.

1. Sarah Jio, "Marcowe fiołki" - to właśnie nie pokazywana wcześniej zaległość.
2. Gillian Flynn, "Mroczny zakątek" - kryminał, interesujący opis, zagadka. To lubię, szczegóły po przeczytaniu.
3. Jenny Erpenbeck, "Klucz do ogrodu"
4. Rachel Hore, "Okruchy przeszłości" - bardzo korzystny zakup z allegro. Niestety nie ma kilku pierwszych stron, ale może nie będzie to przeszkadzało bardzo w czytaniu.
5. Melissa Nathan, "Duma, uprzedzenie i gra pozorów" - kocham Jane Austen i jej książki. Niestety do tej pory wszelkie kontynuacje mnie rozczarowywały, ale "Duma i uprzedzenie" jest jedną z moich ulubionych książek. Musiałam się zapoznać z jej współczesną wersją. Jestem w trakcie czytania. Opinia wkrótce.



I jeszcze trochę filmowo. Dwie adaptacje, które bardzo lubię i polecam.


środa, 25 kwietnia 2012

"WAMPIR Z M - 3" ANDRZEJ PILIPIUK

Po dłuższym czasie wróciłam do książek Andrzeja Pilipiuka. Swego czasu przeczytałam prawie wszystkie opublikowane opowiadania o Jakubie Wędrowyczu, "Kuzynki" i zbiór "2586 kroków". Podczas ostaniej wizyty w bibliotece trafiłam na "Wampira z M - 3" i skuszona wspomnieniami przyjemnych chwil przy czytaniu książek pana Pilipuka, zabrałam do domu.

Od pewnego czasu wampiry to bardzo wdzięczny temat. Powoli tracą swoje krwiożercze instynkty, zamienijąc się w łowców serc niewieścich. Cóż, taka moda. I ta pewnie za jakiś czas przeminie.
Bohaterką "Wampira z M - 3" jest Małgorzata. Wokół niej Polska Rzeczpospolita Ludowa, tata - działacz partyjny, szkoła, chłopak, i młodzieńcza fascynacja Lhimalem. Wiadomo życie nastolatków jest trudne. a jak się trafia jeszcze zawód miłosny, to już całkiem traci sens. I to właśnie przytrafiło się Gosi. Przytłoczona rozczarowaniem, postanawia rozwiązać sprawę w sposób ostateczny i budzi się w... rodzinnym grobowcu. Po wizycie w domu, gdzie domownicy raczej nie ucieszyli się, z jej powrotu z zaświatów, przygarnia ją inny wampir. Małgorzata zaczyna uczyć sie nowego życia.

Nastawiałam się na powieść, a otrzymałam zbiór opowiadań powiązanych osobami głównych bohaterów. I mam trochę wrażenie, że jest to zbiór oparty na luźnych pomysłach, którym by się należało doszlifowanie. Nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobało, ale zabrakło spoiwa, które by mi kazało odwracać kartkę za kartką, żeby się dowiedzieć jakie będą dalsze przygody Małgorzaty. A tak dostałam zbiór zabawnych epizodów, ale to jednak dla mnie trochę za mało.
Nie mogłam się nie śmiać przy opisie znanej amerykańskiej rodziny wampirów, którzy bezmyślnie przerzucili się na zwierzątka. I tak tępią mieszkańców lasu, a kiedy zabraknie żywności, przenoszą się dalej. No i grają baseball, jakby nie wiedzieli jakie to niebezpieczne. Okropni są po prostu.
Nie to co poczciwy wampir z PRL, który jest na swój sposób przywiązany do swojej ojczyzny i cały czas pracuje na jej dobrobyt, wyrabiając normę w zakładzie pracy. Nawet jeśli musi kupować ciuchy w Pewexie, za ciężko zdobyte dolary i radzić sobie z milicją. Ale czasem i wampirom zatęskni się za minionymi czasami świetności, bo ich moce po latach zostały zapomniane. Jedynym ratunkiem jest zdobycie tajemniczej księgi, w której zostały opisane wszystkie sekrety.
W nowym życiu, Małgorzata nadal będzie szukała miłości, pomoże egipskiej mumii, spotka miłego wilkołaka i pierwowzór Pana Samochodzika, który nie jest tak kryształowy, jak moglibyśmy tego oczekiwać. A to wszystko w Polsce lat PRL - u.

To, czego nie można odmówić Pilipiukowi, to jego barwny i skrzący humorem język. Nawet epizod poszukiwania deficytowego towaru, jakim niewątpliwie jest materiał na pelerynę, bawi nieoczywistą puentą. Przyjemność czytania potęgują różnorakie nawiązania kulturowe, legendarne, czy miotologiczne. Do tego barwne postacie i klimat czasem nawiązujący do Jakuba Wędrowycza. Po trosze ironicznie, prześmiewczo, ale też swojsko przez całkiem trafne spostrzeżenia na temat komunistycznej rzeczywistości.

Całość mimo trafionego klimatu sprawia jednak wrażenie nieco chaotyczne. Z pewnością nie jest to najlepszy utwór Pilipiuka. Coś pomiędzy powieścią, a zbiorem opowiadań, z którego po przeczytaniu pozostaje parę trafnych opisów i kilka świetnych scen. Pomysł, któremu zabrakło wykończenia. Mogło być naprawdę dobrze, wyszło tak sobie.


Andrzej Pilipuk
"Wampir z M - 3"
Wydawnictwo Fabyka Słów
Lublin 2011

zdjęcie pochodzi z serwisu Lubimy czytać

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

"SZKIELETOWA ZAŁOGA" STEPHEN KING

Trójki e - pik ciąg dalszy. Dzisiaj przyszła kolej na książkę z gatunku horroru. Szczerze powiedziawszy ten gatunek kojarzy mi się najbardziej ze Stephenem Kingiem. Nie mam wyrobionego swojego zdania o tym autorze. Czytałam kiedyś "Zieloną milę" i opowiadanie "Skazani na Shawshank". Uwielbiam film nakręcony na podstawie tego ostatniego utworu. Ostatnio zaś na blogach książkowych duży entuzjazm budzi ostania powieść Kinga: "Dallas '69". Jednak wytyczne wyzwania kwietniowego były jasne i tym samym trzeba było sięgnąć po horror. Na początek jednak postanowiłam być ostrożna i mój wybór padł na tom opowiadań "Szkieletowa załoga".

Jak doczytałam w sieci, na "Szkieletową załogę" składają się opowiadania. które zostały napisane w latach 1966 - 1983. Z pewnością kilka z nich mogłoby się rozwinąć w pełne powieści. Nie wszystkie podobały mi się tak samo, dlatego zamierzam wspomnieć tylko o tych, które zapamiętam na dłużej. Są to : "Szkoła przetrwania" i "Jounting".

Horror to wprowadzenie do uporządkowanego świata pierwiastka, który burzy ustalony stan rzeczy. Wprowadza grozę, coś z czymś człowiek nie może sobie poradzić. Zwykle jest to jakiś element obcy, ale nie zawsze. I tak moim zdaniem jest w dwóch wymienionych przeze mnie utworach Kinga. Bohater pierwszego z nich jest samotnym rozbitkiem na bezludnej wyspie. Dodam, że doprowadził go tam bieg zdarzeń wywołany jego chciwością. Teraz sam, bezradny próbuje jakoś przeżyć. I jego rozum podpowiada mu naprawdę wstrząsające rozwiązania. Tutaj odczucie grozy wzbudza bohater, jego działania i stan do jakiego się doprowadza. Makabryczne jest to opowiadanie. Brrr... 

Drugi tekst to połączenie horroru i science - fiction. Rozwój techniki doprowadził do możliwości teleportacji. Jednak sam proces musi zachodzić we śnie. Co się jednak stanie, kiedy dziecko będzie zbyt ciekawe i postanowi oszukać obsługę odpowiedzialną za sen pasażerów? Przerażające i jednocześnie fascynujące zakończenie.

Te dwa opowiadania były dla mnie bardzo ciekawe. Po prostu dobrze się czytało. Na pewno cały zbiór można polecić fanom Kinga. Jako, że jest to przekrój przez dłuższy okres twórczości, można zaobserwować różny poziom opowiadań. Mnie podobały się najbardziej te, w których element niezbadany, budzący strach tkwi w samym człowieku. Opisuje do czego jesteśmy zdolni, żeby zaspokoić swoje pragnienia. I chociaż nie są to typowe opowiadania grozy, to te zapadły mi najbardziej w pamięć. Może za sprawą oszczędnego języka, który nie bazuje na emocjach, a jest raczej oschły. Sam początek "Jountingu" to prawdziwy wykład o rozwoju badań nad teleportacją. A mimo to czyta się to bardzo, bardzo dobrze.

Polecam, choć sam chyba zwolenniczka horroru nie zostanę.
Zbiór został niedawno wydany w nowej szacie graficznej z uwagi na adaptację filmową pierwszego z opowiadań: "Mgła". Ja czytałam wydanie stare.


W ramach kwietniowego wyzwania Trójki e - pik, przeczytałam również "Zakochanego ducha" Jonathana Carrolla. Niestety recenzji nie będzie.
Kiedyś jego ksiązki bardzo mi się podobały. Dzisiaj nie wiem. Może ta nie jest udana, a może do mnie nie trafia. W każdym razie nie czuje się na siłach, by jakąkolwiek notkę spłodzić.

Stephen King
"Szkieletowa załoga"
wydawnictwo: "Pruszyński i s-ka"
Warszawa 2000


Zdjęcie pochodzi z serwisu Lubimy czytać.

wtorek, 17 kwietnia 2012

"SIOSTRY" IRENA LANDAU

Dzięki blogowym wyzwaniom poznaję książki, których wcześniej pewnie bym z biblioteki nie przyniosła do domu. A tak, kwietniowa edycja wyzwania Trójka e - pik, była impulsem by sięgnąć po książkę Ireny Landau "Siostry". Na okładce niżej podanego wydania widnieje zacytowany fragment książki, w którym jedna z bohaterek dowiaduje się, że jej ukochany nie zginał w czasie wojny. Tematyka wojenna to jest to, co zawsze mnie przyciągnie do książki, a że w bibliotece nie było książki, wcześniej przeze mnie upatrzonej "Siostry" powędrowały ze mną do domu. I dobrze się stało.

Maria wiele w życiu przeżyła. Podczas robienia zakupów na urodziny wnuczki, przypadkowe skojarzenie kurczaków z gęsimi szyjkami, uruchamia prawdziwą lawinę wspomnień. Maria zaczyna sobie przypominać to, jak w trakcie wojny mieszkała wraz z siostrą i rodzicami w gettcie. Jej przeżycia i to jak zapamiętała wojnę, a także jej obecne życie, wypełniają pierwszą część książki. Bohaterką i narratorką drugiej części jest jej młodsza siostra, Ajka.
Maria i Ajka dosłownie wyrzucają z siebie nagromadzone przez lata urywki pamięci. Wcześniej nie mogły się z nimi praktycznie z nikim podzielić, teraz nieustannie analizują i myślą o przeszłości. Ich bliscy nie chcą o tym słuchać, bo może będą mieli nocne koszmary. A przecież dla obu sióstr to, co się kiedyś zdarzyło jest nieodłącznym składnikiem ich istnienia. To, co je spotkało, ukształtowało ich podejście do świata, rodziny i rzutuje na ich zachowanie. To, że nie mogą o tym jawnie mówić jest dla nich bardzo trudne i po części niezrozumiałe. Bo jak ktoś nie może posłuchać ich wspomnień, a one musiały sobie poradzić i to przeżyć. Wyjść cało z getta, z ukrywania się, wreszcie z obozu, a potem jakoś ułożyć sobie życie.
I czy to życie, mogło się potoczyć inaczej? Co by było, gdyby ukochany Marii nie zginął? Co by było, gdyby Ajka mogła się powstrzymać od obsesyjnego niepokoju o swoją rodzinę? Pytania, na które nie ma właściwej odpowiedzi.

Z książki Ireny Landau wyłania się obraz sytuacji Żydów w okupowanej Polsce, opisany bez niepotrzebnego brutalizmu, a przez to bardzo zapadający w pamięć. Słowa Marii i Ajki są wyważone, oszczędne, pozbawione patosu, rzeczowe. Za ich pośrednictwem poznajemy różne postawy wobec holocaustu zarówno podczas wojny, jak i w czasach nam współczesnych. Poruszające są opisy warunków życia, a raczej przeżycia za murami getta, a później w obozie. Jednocześnie autorka nie dzieli bohaterów na jednoznacznie dobrych i złych. W trafny sposób wskazuje różne postawy Żydów wobec współwięźniów. Ile jest zdolny uczynić człowiek, by przeżyć piekło i czy szlachetność w nieludzkich okolicznościach przychodzi z łatwością? Wreszcie, czy nawet najpiękniejsze wspomnienia, są tyle samo warte po latach?
Okazuje się, że w ostatecznym rozrachunku siostry pozostają samotne, do końca nie zrozumiane. Bo z najbliższymi nie łączy ich wspólnota wspomnień. Smutne to przesłanie, ale może prawdziwe. Pozostaje człowiek, który musi sobie poradzić sam, a to nigdy nie jest łatwe.

"Siostry" to powieść warta przeczytania. Taka, która pozostanie z nami na dłużej, bo zadaje ważne pytania. Odpowiedź na nie, nie jest oczywista, ale czasem trzeba je sobie zadać.


Irena Landau
"Siostry"
wydawnictwo: "Jaworski"
Warszawa 1999

zdjęcie pochodzi z serwisu lubimy czytać

czwartek, 12 kwietnia 2012

"KSIĘŻNICZKA" ZOFIA URBANOWSKA

Wracacie do książek z lat dzieciństwa? Ja czasami tak. "Księżniczka" Zofii Urbanowskiej była powrotem o tyle ciekawym, że z pierwszego czytanie niewiele pamiętałam. Kołatały mi się jakieś wątki, jakieś pojedyńcze sceny, ale w całość tego złożyć nie mogłam, więc przeczytałam raz jeszcze.

Helenka kończy właśnie siedemnaście lat. Niestety zaraz po wielkim balu, który przyniósł jej wiele radości, dowiaduje się o przykrych faktach. Jej ojciec, zubożały szlachcic traci pracę, a na skutek niezbyt trafnych decyzji finansowych, byt całej rodziny jest zagrożony.
Helenka całe życie była trzymana z dala od problemów, ale w tej sytuacji widzi, że rodzice bez niej nie dadzą sobie rady. Postanawia znaleźć sobie pracę. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności trafia do firmy i domu państwa Radliczów. Tam poznaje całkiem inny tryb życia oparty na pracy i samodzielności. Początkowo pełna niechęci do wszystkiego, co spotyka ją w tym domu, z czasem zaczyna dostrzegać zalety wartości, jakimi kierują się Radliczowie i ich dzieci.

Książka została po raz pierwszy wydana w roku 1886 i charakteryzuje się dużą dozą dydaktyzmu. Autorka wskazuje wady wychowania dziewcząt, które prowadzą do trywializacji życia kobiety. Porównuje tu zwłaszcza matkę Helenki, która cierpi na szereg wymyślonych dolegliwości, nie interesuje się sytuacją finansową, dla której realia prawdziwego życia są po prostu obce, i panią Radzicz. Ta druga wszystkiego w domu dogląda sama, a córki wychowała , tak aby w przyszłości mogły być samodzielne, a nie polegać na bogatym mężu.
W czasie pobytu i pracy u Radliczów Helenka przechodzi metamorfozę. Pod wpływem komentarzy i rad, zarówno starszych, jak i dzieci, a w szczególności syna pracodawców - Stefana, zaczyna inaczej spoglądać na otaczający ją świat.

Kiedy pierwszy raz czytałam tą powieść nie dostrzegłam wplecionych w nią szeregu odwołań do historii Polski. Zakamuflowane pojawiają się tam nawiązania do zrywów powstańczych i zesłań. Zapamiętałam właściwie tylko wątek romansowy, który generalnie zajmuje miejsce raczej drugoplanowe.

Początkowo drażnił mnie wyglądający prawie zza każdego zdania moralizatorski ton autorki, ale po pewnym czasie przywykłam i przestałam zwracać na to uwagę. Zaciekawiła mnie opowieść o Helence i jej staraniach o uratowanie rodziny. Tym bardziej, że jej przemiana ukazana jest bardzo trafnie i wydaje mi się wiarygodnie, choć rodzina Radliczów, jako obraz wszelkich cnót i zalet trochę drażni.

Niemniej "Księżniczka" Zofii Urbanowskiej pozostaje książką wartą przeczytania, a ja chyba odświeżę sobie więcej lektur z podstawówki.


Zofia Urbanowska
"Księżniczka"
wydawnictwo Tenten
Warszawa 1991


środa, 11 kwietnia 2012

"MARIE JEGO ŻYCIA" BARBARA WACHOWICZ

Sienkiewicza nie polubiłam od pierwszej strony, pierwszej książki jego autorstwa, po którą sięgnęłam. Długo byłam fanką raczej adaptacji "Pana Wołodyjowskiego", "Qvo vadis?", czy "Krzyżaków", a przede wszystkim mojego ukochanego "Potopu". Do tej pory seans tego ostatniego filmu jest tradycją Bożego Narodzenia w mojej rodzinie. Po latach jednak postanowiłam spróbować raz jeszcze i to, co do tej pory kojarzyło mi się z nudą, nagle pochłonęło mnie bez reszty. Zaczęło się od "Krzyżaków", a potem już poszło dalej.

Podobnie historia ma się z biografią "Marie jego życia" napisaną przez Barbarę Wachowicz. Książka zakupiona przez moją mamę poprzez jeden z pierwszych w naszym domu katalogów wydawniczych. Zabierałam się do niej kilka razy, ale nigdy nie wyszłam poza kilka pierwszych stron. I tak przez lata tkwiła na półce i spoglądała na mnie z coraz większym wyrzutem, przyprawiając mnie o prawdziwe poczucie literackiego zaniedbania. Bo jak tu nie wiedzieć prawie nic o pisarzu, którego książki się uwielbia. Nie do pomyślenia, ale zmotywowało mnie dopiero wyzwanie "z półki".
Zawzięłam się, przeczytałam "kryzysowe" wcześniej strony i przepadłam na kilka dni.

Barbara Wachowicz koncentruje się na bardzo nośnym temacie prywatnego życia Henryka Sienkiewicza. Zaspokaja ciekawość, która karze nam choćby mimochodem zajrzeć do plotkarskich portali, czy pism. Sienkiewicz w swoich czasach, był wszak pisarzem, którego życiem się interesowano.
Autorka odsłania prywatność pisarza z klasą i rzetelnością, która gwarantuje znakomitą lekturę. Przez pryzmat wizerunków i związków z kolejnymi kobietami, które odegrały w jego życiu niebagatelną rolę, zaznajamia nas z początkami Sienkiewicza jako felietonisty, pisarza krótkich form, po przejście do wielkich powieści i zdobycie prawdziwego uznania w pisarskim świecie.

Pierwsze zaręczyny z Marią Kellerówną przypadają na początki pracy twórczej autora "Qvo vadis?". Rodzice, a w szczególności ojciec panny, nakłania ją do zerwania zaręczyn z człowiekiem, którego przyszłość wydaje się mocno niepewna. Kellerówna jest posłuszna, tak została wychowana, ale decyzji żałuje do końca życia, chowając w sobie wspomnienie szczęśliwych chwil.

Drugi związek pisarza z Marynią Szetkiewicz jest bardzo udany, ale niestety krótki. Żona umiera na gruźlicę. Pielęgnując i przebywając z nią w sanatoriach, Sienkiewicz pisze "Trylogię". To jej zawdzięczamy skok do długich form i wspaniałe powieści i fascynujących bohaterów.
Druga zona rozmyśliła się po miesiącu małżeństwa, następna panna kochała się bardziej w wyobrażeniu, niż w rzeczywistym człowieku. Dopiero z piątą Marią, zwaną Markiem Sienkiewicz odnajduje spokojną przystań na stare lata.

Wachowicz dociera do listów, pamiętników narzeczonych, małżonków i przyjaciół. Powstaje opowieść niezwykła, pełna uroku, ciepła, subtelności i wyczucia. Po prostu zrozumienia dla uczuć tych ludzi, którzy nie są przecież fikcja literacką, a przy tym bardzo wiarygodna. Lektura tej książki pozwala trochę inaczej spojrzeć na twórczość Sienkiewicza, która miała nieraz podstawy w życiu pisarza. Szczególnie odnosi się to do "Rodziny Połanieckich".

Ciekawe życie miał Henryk Sienkiewicz. Tworzył wspaniałe pary, których dzieje fascynowały czytelników, a u niego samego chwile szczęścia mieszały się z poczuciem rozczarowania. Jest on bohaterem tej opowieści, ale Wachowicz nie porzuca poszczególnych Marii z chwilą, gdy kończy się ich związek z pisarzem. Przedstawia ich losy do samego końca, pokazując jak ich kontakt z Sienkiewiczem, zaważył na dalszym życiu. Dostajemy dzięki temu obraz całej epoki w jakiej przyszło żyć autorowi i jego Mariom.

Na koniec wspomnę o pięknym wydaniu książki, które miałam przyjemność czytać. Twarda okładka, obwoluta i dużo pięknych zdjęć w środku. Książki nie powinno oceniać się po okładce, ale przyznacie, że miło czytać dobrze wydaną pozycję.


Barbara Wachowicz
"Marie jego życia"
Świat Książki
Warszawa 1994


niedziela, 8 kwietnia 2012

"BURSZTYNOWY RYCERZ" KATHERINE JOHN

Katherine John to pseudonim literacki Catrin Collier. Pod własnym nazwiskiem autorki opublikowane zostały w Polsce powieści: "Ostatnie lato" i "Córka Magdy". Przeczytałam je obie i muszę stwierdzić, że lektura ich dostarczyła mi lekkiej rozrywki. Collier pisze powieści historyczne dla kobiet. Bohaterkami obu wspominanych książek są kobiety, których życie zmieniła wojna. Ich treść nie jest zbyt odkrywcza, zahacza o schematyzm, ale czyta się to szybko i bezboleśnie, choć nie obywa się bez zgrzytów. Ale nadal są to takie miłe czytadła, które nie zostają na dłużej w głowie, a pozwalają zagospodarować czas w pociągu, czy w kolejce do lekarza.

I z takim też nastawieniem sięgałam po "Bursztynowego rycerza", ale spotkała mnie duża i raczej niemiła niespodzianka.

Adam Salen jest dyrektorem polskiego oddziału Instytutu Salena w Gdańsku. Pewnego dnia dostaje niezwykła ofertę. Ktoś proponuje mu nabycie części Bursztynowej Komnaty - sarkofagu z zatopionym w bursztynie rycerzem, z którym wiąże się legenda. Badając sprawę Adam dowiaduje się, że oferta trafiła również do innych muzeów. Chcąc potwierdzić autentyczność zabytku rusza wraz ze swoją współpracowniczką, Magdą do Kaliningradu. W drodze powrotnej ściga ich tajemniczy samochód, w całą sprawę angażuje się mafia, zaczynają ginąć ludzie. Czy znalezisko jest autentyczne, czy to wszystko tylko sprawna podróbka?

Jak już wspominałam w książkach Collier próżno szukać realizmu. Szczególnie obraz powojennej Polski pozostawia wiele do życzenia, ale trudno o nagromadzenie takich bzdur, jakie spotykamy w "Bursztynowym rycerzu". Temat był w założeniu fascynujący. Losy Bursztynowej Komnaty są zagadką i sama tematyka może już na wstępie zyskać dla powieści parę punktów na plus. Tak się jednak nie stało. Głównie ze względu na sposób ukształtowania postaci i fabuły. Adam jest dyrektorem muzeum, ale zachowuje się bardziej jak szpieg. Jeżeli ma porozmawiać ze swoim dziadkiem, który stoi na czele Instytutu, zawsze szyfruje swoje połączenia telefoniczne. W skrytce w kuchni przechowuje rewolwer, bo przed przyjazdem do Polski uznał, że po prostu mu się przyda. No i oczywiście nie myli się. "Bursztynowemu rycerzowi" blisko do powieści sensacyjnej, ale niestety w moim odczuciu raczej nieudanej. Za dużo nieprawdopodobnych wymysłów na czele z wąglikiem, wszechobecnymi gangsterami i doczepionym na siłę wątkiem miłosnym. Ja doczytałam do końca tylko ze względu na niewielką objętość.

Czy moje odczucie byłoby inne, gdybym sięgała po książkę bez żadnych oczekiwań? Chyba nie. Po przeczytaniu zostało mi tylko wrażenie mętliku i nic więcej. Stanowczo nie polecam.


Katherine John
"Bursztynowy rycerz"
świat Książki
Warszawa 2010

"EMMA" JANE AUSTEN

Co takiego jest w powieściach Jane Austen, że od lat czytają je nowe pokolenia czytelników, a może bardziej czytelniczek? Ja sama zainteresowałam się nimi dosyć dawno, bo po obejrzeniu w TVP1 serialu "Duma i uprzedzenie". Jakiś czas potem wiedziona ciekawością, kupiłam książkę i wsiąkłam.
Ale dzisiaj ma być o "Emmie", nie o "Dumie i uprzedzeniu".

"Emma" jest inna od pozostałych książek Austen. Bohaterką jest młoda kobieta, Emma Woodhouse - zamożna panna, która nie chce wyjść za mąż. Wcześnie osierocona przez matkę, została wychowana przez guwernantkę pannę Taylor i swojego ojca. Guwernantka zawsze była łagodna i z czasem stała się raczej przyjaciółką niż przewodniczką panny Emmy, a główną troską pana Woodhouse jest jego stan zdrowia. Kiedy jej siostra wychodzi za mąż, Emma staje się panią domu. Wkrótce potem w związek małżeński z panem Westonem wstępuje również panna Taylor. Jej dotychczasowa podopieczna jest przekonana, że to ona ich szczęśliwie wyswatała. Zachęcona tym sukcesem postanawia poszukać innych wyzwań na tym polu. Okazja nadarza się kiedy poznaje byłą uczennicę pobliskiej szkoły dla dziewcząt - Harriet. Emma postanawia znaleźć dla niej odpowiednią partię. Głosem rozsądku może być tylko sąsiad i przyjaciel rodziny - pan Knightley.
Wraz z pojawieniem się w otoczeniu Emmy nowych postaci sytuacja nabiera charakteru komedii omyłek, w której nic nie jest tym, czym wydaje się być.

Emma nie jest bohaterką, którą instynktownie lubimy. Straciła matkę, ale jej chyba nie pamięta. Żyje szczęśliwie, otoczona kochającymi ją ludźmi. Jej ojciec jest bogaty, sama więc nie musi szukać męża, by podnieść swoją pozycję społeczną. Jej rodzina jest powszechnie szanowana. Właściwie można powiedzieć, że robi co chce nie zważając na opinie innych. Rozsądne podpowiedzi pana Knightley'a często sobie lekceważy, jeśli nie pokrywają się z jej planami, chociaż darzy go sympatią i szacunkiem. Emma jest w oczywisty sposób zarozumiała, ale próbując planować życie innym, chce dla nich jak najlepiej. Wiemy, że w gruncie rzeczy ma dobre serce.
Jest inteligentna, ale używa swojego rozumu w niewłaściwy sposób. Na początku nieustannie mnie irytowała. Potem dostrzegłam w niej pewien urok. Może przez to, że nie jest chodzącym ideałem, że ma wady. Może dlatego, że chcąc jak najlepiej, niekoniecznie z właściwych pobudek, jednak czegoś się w końcu uczy. A może dlatego, że mam wrażenie, że zawsze pozostanie odrobinę niepoprawna.

Jak zwykle w swych powieściach obok perypetii miłosnych, Austen opisuje różne warstwy społeczne i to jak przynależność do nich determinuje życie bohaterów. Obserwujemy więc działania poszczególnych postaci, dla których małżeństwo staje się sposobem na wzbogacenie. Bo pieniądze w tym świecie grają jednak dużą rolę. W zależności od ich posiadania lub nie, staropanieństwo może być godne pożałowania lub szacunku. Ich brak karze trzymać zaręczyny w sekrecie. One determinują kontakty towarzyskie i plany na przyszłość.
Mimo tych raczej gorzkich realiów autorka nasyciła "Emmę" dużą dozą pogody i sympatii.  Kolekcja pamiątek Harriet, hipochondryzm panna Wodhouse'a, interesowność pana Eltona, czy śmieszność panny Bates nie wywołuje niechęci. Ich wady potraktowane są z życzliwym dystansem. Nawet dwulicowość jednego z panów nie spotyka się z końcową karą, a wszyscy inni też znajdują osoby im przeznaczone. Postacie potraktowane są z lekkim przymrużeniem oka, a kolejne omyłki Emmy wywołują wyrozumiały uśmiech czytelnika, który wielu rzeczy domyśla się znacznie szybciej, niż bohaterowie. Nie przeszkadza to jednak cieszyć się lekturą.

"Emmę" czyta się jak lekką komedię. Nie ma tu atmosfery potępienia, nawet jeśli postępki niektórych, nie spotykają się z naszą aprobatą. Wady głównej bohaterki wynikają z przecenienia własnych zdolności i niedojrzałości, ale my wiemy, że na końcu wszystko dobrze się ułoży, a ona sama znajdzie uczucie, które było znacznie bliżej, niż kiedykolwiek podejrzewała.
Polecam każdemu bo ta powieść to odzwierciedlenie świetnego zmysłu obserwacji i poczucia humoru, jakie niewątpliwie posiadała Austen. Dobrze, że możemy się nim cieszyć.


Jane Austen
"Emma"
wydawnictwo Pruszyński i S-ka
Warszawa 1998


piątek, 6 kwietnia 2012

30 DNI Z KSIĄŻKAMI

Zabawa znaleziona w internecie i zaproponowana przez Prowincjonalną Nauczycielkę. W oryginale ma zająć 30 dni podczas, których odpowiadamy na jedno pytanie okołoksiążkowe. Spodobał mi się pomysł, ale w tym czasie po prostu nie mam dostępu do internetu i bloga codziennie. Postanowiłam więc "załatwić" sprawę hurtowo. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone. :)
No to zaczynamy.

Dzień 1 - Twoja ulubiona książka.

Oj, tu trudno wymienić i z pewnością nie mogę się ograniczyć do jednej. Z pewnością muszę wymienić "Dumę i uprzedzenie" Jane Austen. Zawsze powracam do niej z nieustanną radością. Dalej pokochane po latach i ponownym czytaniu "Przeminęło z wiatrem" Margaret Mitchell, i pokochana od pierwszego przeczytania  "Królowa Południa" Arturo Perez - Reverte.

Dzień 2 - Książka, którą lubisz najmniej.

"Ostatni Mohikanin" James Fenimore Cooper. Z jednego powodu. Najpierw obejrzałam film, który bardzo polubiłam. Zresztą nadal należy do moich ulubionych. A, że zwykle czytam książki na podstawie, których nakręcono filmy, wypożyczyłam powieść i srodze się zawiodłam. Szukałam wątków filmowych i ich nie znalazłam. Na dodatek nie znalazłam nic w zamian.

Dzień 3 - Książka, która cię kompletnie zaskoczyła.

"Eugeniusz Oniegin" Aleksander Puszkin. Czytane na studiach. Poemat dygresyjny. Nastawiłam sie na nudę. Dostałam pasjonującą lekturę, która mnie zauroczyła. Polecam każdemu. To samo czekało mnie potem przy czytaniu "Zasypie wszystko, zawieje..." Włodzimierza Odojewskiego. Muszę wreszcie zakupić własne egzemplarze.

Dzień 4 - Książka, która przypomina ci o domu.

Trudne. Chyba zbiór baśni z całego świata "Bajarka opowiada" Marii Niklewiczowej.

Dzień 5 - Książka non-fiction, której czytanie sprawiło ci niekłamaną przyjemność.

"Marie jego życia" Barbary Wachowicz. O Sienkiewiczu i jego życiu miłosnym. Ciekawe. Kończę czytać i niedługo będzie notka.

Dzień 6 - Książka, przy której płaczesz.

Nie ma takiej, bo ja się wzruszam raczej na filmach. Nie wiem czemu na książkach to nie działa. ale blisko było przy czytaniu "Dziewczyn wojennych" Łukasza Modelskiego.

Dzień 7 - Książka, przez ktorą trudno przebrnąć.

Nieustannie "Opowieści o pilocie Pirxie"

Dzień 8 - Mało znana książka, która nie jest bestsellerem, a powinna nim być.

Tutaj nic mi nie przychodzi do głowy.

Dzień 9 - Książka wielokrotnie przez ciebie czytana.

Wracam do tych ulubionych i do "Sagi o zbóju Twardkokęsku" i "Wiedźmina".

Dzień 10 - Pierwsza książka przez ciebie czytana.

Niestety nie pamiętam.

Dzień 11 - Książka, dzięki której zaraziłeś się czytaniem.

Tak całkiem świadomie to pierwsze takie wspomnienie dotyczy "Dzieci z Bullerbyn" Astrin Lindgren.

Dzień 12 - Książka, która tak wycieńczyła cię emocjonalnie, że musiałeś przerwać jej czytanie lub odłożyć na jakiś czas.

Wszystkie książki o holocauście.

Dzień 13 - Najukochańsza książka dzieciństwa.

Cykl o Ani z Zielonego Wzgórza  Lucy Moud Montgomery i powieści o Tomku Wilmowskim Alfreda Szklarskiego.

Dzień 14 -  Książka, która powinna znaleźć się na obowiązkowej liście lektur w szkole średniej.

Szczerze powiedziawszy za każdym razem, gdy myslę o jakiejś książce znajduję tyle samo za i przeciw.

Dzień 15 - Ulubiona książka traktująca o obcych kulturach.

Nie wiem, czy to się kwalifikuje do tej kategorii, ale lubię książki Wojciecha Cejrowskiego.

Dzień 16 - Ulubiona książka, którą sfilmowano.

I znowu będzie kilka powieści. "Nad Niemnem" Elizy Orzeszkowej, "Rozważna i romantyczna" Jane Austen, "Pokuta" Ian McEwan, "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Stieg Larsson.

Dzień 17 -  Książka, którą sfilmowano i zrobiono to źle.

Wszystkie adaptacje "Hrabiego Monte Christo" Aleksandra Dumasa.  Nie mogę ścierpieć, że na końcu każdej z nich każą sie zejść Edmundowi i Mercedes. Absolutnie źle pojmowane szczęśliwe zakończenie. Jedyna słuszna pod tym względem adaptacja z Richardem Chamberlainem w roli głównej jest z kolei bardzo skrótowa, ale i tak polecam.

Dzień 18 - Twoja ukochana książka, której już nie można kupić.

Książka, którą chcę przeczytać, ale bardzo trudno ja kupić to "Panie z Cranford" Elizabeth Gaskell.

Dzień 19 - Książka, dzięki której zmieniłaś zdanie na jakiś temat.

"Wiedźmin" Andrzeja Sapkowskiego to książka, dzięki której zmieniłam zdanie na temat fantasy, a moje uprzedzenie do tego gatunku była wielkie.

Dzień 20 - Książka, którą byś poleciła osobie o wąskich horyzontach myślowych.

Wszelkie książki biograficzne.

Dzień 21 - Książka, która przyniosła ci wielką przyjemność, ale wstydzisz się przyznać, że ją przeczytałaś.

Teraz nic mi nie przychodzi do głowy, ale w czasach pierwszych klas liceum były to romanse z wydawnictwa Bis z serii "Nie chowaj przed żoną i tak kupi sobie nową".

Dzień 22 - Ulubiona seria wydawnicza.

Z miotłą, kiedyś Kameleon.

Dzień 23 - Ulubiony romans.

Obie nie zaliczają się do romansów w czystym sensie. Jedna to "Ptaki ciernistych krzewów" Colleen McCulough, a druga to "Mapa miłości" Ahdaf Soueif.


Dzień 24 - Książka, która stała się jednym wielkim oszustwem.

"Projekt Bronte" Jennifer Vandever. W moim odczuciu kompletna bzdura.

Dzień 25 - Ulubiona autobiografia/biografia.

"Siostry Bronte" Ewy Kraskowskiej.

Dzień 26 - Książka, którą chciałbyś przeczytać, a jeszcze nie jest napisana.

Tutaj przychodzą mi tylko na myśl ewentualne kontynuacje. Chciałabym się dowiedzieć co się działo dalej z Jonathanem z "Jonathan Strange i pan Norrell" Suzanna Clarke. No i chciałabym przeczytać ewentualną kontynuację "Tigany".

Dzień 27 - Książka, którą byś napisała, gdybyś umiała.

Kryminalne fantasy.

Dzień 28 -  Książka, której przeczytania bardzo żałujesz.

Znowu "Projekt Bronte" Jennifer Vandever.

Dzień 29 - Autor, którego omijasz.

Nicholas Sparks. Żadna jego książka mnie nie pochłonęła i William Wharton z tych samych powodów.

Dzień 30 - Autor, którego wszystkie książki czytasz.

Arturo Perez - Reverte za miłość do książek i nawiązania do nich. Kate Morton za atmosferę smutku, przemijania i też za nawiązania ksiązkowe, ktore uwielbiam tropić. Anna Brzezińska za Wężymorda i Zarzyczkę, których pokochałam. Dodam jeszcze Andrzeja Sapkowskiego i Nicholasa Evansa.

Ufff... Mam nadzieję, że was nie wynudziłam.









środa, 4 kwietnia 2012

"STULECIE DETEKTYWÓW" JÜRGEN THORWALD

Kryminały wszelkiego rodzaju należą do moich ulubionych lektur. Dobrym filmem kryminalnym też nie pogardzę. Przestępstwa zdarzały się od zawsze, a pomysłowość ludzka w tym względzie nie zna chyba granic. Autorzy książek o takiej tematyce mają  więc spore pole do manewru. Intrygę mogą umiejscowić w starożytnym Rzymie, w średniowieczu, aż po czasy nam współczesne. I my w zależności od miejsca, a przede wszystkim czasu akcji, wiemy mniej więcej jakimi sposobami można odkryć sprawcę. Czasem zawodowi, czy amatorscy detektywi posługują się głównie dedukcją. Ale im bliżej czasom nam współczesnym, tym więcej mają do dyspozycji przeróżnych technik śledczych. Odciski palców, medycyna sądowa, toksykologia i batalistyka, dzisiaj to wszystko można wykorzystać, by złapać przestępcę, a potem udowodnić mu winę. Dzisiaj wydaje się to bardzo proste.

A kiedyś? Jak było przed laty? Jak to się stało, że policja dysponuje teraz tak szerokim zakresem badań. Osobiście zawsze patrzę ze zdumieniem pomieszanym z podziwem na znany serial "CSI Las Vegas" i jego spin - offy. Te wszystkie laboratoria, w których można przebadać praktycznie każdy ślad znaleziony na miejscu zbrodni. Wydaje się, że nic już nie może przejść nie zauważone. Dotąd nigdy nie przeszło mi przez myśl pytanie: Jak to się zaczęło?
Zmieniła to książka Thorwalda "Stulecie detektywów". Jeśli lubicie kryminały, musicie ją przeczytać.

Thorwald skupia się na kilku problemach mających zasadnicze znaczenie w wykrywaniu zbrodni. Najpierw mamy więc historię odkrycia odcisków palców. Aż trudno uwierzyć, że wszystko zaczęło się od pomiarów ciała, a doprowadziło do powstania daktyloskopii. Do tego opowieść o początkach specjalistycznej policji kryminalnej i pytania, które dzisiaj wydają nam się niedorzeczne, a kiedyś spędzały sen z powiek wielu ludziom. No, bo co jeśli takie linie papilarne można usunąć? Na szczęście nie można, ale próby i to bardzo ciekawe, były podejmowane.
Dalej doświadczenia śledcze, dzięki którym powstała medycyna sądowa, jako całkiem osobna dziedzina badań. Metody orzekania sposobu zgonu, a wśród nich toksykologia. Dzięki rozwojowi tego aspektu wiele przestępstw, jeszcze niedawno niewykrywalnych, nie mogło przejść bez kary. A na deser dostajemy batalistykę.
Lektura tej książki byłaby nudna, gdyby nie sposób pisania Thorwalda. W końcu każdemu z nas mogą znudzić się kolejne daty, miejsca, nazwiska. Nie sposób ich wszystkich spamiętać. Dlaczego więc nie przestałam czytać w połowie, albo i wcześniej? Autor nie pisze w sposób emocjonalny, nie łagodzi często brutalnych opisów, ale jego spostrzeżenia są świetnie udokumentowane. Wędrujemy swoistym szlakiem ciekawych zbrodni, których rozwiązanie było bardzo ważne dla rozwinięcia się metod śledczych. Skaczemy po kontynentach, czytamy o bezlitosnych zabójcach, gangsterach i zwykłych ludziach i o wszystkich aspektach  popełnionych przestępstw. Od motywu, przez śledztwo, aż po proces. Ta książka to zbiór kryminałów opartych na faktach.
Jest to też opowieść o ludziach pochłoniętych prawdziwą pasją. Nieraz zbyt dumnych, nierzadko nie mogących się przyznać do błędów, ale to właśnie ich działania doprowadziły do powstania nowych dziedzin w służbie prawa i sprawiedliwości. Ich zmagania z nieznanym, chwile zwątpienia, małe i wielkie sukcesy są czymś niesamowitym. Po pewnym czasie przestałam odbierać tę książkę w płaszczyźnie dokumentalnej. Z każdym nowym opisywanym przypadkiem zastanawiałam się , jak zostanie udowodniona wina, jak potoczy się proces, czy sprawca poniesie karę, czy wszystko ujdzie mu na sucho? Wtedy lektura tego obszernego opracowania stała się po prostu pasjonująca. Bo zaczęła dotyczyć konkretnych ludzi i zdarzeń.

Thorwald włożył w odtworzenie tych wydarzeń dużo pracy. Widać w tym pasję. Książki pisane z pasją zawsze dobrze się czyta. I ta nie jest wyjątkiem.
Gorąco polecam. U mnie w kolejce do czytanie czeka już "Stulecie chirurgów". Szykuje się następna pasjonująca opowieść.


Jest to to też kolejna książka w ramach wyzwania: Z półki.


Jürgen Thorwald
"Stulecie detektywów"
Wydawnictwo Znak
Kraków 2009






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...