piątek, 30 marca 2012

"DYNASTIA Z RAVENSCAR" BARBARA TAYLOR BRADFORD

I znowu objętościowo gruba lektura. Chyba jestem uzależniona od takich. A właściwie w tym przypadku są to trzy powiesci składające się na jeden cykl. Omówię je razem, bo nie widzę sensu rozdzielania tego, co chcę napisać na trzy wpisy. A mowa będzie o "Dynastii z Ravensacar", "Spadkobiercach z Ravenscar" i "Elizabeth" autorstwa Barbary Taylor Bradford.

Edward Deravenel w wieku dziewiętnastu lat dowiaduje się o śmierci swojego ojca, brata, wuja i kuzyna. Wszystko wskazuje na to, że zostali oni zamordowani podczas podróży biznesowej. Mordercami zaś są ludzie, któezy bezprawnie zarządzają wielką firmą, która powinna być własnością rodziny Deravenelów. Edward wraz ze swoim kuzynem postanawiają doprowadzić do przejęcia swojego dziedzictwa. Pierwszy tom opowiada o drodze do tego celu, następne zaś przedstawiają losy Edwarda i jego potomków uwikłanych w zdrady, intrygi, romanse i walczących o utrzymanie firmy.

Autorka w posłowiu przyznaje się do inspiracji, w tworzeniu swoich bohaterów na postaciami historycznymi. I to nie byle jakich, bo pochodzących z rodow monarszych. I tak Edward Deravenal jest wzorowany na Edwardzie IV. Wzorownay, to trochę mało powiedziane. Jego historia jest całkiem wiernie osnuta na wydarzeniach historycznych i przeniesiona w czasy XX wieku. Akcja trzech powieści zaczyna się w 1904 roku zaś kończy w czasach współczesnych. Przyznaję, że z największym zaciekawieniem czytałam część pierwszą i połowę drugiej. A to dlatego, że ta część historii angielskiej nie jest mi dobrze znana. Były więc czasem niespodzianki. Później nie jest już tak dobrze, bo wkraczamy w okres, gdzie natchnienie stanowiły perypetie małżeńskie Henryka VIII. I znowu odnajdujemy bardzo czytelne wzorce. Chyba nawet aż nadto czytelne. Przystępując do czytania cżęśći trzeciej, czyli "Elizabeth" generalnie wiedziałam już czego się spodziewać. I cóż, nie zawiodłam się...

Strony tych książek wypełnione są męską i kobiecą urodą. Zarówno panowie, jak i panie są dumne, piękne i ambitne. Czasami, aż za bardzo. Pochłania ich władza i seks, co prowadzi do licznych konfliktów. Męscy członkowie rodu Darevenalów obdarzeni są prawie bez wyjątku niesamowitym darem przyciągania płci pieknej. Kobiety wręcz tracą rozsądek w ich towarzystwie, a szampan w tym swiecie chyba zastepuje wodę. Tajemnica goni tajemnicę, niewyjaśnione zgony, cudem odnalezione dzieci, wyrozumiałe kochanki, wszystko to znajdziecie w "Dynastii z Ravensacar". Jeśli dodamy do tego piekne wnętrza i opisy cudownych strojów, mamy mniej więcej obraz tego, co zostaje nam w głowach po całej lekturze.
Niezmiernie irytowało mnie podłoże historyczne. Ale nie kwestia wzorca życiorysów, a przedstawienie rzeczywistych epok, w których zyją bohaterowie tej trylogii. I wojna światowa wspomniana jest w kilku zdaniach, a II pominięta jest całkowicie. Nie ma właściwie nic o emancypacji kobiet. Tło całej opowieści poznajemy tylko z przemyśleń i rozmów bohaterów. Jest to trochę sztuczne, bo najczęściej w pewnym miejscu, jakby autorce przypomniało się, że musi trochę napisać o szerszym kontekście, zostajemy zaznajomieni z suchymi faktami i datami. Same postacie własciwie nie wchodzą we wzajemne oddziaływanie ze światem zewnętrzym. Daje to swoiste poczucie całkowitego odrealnienia i pewnej melodramatyczności, co naprowadziło mnie na drugie skojarzenie, chyba niekoniecznie przez autorkę planowane. Otóż miałam przed oczami przez jakiś czas serial "Dynastia".

Mimo wszystko dobrze mi się czytało powieści Barbary Taylor Bradford. Byłam ciekawa jakie jeszcze "niespodzianki" szykuje dla swoich bohaterów, a właściwie jak zaadaptuje to co już znamy, na potrzeby nowej opowieści. Z czasem stanowiło to główną siłę przyciągającą mnie do dalszej lektury.
Do rodu z Davenscar nie wrócę, ale chętnie poznam inne książki Bradford. Choćby dla porównania.


Barbara Taylor Bradford
"Dynastia z Ravenscar"
Warszawa 2008
"Spadkobiercy z Ravenscar"
Warszawa 2009
"Elizabeth"
Warszawa 2010
Wydawnictwo świat Książki

piątek, 23 marca 2012

"NIEMIECKA JESIEŃ. Reportaż z podróży po Niemczech" STIG DAGERMAN

Stig Dagerman to szwedzki pisarz żyjący w latach 1923 - 1954. Zadebiutował powieścią "Otchłań", o czasach II wojny światowej, wydaną w 1945 roku.
O wojnie, a właściwie o jej skutkach jest też zbiór reportaży "Niemiecka jesień. Reportaż z podróży po Niemczech.

Sięgnęłam po tę książkę z ciekawością. Dla mnie osobiście wojna jest czymś nieowyobrażalnym, prywatnym wielkim lękiem. Zniszczenia, atmosfera ciągłego strachu i poczucie końca społeczeństwa, to moje skojarzenia. A jednak mam w sobie jakąś niewytłumaczalną ciekawość tamtych czasów i czytałam już różne książki o tym okresie. Od czysto dokumentalych, po przygodowe. Do "Niemieckiej jesieni" przyciągnęła mnie niecodzienna perspektywa. Stig Dagerman opisał Niemcy po klęsce.
To skromna, bo licząca tylko 104 strony właśiwego tekstu niesie w sobie treść, wobec której nie można przejść obojetnie.

Czy na dawnego agresora, bezlitosnego okupanta można spojrzeć z litością? Odpowiedź wydaje się być oczywista. Szczególnie dla Polaków. Ale przyjrzyjmy się opisom Dagermana.
Niemcy po zakończeniu wojny są narodem przegranym. Ludzie żyją w piwnicach, wagonach pociągów w przerobionych ubikacjach. Starają się jak najcieniej obierać ziemniaki, żeby więcej zostało do jedzenia. Szerzy się kombinatorstwo, kradzieże i prostytucja. I wszystko to jest po cichu akceptowane, bo przecież czasy są ciężkie.
Jednocześnie ta szarzyzna ma mimo wszystko wiele odcieni. Bo przegrana w wojnie nie zniszczyła podziałów społecznych. W tych realiach lepiej odnaleźć się ludziom, którzy dorobili się na nazizmie. Oni mimo wszystko mają pieniądze. Biedota nie. Bywa, że byli naziści, tacy ze średniego szczebla łatwo bronią się w procesach. Wystraczy paru przekupionych świadków i oświadczenie, że słuchali zachodniego radia. Najbardziej przegrani są ci, którzy nigdy Hitlera nie popierali. Widzą zbyt wiele śladów skrywanych poglądów nazistowskich, nie popierają aliantów, uważając ich za bardzo ustępliwych, a wreszcie żyją w przeświadczeniu, że dla reszty świata, nie różnią się niczym od reszty narodu, który dał się uwieść Hitlerowi.
Gdzie nie spojrzeć panuje rozgoryczenie, mające różne źródła, ale wieczne rozgoryczenie. A obok tego niepewność prostego człowieka o jutro. Cały świat chce, żeby Niemcy natychmiast uznały swoje błędy, a oni są obojętni wobec wyborów, wobec procesów w Norymberdze. Bo dla zwykłego człowieka liczy się przede wszystkim to, żeby nie być głodnym.

Niemcy stają się narodem straconych pokoleń. Rządzą starsi, bo młodsi wychowali się w dobie nazizmu. Ale tak naprawdę nikt do końca nie może dla siebie znaleźć miejsca.


Dagerman nie operuje językiem emocjonalnym. Po prostu pisze, że w obliczu tej wojny Niemcy też straciły. I tu zaczyna się mój problem z tą książką. Bo przywołując mój rozsądek wiem, że ci zwykli ludzie też cierpieli. Wiem to i żal mi ich.
Ale nie potrafię się oprzeć myśli, co by było gdyby wojna skończyła się jednak inaczej. Nie potrafię wyrzucić ze swojej głowy myśli, że skutki wojny w Niemczech były jednak mniej dotkliwe niż za Odrą. Nie potrafię podejść do tych cierpień w sposób indywidualny. I tak bije się we mnie współczucie i myśli mniej chrześcijańskie.


Niemniej uważam, że książka jest warta przeczytania.  Myślę, że koniecznie trzeba po nią sięgnąć, jeśli jesteśmy zainteresowani tematyką wojenną. Faktycznie zmiania perspektywę i po jej przeczytaniu zostaje potrzeba refleksji, być może przewartościowania pewnych poglądów. Poza tym "Niemiecka jesień" Stiga Dagermana posiada niezaprzeczlane walory językowe. Jest po prostu świetnie napisana.


Stig Dagerman
"Niemiecka jesień. Reportaż z podróży po Niemczech"
Wydawnicto Czarne
Wołowiec 2012




czwartek, 22 marca 2012

STOSIK WŁASNY



Wynik wymiany na fincie i zakupów w Empiku.

 Wymiana;
 
1. Emily Giffin, "Dziecioodporna"
2. Halina Popławska, "Szkalperz wandejski"
3. Joanna Chmielewska, "Wszystko czerwone"
4. Anne Perry, "Świąteczna podróż"
5. Carolly Erickson, "Dziewczyna z Botany Bay"
6. Mary Weslay, "Rumianki w trawie"

Czekam jeszcze na "Księżniczkę" Zofii Urbanowskiej


A dalej Empik:
7. Alan Bradley, "Zatrute cisteczko" - bardzo długo czaiłam się na tę serię.
8. Rachel Hore, "Pod nocnym niebem"
9. Nick Rennison, "Scherlock Holmes. Biografia nieautoryzowana"
10. Stig Dagerman, "Niemiecka jesień"

Z allegro przyjdzie jeszcze: Sarah Jio, "Marcowe fiołki".


I za co tu się zabrać najpierw? :)

środa, 21 marca 2012

"ZBIEG OKOLICZNOŚCI" JOANNA CHMIELEWSKA

Chmielewska jest zwykle dla mnie idealnym rozwiązaniem, jeśli mam nienajlepszy humor. Zwykle pomaga mi natychmiastowo. Po przejrzeniu półek do wyzwania z półki , znalazłam dwie nieprzeczytane książki Chmielewskiej i stwierdziłam, że to przeoczenie trzeba naprawić.

Zaczyna się od morderstwa, w które jest oczywiście wplątana Joanna Chmielewska i druga Joanna Chmielewska. Teściowa i synowa. Stanowi to spore utrudnienie dla policji prowadzącej całą sprawę. W między czasie pojawia się też przyjaciółka z Alicja, złodzieje, fałszerze, pewna torba, która cały czas się gubi i ogólnie dużo się dzieje.

Jeśli czytaliście książki Chmielewskiej, to własciwie wiecie czego można się spodziewać. Dla mnie jednak w tej powieści było trochę za dużo zamieszania. Chwilami po prostu się gubiłam. I choć książka jest momentami bardzo zabawna, a Chmielewską czasem można czytać jako zbiór scenek, a nie spójną powieść kryminalną, to tutaj mi to przeszkadzało. Jakoś nie potrafiłam ułożyć sobie tej opowieści w całość, co mnie drażniło.

Zaletą jest lekki i potoczysty język jakim posługuje się autorka. Dzięki temu czytanie tych humorystycznych powieści kryminalnych, nigdy nie stwarza trudności, ale ta pozycja w dorobku Chmilewskiej do moich ulubionych należeć nie będzie.

Joanna Chmielewska
"Zbieg okoliczności"
Kobra Media Sp. z o. o
Warszawa 2010

wtorek, 20 marca 2012

"TAJEMNICA SOSNOWEGO DWORKU" MAŁGORZATA J. KURSA

Czasem trzeba przeczytać książkę dla czystego odprężenia. Niezbyt długą, niezbyt krótką, taką w sam raz na jeden wieczór. Kiedyś czytałam takie książki w piątki, bo piątkowe wieczory były dla mnie świętym czasem odpoczynku. Kończył się tydzień zajęć, zaczynał weekend, w który zawsze trzeba było coś zrobić. Ale ten wieczór był czasem zarezerowanym na odpoczynek.
Dzisiaj napiszę więc o książce, która na taki koniec tygodnia nadaje się bardzo dobrze.

Kasia Rawska własnie straciła pracę w banku. W życiu uczuciowym też jej się nie bardzo układa. Niby spotyka się z Markiem, ale ma już dosyć jego niezdecydowania i wymówek. Na szczęście ma przyjaciół. Dzięki nim dostaje etat w Fundacji RAFA, w której pracowała wcześniej jako wolontariuszka. Kasia ma za zadanie przystosować wynajęty przez RAFĘ, "Sosnowy dworek" na potrzeby działalności fundacji.
Ale stary budynek kryje w sobie tajemnice. Otóż zamieszkują go duchy dwóch młodych panien z epoki napoleońskiej. Dziewczyna i jej przyjaciółki zaprzyjaźniją się z pannami i z ich pomocą odkrywają, że historia dworku może nie być taka oczywista.

Sama intryga nie jest bardzo skomplikowana. Akcja toczy się w ciepłej atmosferze małego miasteczka. Nie znajdziemy tu większych problemów, np. finansowych. Gdzieś tam tylko w tle opowieści są zasygnalizowane trudności związane z nałogami i niaudanymi małżenstwami, ale zostały one już dawno pokonane i autorka nie poświęca im dużo czasu.

Cała historia opisana jest lekko. Obecność duchów w postaci niezamężnych bliźniaczek, które komentują współczesne zachowania i ubiór z perspektywy dawnych lat, jednocześnie ujawniając pikantne szczegóły z własnego życia wprowadzaja element typowo humorystyczny. Dodatkowo śmiejemy się z zabawnych powiedzonek dzieci przyjaciół Kasi i rozterek Marka, ktoremu dziewczyna coraz bardziej się podoba, ale lęk przed stałym związkiem i małżeństwem jeszcze czasami zbyt silny.
Ale i ta przeszkoda zostaje na końcu pokonana.

Małgorzata J. Kursa stworzyła cichy, bezpieczny świat, w którym nawet człowiek podejrzewany o gangsterstwo okazuje się szczęśliwym i oddanym ojcem i mężem, a problemy zawsze można rozwiązać. Nie znajdziemy tu głębokich opisów psychologicznych postaci, ale bohaterów, których można po prostu polubić. Atmosfera powieści jest może trochę zbyt idylliczna, ale czasami trzeba zagłębić się w taki świat współczesnej baśni z obowiązkowym happy endem.
To taka ksiązka, która sprawdzi się w zimowe wieczory i latem na plaży. Nie niesie ze sobą odkrywczych treści, ale też nie irytuje. Po prostu przyjemna rozrywka.

Katarzyna J. Kursa
"Tajemnica Sosnowego Dworku"
Wydawnictwo Prozami Sp. z o.o
Warszawa 2010

niedziela, 18 marca 2012

"UPADEK GIGANTÓW" KEN FOLLETT

"Upadek gigantów" swego czasu mocno kusił mnie na półce w księgarni. Grube tomiszcze, interesujący opis na okładce i osoba autora obiecywały miłe godziny spędzone przy lekturze.

Ken Follett, poza książkami sensacyjnymi, napisał  "Filary ziemi" i "Świat bez konca". Obie te powieści są wielowątkowe i łączą w sobie treści fikcyjne i historyczne. "Filary ziemi" są najlepiej sprzedającą sie książką Folletta. Czytałam je obie i miło wspominam, dlatego "Upadek gigantów" był na mojej liście must have do przeczytania.  Trochę się to odwlekło w czasie, ale co się odwlecze, to nie uciecze... 

Tym razem autor obrał za tło swojej opowieści I wojnę światową. Okres obfitujący w ciekawe i dramatyczne wydarzenia. Właściwie każdy fragment tamtych czasów stanowiłby intrygujący początek jakiejś powieści. Follett nie koncentruje się jednak na jednym wycinku, tylko kreśli kompletny obraz jednego z najbardziej fascynujących  okresów w dziejach świata.

Wojna wpływa na losy jednostek i dzieje krajów. I tak bohaterami "Upadku gigantów" są ludzie z różnych warstw społecznych i różnych narodowości. Walijski górnik Billy właśnie rozpoczyna pracę w kopalni. Jego siostra, Ethel jest służącą w domu hrabiego Fitzherberta i jego żony - rosyjskiej księżniczki Bei. W ich domu spotykają się amerykanin Gus Devar i niemiecki dyplomata, Walter von Ulrich. Ten ostatni zakochuje się w siostrze hrabiego, sufrażystce Maud. W dalekiej Rosji śledzimy zaś historię dwóch braci robotników: Lva i Grigorija. Oni wszyscy odegrają swoją rolę w nadchodzącym konflikcie. Wojna każdemu z nich przydzieli jakąś rolę. Żołnierz, szpieg, doradca prezydenta USA, rewolucjonista i aktywna sufrażystka. Follett opisuje losy tych ludzi na przestrzeni wielu lat. Jego postacie spotykają się z postaciami historycznymi, z prezydentem Wilsonem, z Churchilem, z Lenienm i Trockim. Daje nam to wgląd w kulisy procesów, które doprowadziły do wybuchu wojny.

Bohaterowie "Upadku gigantów" w tym burzliwym czasie przeżywają swoje miłości, rozczarowania i sukcesy. Walczą na frontach, salonach politycznych i uczestniczą w rewolucjach. Żyją zmianami, jakie zachodzą w świecie. W Rosji następuje obalenie cara, w Anglii kobietom zostają przyznane prawa wyborcze, a na froncie żołnierze walczą w okopach i razem świętują Boże Narodzenie.


Ken Follett miał świetny pomysł na książkę. I widać, że przygotował się do jej pisania pod względem wiadomości historycznych. Tło społeczne wydarzeń jest odmalowane bardzo trafnie. Poznajemy biedę w jakiej żyją prości rosyjscy robotnicy i wyzysk ze strony arystokracji, która za nic ma życie zwykłego człowieka. Rozumiemy, że taki porządek musiał zostać obalony. Obserwujemy porządki panujące w walczących armiach, gdzie dowództwo obejmowali ludzie bogaci, a nie uzdolnieni. Miało to duży wpływ na podejmowane decyzje, a co za tym idzie na wyniki starć. Wreszcie odnajdujemy w narodzie niemieckim uprzedzenia i poglądy, które doprowadzą do wybuchu następnej wojny. Bo "Upadek gigantów" jest dla autora początkiem cyklu powieści o wielkim rozmachu. Planowane są jeszcze dwie publikacje o starciach, które zmieniły oblicze świata. Pod względem historycznym książka jest bardzo dobra.


Jednak, nie żałuję, że kiedyś jej nie kupiłam i po przeczytaniu też jej nie kupię. Dla mnie dobra powieść, to dobrzy bohaterowie. Tacy o których nie możemy zapomnieć, których kochamy, albo których kochamy nienawidzić. Ich emocje i uczucia muszą być naszymi uczuciami. Tutaj tego nie było. Wszyscy bohaterowie są do bólu jednowymiarowi. Poznajemy ich charaktery na pierwszych kartach powieści i do końca pozostają tacy sami. Brakuje w nich dynamiki. Czy spotykają ich sukcesy, czy porażki Follett pisze o nich tak samo i po pewnym czasie jest to nużące. Chociaż każdy z nich bierze udział w niebezpiecznych przedsięwzięciach, ani razu o żadnego się nie bałam. Język powieści nie oddaje dramatyzmu wydarzeń. Jest bezbarwny i monotonny. Poza małym wyjątkiem ich zawody miłosne i porażki, nie wzbudziły we mnie żalu.

Tym wyjątkiem są postacie Waltera von Ulricha i Maud Fitzherbert. W ich historii tkwi potencjał, który Follett tylko częściowo wykorzystał. Miłość dwójki osób z wrogich krajów, narażonych na potępienie społeczenstwa i skazanych na ukrywanie swojego uczucia, a jednocześnie oddanych ideałom, które należy popierać. To mogło być coś, co mnie przykuje do powieści. Ale nie było. Bo choć polubiłam tych bohaterów, to bezbarwny styl w jakim opisuje ich autor nie pozwolił mi się naprawdę zaangażować.

Z mojej notki można wywnoskować, że nie polecam tej książki, ale to nie jest właściwie to, co chciałam przekazać. Bo mimo wszystko ją polecam. Ze względu na szeroką panoramę społeczną i polityczną. Ze względu na rozmach historyczny i wagę opisywanych wydarzeń. Za pokazanie, że wybych I wojny światowej to efekt domina, wynikający z nastrojów, gierek politycznych i ambicji, a nie tylko zamach w Sarajewie. Bo to się autorowi udało. I może wy jednak polubicie bardziej bohaterów.
Follett pisze bardzo sprawnie i mimo moich zarzutów, książkę czyta się bardzo szybko. Absolutnie nie czuć tych ponad 1000 stron. Nie można powiedzieć, że nie są one wypełnione treścią. Po prostu mnie zabrakło jakiegoś specyficznego, porywającego, dynamicznego klimatu. Ja oczekiwałam czegoś więcej, a wtedy łatwo się zawieść.

W tym roku ma się ukazać następna powieść z cyklu Trylogia Stulecia. Ma to być: "Zima świata", która będzie opisywać czasy II wojny światowej i lata po jej zakończeniu. Zobaczymy, może będzie lepiej.

A na koniec wyrazy uznania dla wydawnicta, za piękne wydanie. Czyta sie z przyjemnością.



Ken Follett
"Upadek gigantów"
Wydawnictwo "Albatros" A. Kuryłowicz
Warszawa 2010





środa, 14 marca 2012

"SMAK SZCZĘŚCIA" SANTA MONTEFIORE


 
Wyzwanie Trójka e-pik.
Santa Montefiore jest autorką bestsellerowych powieści dla kobiet łączących w sobie wątki romantyczne i obyczajowe. Kiedyś czytałam jedną książkę jej autorstwa: "Spotkamy się pod drzewem ombu". Nie byłam nią zachwycona, ale postanowiłam spróbować jeszcze raz i dać jej powieściom drugą szansę.

Główną bohaterką "Smaku szczęścia" jest Angelica. Od dziesięciu lat jest żoną przystojnego bankiera z City. Mieszkają w Londynie w pięknym domu wraz z dwójką uroczych dzieci. Angelica zajmuje się domem, ale poza tym jest uznaną pisarką książek fantastycznych dla dzieci. Małżeństwo jest szczęśliwe, chociaż od pewnego czasu wkrada się w nie lekka rutyna. Pojawiają się drobne uszczypliwości ze strony Oliviera, który wypomina żonie jej wagę, czy też nie docenia jej pracy.
Wtedy na przyjęciu u przyjaciół Angelica poznaje mężczyznę, który ją bardzo intryguje. Jack też jest nią zachwycony i daje jej to odczuć. Prawi jej komplementy, słucha z zainteresowaniem, podziwia jej talent pisarski. Jednym słowem, jest całkiem inny od jej męża. Kiedy wraca do RPA, gdzie prowadzi winnicę, nawiązują ze sobą korespondencję mailową. Angelica powoli nie może się obyć bez rozmów z Jackiem i wtedy nadarza jej się możliwość wyjazdu do Afryki.

Zamiarem autorki było, stworzenie historii miłosnej. Wzruszającej i porywającej, ale trudnej do spełnienia. Niestety w moim odczuciu absolutnie się to nie udało. Angelica poszukuje szczęścia, ale nie jest zdecydowana, co ma wybrać. Czy spokojną przyszłość u boku trochę spowszedniałego męża, czy też może ekscytujący romans z mężczyzną, który jej się podoba, ale też nie jest wolny. Chwilami miałam wrażenie, że najchętniej połączyłaby obie opcje.
To co jednak irytowało mnie przede wszystkim to bohaterowie, i to jak zostali przedstawieni. Rozumiem, że Angelica jest osobą bogatą, a problemy finansowe są obce jej i środowisku w jakim się obraca, ale opisy niekończących się szeregów ubrań, domów i luksusowych samochodów były bardzo drażniące. Ciągłe podkreślanie marek sukienek, spodni i bluzek moim zdaniem niczemu nie służyło. Było po prostu zbędne. A cała grupa przyjaciółek Angelici spawiała wrażenie bardzo płytkich. Ich problemy były mi obce. I to nie w sposób odprężający, tylko bardzo irytujący.

Santa Montefiore chciała aby postacie były wyraziste i ciekawe. Niestety ja nie potrafiłam uwieżyć w miłość od pierwszego wejżenia między Angelicą i Jackiem. Zauroczenie i chwilowe zainteresowanie owszem, ale nie głębokie uczucie. Nie potrafiłam znaleźć w tym mężczyźnie zalet, które pozwoliłby się zatracić. I chociaż autorka wykorzystuje pełen wachlarz schematów, które mają nas przekonać w o wyjątkowej więzi tej pary, ja w nią nie wierzę.

Książkę czyta się lekko i szybko, ale jej treść jest banalna i do bólu przewidywalna. Emocje są sztuczne, a rozterki bohaterów w znacznej mierze wydumane.
Wątki obyczajowe są marginalne, a romans całkiem nietrafiony. Powieść może moim zdaniem funkcjonować tylko jako czytadło. Po odłożeniu na półkę natychmiast można zapomnieć o tym, że wogóle istnieje.
Nie polecam.

Santa Montefiore
"Smak szczęścia"
wydawnictwo "Świat Książki"

"NIE OPUSZCZAJ MNIE" KAZUO ISHIGURO

Mam wrażenie, że już tyle napisano o tej ksiązce, że wszyscy generalnie wiedzą o czym jest. A ci, którzy nie czytali o niej, być może oglądali film.

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak to jest żyć z wyrokiem śmierci? Wyrokiem, który nie jest wynikiem choroby, ale szczegółowego planu innch ludzi. Jak żyje człowiek, który zna swoje przeznaczenie od najmłodszych lat?

Kathy, Tommy i Ruth wydają się być normalnymi dziećmi. Uczą się w Halisham, świetnej szkole z internatem. Chodzą na różne zajęcia. Mają świadomość, że przebywają w miejscu lepszym od innych szkół. Nauczyciele i wychowawcy starają się w nich rozwijać kreatywność i kładą duży nacisk na zajęcia twórcze. Jednak od początku coś w tym obrazie nie pasuje. Dzieci nigdy nie wyjeżdżają na ferie, nie wracają do domów rodzinnych. Wydarzeniami w ich życiu są przyjazdy Madame, która wybiera niektóre z prac wychowanków do Galerii. Uczniowie dostają w zamian żetony, które potem wymieniają na wyprzedaży. Jest to dla nich duże wydarzenie, ale my szybko orientujemy się, że na wyprzedaż trafiają zniszczone rzeczy. To co ktoś odrzucił i uznał za całkiem niepotrzebne.

Narratorką opowieści jest Kathy. Przekazuje nam swoje wspomnienia, jakbyśmy dzielili te same doświadczenia. Traktuje nas, czytelników jak wychowanków tego samego systemu. Z jej opowiadania wyłania się obraz szkoły z dziwnym sposobem nauczania. Dzieci dowiadują się, że najważniesze jest ich ciało, są bardzo szczególowo uświadamiane seksulanie. Wydaje się to nam nieodpowiednie do ich wieku. Stopniowo z aluzji o dawcach i donacjach odczytujemy prawdę.
Powieść podzielona jest na trzy części, a każda z nich odpowiada jednemu z etapów życia wychowanków. W Halisham uczą się, zawiązują pierwsze przyjaźnie i miłości. Przeżywają fascynacje seksualne. Ale jednocześnie stopniowo jest przed nimi odsłaniany cel ich istnienia. Po ukończeniu szsnastego roku życia, wyjeżdżają w różne rejony kraju. Żyją bardziej samodzielnie w niewielkich grupach. Ciągle jednak są w izolacji od prawdziwego świata. A potem rozpoczyna się trzeci i ostateczny etap.

Dzięki narracji z punktu widzenia Kathy, otrzymujemy pełen wgląd w psychikę bohaterów. Tommy, Kathy i Ruth są połączeni więzami przyjaźni i miłości. Pomiędzy nimi jest zazdrość, pożądanie, niezrozumienie i zagubienie. Odizolowani od świata, wzorce zachowań czerpią z seriali i programów telewizyjnych. Snują marzenia, które niestety nie mają szans się spełnić. Analizując po latach swoje wspomnienia, Kathy zaczyna się pojmować indoktrynację jakiej ich poddano. Pogłoski o nieszczęśliwych wypadkach, zachęcanie do nawiązywania więzi seksualnych, do tworzenia, wszystko zaczyna mieć głębszy sens.
A my zaczynamy się zastanawiać jak łatwo, w pewnym sensie zaprogramować człowieka. który staje się po prostu elementem systemu. Razem z bohaterami gramy w powiedziane, niedopowiedziane.

Kiedy czytałam "Nie opuszczaj mnie", zastanawiałam się nad możliwością buntu. Bohaterowie są przecież za spokojni. Akceptują to, co ma się z nimi stać, a my mamy świadomość, że tak nie powinno być. I w pewnym momencie uświadomiłam sobie, że właściwie każda postawa w tym świecie jest buntem. Bo poza akceptacją przecież istnieje nadzieja, rezygnacja, albo walka o każdy dzień. Kazda z tych postaw, być może nie do końca uśwadomiona pozwala zachować godność. Wszystkie decyzje jakie podejmują bohaterowie, wszystkie uczucia jakie do siebie żywią są swoistym przeciwstawieniem się systemowi. Tylko, że niezależnie jaką decyzję podejmą, ich życie i tak skończy się tak samo. Na tym polega okrucieństwo tego systemu.

Ishiguro przedstawia obraz społeczeństwa podzielonego na gorszych i lepszych. Robi to z wyjątkową subtelnością. Cała konstrukcja świata  nie jest opisana szczególowo. Więcej się domyślamy, niż naprawdę wiemy. Bo centrum powieści to psychika trójki bohaterów, z których każdy wybrał inne podejście do swojego przeznaczenia. Łączy je tylko pogodzenie z własnym losem. Dzięki temu otrzymujemy opis prawie pozbawiony emocji i tym samym bardziej poruszający.

Ciężko zakwalifikować tą powieść gatunkowo. Wymyka się trochę klasyfikacjom. Odnajdujemy elementy antyutopii, science - fiction, ale przede wszystkim jest powieść psychologiczna, zgłębiająca możliwości przystosowania się do nawet najbardziej przerażającej perspektywy. to powieść, która zostaje z nami na dłużej.

Kazuo Ishiguro
"Nie opuszczaj mnie"
Wydawnictwo :Albatros" A. Kuryłowaicz
Warszawa 2005


niedziela, 11 marca 2012

MOJE ULUBIONE FANTASY czyli "SAGA O ZBÓJU TWARDOKĘSKU" ANNA BRZEZIŃSKA

Na "Sagę o zbóju Twardokęsku" natrafiłam zupełnym przypadkiem. Bardzo lubiłam serię Sapkowskiego o Wiedźminie. Tolkiena znałam bardzo powierzchownie, zresztą nadal moja wiedza w tym zakresie nie jest imponująca. Było lato, pierwszy tydzień po zakończeniu roku akademickiego i pełnej nauki sesji. Miałam serdecznie dość wszelkich lektur i w bibliotece szukałam jedynie czegoś lekkiego, przy czym nie musiałabym za bardzo mysleć. Mój wzrok przyciągły dwie ksiązki wydane przez wydawnictowo SuperNOVA. Pierwsze skojarzenie to oczywiście Sapkowski. Niewiele myśląc wzięłąm.
Pierwszy tom nosił wtedy tytuł "Zbójecki gościniec". Dopiero potem Anna Brzezińska zmieniła go na "Plewy na wietrze". Druga wersja jest też znacznie rozszerzona.
Twardokęsek jest przywódcą szajki zbójeckiej, grasującej w Żmijowych Górach. Pewnego dnia uświadamia sobie, że ma już dosyć takiego życia. Absolutnie nie ciągnie go do uczciwego zarobku, ale chce sobie jeszcze bezpiecznie i w dostatku pożyć, a wiadomo, że profesja zbójcy do najbezpieczniejszych nie należy.
Rabuje więc wszystkie zgromadzone skarby i ucieka na daleką Targankę. Kiedy już myśli, że najgorsze ma za sobą i dalej czekają go już tylko uciechy, zostaje pojmany i skazany na śmierć.  
Tyle, że Twadokęskowi śmierć wyraźnie nie jest pisana. Los zwiąże go z tajemniczą wojowniczką Szarką i z wygnanym dziedzicem Żalników - Koźlarzem. Zbójca trafi w sam środek wydarzeń, które zniszczą świat jaki zna. A świat ten jest niezwykły. Rządzą nim bogowie, którzy mają bardzo ludzkie słabości. Są chciwi, zazdrośni, często niewiadomo czy ich dary są błogosławieństwem, czy bardziej przekleństwem. A w Krainach Wewnętrzengo Morza szykuje się wojna międy prawowitym dziedzcem Żalników, a Wężymordem, który władzę zyskał z pomocą jednego z bogów. wobec tej wojny nikt nie pozostanie obojętny, każdy musi się opowiedzieć po którejś ze stron. Ludzie i bogowie.

Anna Brzezińska stworzyła świat bardzo różnorodny i bardzo prawdziwy. W tym świecie nic nie jest łatwe. I nic nie jest dane na zawsze.   A bieg wydarzeń może zmienić decyzja jednego szarego człowieka, który nawet nie zdaje sobie sprawy, że właśnie wpłynął na losy wszystkich Krain. Bohaterowie są uwiezieni w swoim przeznaczeniu. Chcą się wyrwać, ale wszystko co robią i tak ostatecznie sprowadza ich na raz obraną ścieżkę. Tutaj właściwie nie ma bohaterów, których się nie lubi. Każdy ma wady i zalety, każdy jest na swój sposób intrygujący.
Ja, na przykład nie potrafię się oprzeć urokowi Wężymorda. Na pierwszy rzut oka to taki typowy czarny charakter. Zagarnął tron, zniszczył piękny kraj, służy bogowi, który dąży do zniszczenia wszystkich innych innych. A jednak Brzezińska dała mu tą niejednoznaczność. Kazała mu kochać siostrę swojego wroga. Miłość Zarzyczki i Wężymorda jest zaklęciem, które trzyma ich przy sobie. Tak jak u Tristana i Izoldy siłą sprawczą uczucia jest napój miłosny, tak Wężymorda i Zarzyczkę związała ze sobą okrutna zemsta bogów. Dla mnie ich historia jest jedną z najbardziej poruszających i wzruszających opowieści, jakie czytałam.
 Cała seria książek jest pełna różnych nawiązań literackich i historycznych. Brzezińska jest historykiem i to miało duży wpływ na te powieści. Obraz każdej z Krain czerpie z różnych okresów historycznych i tradycji różnych krajów. Tropienie i odczytywanie przeróżnych kulturowych i mitologicznych cytatów sprawia wiele radości.
To, co mnie pociąga to soczysty język, jakim jest napisana cała saga. Postacie są różnorodne. Wywodzą się z chłopstwa, mieszczaństwa, szlachty i rodów królewskich. I widać to w ich języku, w sposobie ubioru. Brzezińska dużą wagę przykłada do opisów strojów, wnętrz chat i zamków.  Ma się wrażenie, że czyta się o żywych istotach. Klną, wściekają się, kochają i popełniają błędy. A my się tym przejmujemy. Przejmujemy się nie tylko głównymi bohaterami, ale też  prostymi ludźmi. Nawet charakter pobocznej postaci zarysowany jest z niezwykłą uwagą. Na losy tego świata wpływają z pozoru bardzo błache decyzje, więc my poznajemy, co kieruje zwykłym człowiekiem. Znamy jego przeszłość, czasem Brzezińska pozwala poznać nam również jego przyszłość. I stają się nam bardzo bliscy. Te małe opowiadania w całej historii stanowią niewątpliwy urok sagi. Oczywiście, jak przystało na fantasy obecna jest magia i niezwykłe stwory, których pochodzenia znowu można szukać w dawnych wierzeniach i folklorze. Spojone narracją autorki tworzą niepowtarzalny klimat Krain Wewnętrznego Morza.

"Saga o zbóju Twardokęsku" jest cyklem, od którego absolutnie nie mogłam się oderwać. Losy postaci i Krain zaprzątały moje myśli bardzo długo, a że lektura jest bardzo wielowątkowa, lubię do niej wracać. Można się za każdym razem skupić na innym bohaterze. Naprawdę każdy ma swój urok. Dla mnie to po prostu piękna, epicka opowieść o odwadze, miłości, nienawiści, przeznaczeniu silniejszym niż wszelkie ludzkie zamysły. I absolutnie mi nie przeszkadza, że tego świata nie ma . Zawsze pochłania mnie bez reszty.

Anna Brzezińska
"Plewy na wietrze"
"Żmijowa harfa"
"Letni deszcz. Kielich"
"Letni deszcz. Sztylet.
Agencja Wydawnicza Runa

Ilustracje pochodzą ze strony wydawnictwa:



sobota, 10 marca 2012

"MĘŻCZYZNA, KTÓRY PRZYCHODZIŁ W NIEDZIELĘ" THOMAS KANGER

Druga książka z wyzwania TRÓJKA e-pik.

Kryminały skandynawskie czytam i lubię. Wiem, że przyszła na nie moda i w sumie podążam z tłumem. Ale są niektóre dobre, a niektóre nawet bardzo dobre, więc czemu nie?

Elina Wiik, na prośbę chorego kolegi, zajmuje się niewyjasnioną sprawą sprzed lat. Po pierwszym przeczytaniu akt, wydaje jej się, że w śledztwie raczej nie popełniono błędów. Jednak przypadek zaczyna Elinę intrygować.  Ylvę Malmberg znaleziono zakopaną w lesie, przy granicy z Norwegią.
Ofiara kilka miesięcy przed śmiercią urodziła dziecko, którego nigdy nie odnaleziono.
Pozostaje bardzo mało czasu, żeby odnaleźć mordercę. Zbrodnia za niecały miesiąc się przedawni i sprawca pozostanie bezkarny. Rozpoczyna się wyścig z czasem.

Narracja w książce prowadzona jest dwutorowo. Z jednej strony mamy wątek śledztwa, które prowadzi Elina i wszystkich przeszkód, jakie napotyka na drodze, a jest ich wiele. W drugim obserwujemy działania zagubionej, młodej Kari, która próbuje znaleźć swoich prawdziwych rodziców. Związek między tymi dwoma wątkami szybko staje się jasny dla czytelnika, ale nie psuje to przyjemności podążania za główną zagdką.

"Mężczyzna, który przychodził w niedzielę" to czwarty tom cyklu powieści o Elinie Wiik. Naprawdę nie wiem, dlaczego nie wydano w Polsce poprzednich tomów.
Sytuacja Eliny w policji nie jest zbyt dobra. Wiadomo, że rozwiązała jakąś głośną sprawę. Przełożony ma jej dużo za złe, ale tak naprawdę, nie wiadomo co konkretnie. I mnie to przeszkadzało w odbiorze całej postaci. Jakoś nie mogłam sobie wyrobić pełnego obrazu Wiik. Znajomość jej przeszłości pewnie, by tu pomogła.

Co do warstwy ściśle kryminalnej, to niewątpliwie jest dobrze przemyślana. Kanger umiejętnie dawkuje informacje, dzięki czemu domyślamy się kilku poszlak, ale rozwiązanie całej zagadki pozostaje zaskakujące.
To, co mi osobiście przeszkadzało to brak emocji. Odniosłam wrażenie, jakby sam autor miał do swoich postaci dosyć obojętny stosunek i mój również taki pozostał. Jednym słowem, nie porwały mnie problemy Eliny i poszukiwania Kari. Zabrakło zaangażowania.
Podobno tom następny: "Pogranicze" jest lepszy.
Zobaczymy.

Spotkałam się ze zdaniem, że okładki są koszmarne. Mnie sie akurat podobały. Takie inne.

Thomas Kanger
"Mężczyzna, który przychodził w niedzielę"
Wydawnictwo Czarne
seria: Ze strachem.

środa, 7 marca 2012

"GRA W CZERWONE" KATARZYNA RYGIEL

Ewa jest antropologiem. Pewnej nocy budzi ją telefon od kolegi ze studiów. Cyryl pracuje na policji w Warszawie. I potrzebuje pomocy Ewy. Wszystko wskazuje na to, że w stolicy grasuje seryjny morderca. Ciała są znajdowane nad Wisłą. Nie ma na nich żadnych śladów przemocy. I wszystkie są owinięte w czerwone płótno. Trzecie zwłoki są ułożone w specyficzny sposób. Cyryl ma mgliste wspomnienia związane z takimi przypadkami, ale nie potrafi skojarzyć ich źródła.
Ma nadzieję, że Ewa mu pomoże.

Ewa przyjeżdża do Warszawy i szybko angażuje się w trudne śledztwo. Nie bardzo to odpowiada Krzysztofowi Sobolewskiemu, który prowadzi dochodzenie, ale Ewa go intryguje.
A policja jest w kropce. Ofiary nic nie łączy. Nie można ustalić motywu. Dziwne jest też to, że prawie wszystkie ciała znajduje jedna osoba - dziennikarz Artur. Mężczyzna jest samotny, pochłonięty swoją pracą. Jego marzeniem, prawie obsesją jest pragnienie opisania czegoś, co pozwoli mu się wybić w dziennikarskim świecie. I wtedy Artur zaczyna dostawać listy.
Kto jest mordercą? I jaką rolę w tym wszystkim odgrywa Izabela - sąsiadka Artura, z którą się okazyjnie spotyka?

Zaciekawiona spedziłam przy tej ksiązce cały wieczór. Jest to moim zdaniem sprawne połączenie kryminału z powieścią psychologiczną. Poznajemy lęki, doznania, myśli i pragnienia bohaterów. Równie ważne co morderstwo i odnalezienie sprawcy są związki między ludźmi wplątanymi w bieg wydarzeń. To odczucie potęguje brak opisów Warszawy, jako miejsca gdzie dzieje się akcja powieści. Właściwie to mogłoby się zdarzyć wszędzie. W każdym innym mieście w Polsce.
Początkowo trochę mi to przeszkadzało, bo lubię poczuć klimat miejsc, ale w tym wypadku trzeba raczej wczuć się w klimat związków międzyludzkich. A bohaterów łączą pragnienia, toksyczne związki, namiętności i czasem błędy przeszłości.
 Fabuła nie obfituje w dramatyczne zwroty i choć w końcówce akcja przyspiesza, to nie zmienia charakteru powieści. Z pewnością nie jest to kryminał sensacyjny.
A zakończenie potrafi zaskoczyć, a o to w czytaniu kryminałów chodzi. Prawda?

"Gra w czerwone" jest drugą częścią cyklu powieści o Ewie Zakrzewszkiej. Tytuły pozostałych to:
"Ekspedycja Kolitz" i "Śmiertelne zlecenie". W niczym jednak nie przeszkadza jeśli zaczniecie lekturę od tej powieści. Nie znalazłam wielu odwałań do części pierwszej, a wydarzenia nie są związane ze sobą.

Mnie podobało się na tyle, że przeczytam kolejne ksiązki Katarzyny Rygiel jeśli wpadną mi w ręce.



Katarzyna Rygiel
"Gra w czerwone"
Wydawnictwo Zysk i Spółka
seria Klub srebrnego klucza


poniedziałek, 5 marca 2012

NADRABIAM ZALEGŁOŚCI Z LEKTUR MŁODZIEŻOWYCH: "WAKACJE Z DUCHAMI" ADAM BAHDAJ

Kiedy skończyłam czytać tę książkę, musiałam spojrzeć na moje listy przeczytanych książek, w poszukiwaniu innych powieści Adama Bahdaja. Wynika z nich, że czytałam tylko jedną: Stawiam na Tolka Banana. I z tego, co pamiętam, podobała mi się. Tym bardziej nie mogę teraz zrozumieć, dlaczego "Wakacje z duchami" przeleżały u mnie na półce tyle lat. Ksiązka trafiła do mnie jeszcze w podstawówce, wiele razy zaczynałam ją czytać i zawsze po paru stronach odkładałam.
Tym bardziej się cieszę, że dołączyłam do trzech wyzwań, które zdopingowały mnie do nadrobienia tej zaległości.

Bohaterami powieści są trzej chłopcy: Maniuś "Paragon", Felek "Mandżaro" i Boguś "Perełka". O ich wcześniejszych przygodach można przeczytać w powieści: "Do przerwy 0:1".
W "Wakacjach z duchami" cała trójka przebywa w gościnie u ciotki Perełki.
Okolica jest wprost wymarzona na letnie wakacje dla dzieci z warszawskiej Pragi. Las i leśniczówka, jezioro i zamek, na którym zaczynają straszyć duchy. Chłopcy postanawiają dowiedzieć się, czy zjawy są prawdziwe.  Chłopcy z zapałem śledzą coraz to nowych podejrzanych, a ich poszukiwania zataczają coraz szersze kręgi.


"Wakacje z duchami" zotały po raz pierwszy wydane nakładem wydawnictwa "Nasza Księgarnia" w serii "Klub Siedmiu Przygód", w 1962 roku. I wcale się od tamtego czasu nie zestarzały. Z prawdziwą przyjemnością szukałam wraz z tymi trzema chłopcami rozwiązania zagadki duchów na zamku. Autorowi parę razy i mnie udało się zmylić. Polubiłam bohaterów. Każdy z nich ma odmienny charakter, co doskonale to widać w zachowaniu i w sposobie mówienia. Myślę, że ta powieść detektywistyczna może się nadal podobać, choć pewnie dzisiaj znajdzie czytelników wśród trochę młodszej młodzieży, niż w czasach swojego pierwszego wydania. Swoją drogą ciekawa jestem, czy młodzież sięga jeszcze po takie nienajnowsze ksiązki?
Ja w każdym razie polecam.

Książka przeczytana w ramach trzech wyzwań:

Klasyka Młodego Czytelnika

Z półki

"Trójka e-pik"

niedziela, 4 marca 2012

"BOGINI CIEMNOŚCI" SARWAT CHADDA

Mam słabość do literatury fantastycznej. Mniejszą do science - fiction, a znacznie większą do fantasy. Był taki czas w moim życiu, że kupowałam praktycznie tylko książki tego typu. Przyczyna była bardzo prosta. W bibliotekach na półkach z literaturą fantasy była pustka. A ja byłam głodna nowych odryć.


Teraz sytuacja się zmieniła. Biblioteka, z której najczęściej korzystam, ma dosyć solidny zbiór ksiązek i półka z fantastyką jest całkiem pokaźna. Często znajduję tam coś dla siebie.


"Bogini Ciemności" Sarwat Chadda była dla mnie kompletną niewiadomą, ale choć nie należy podobno książki oceniać po okładce, to okładka zachęciła mnie do wypożyczenia. Bo szata graficzna jest cudna naprawdę. Klimatyczne zdjęcie aż każe wziąść powieść do ręki. Zdjęcie tego nie oddaje. Pożyczyłam aparat i niestety mam do dyspozycji tylko komórkę.
W domu okazało się, że jest to druga część cyklu. Tytuł pierwszej części to: "Pocałunek Anioła Ciemności". Nie lubię zaczynać serii od środka, ale stwierdziłam, że zacznę czytać, a potem zobaczymy.


Bohaterką ksiązki jest szesnastoletnia dziewczyna. Dla obcych jest z pozoru zwyczajną nastolatką. Jednak poza chodzeniem do szkoły, dziewczyna należy też do zakonu tempariuszy. W czasach współczesnych zakon ten walczy z Bezbożnymi, czyli wilkołakami, wampirami, ghulami. Ich kwatera mieści się w starym, zabytkowym lońdyńskim kościele.
Wilkołaki i inne stworzenia zagrażają ludziom, ale szczególnie polują na Wyrocznie - ludzi obdarzonych szczególnymi mocami. Może być to moc przepowiadania przyszłości, czytania w myślach, czy uzdrawiania.
Na pierwszych stronach powieści Billi wraz z innymi tempariuszami ratuje z rąk wilkołaków małą dziewczynkę. Istnieje możliwość, że jest ona Wyrocznią. Wkrótce te podejrzenia znajdują potwierdzenie, a dziewczynkę uprowadza grupa wilkołaków z dalekiej Rosji. Chcą ją złożyć w ofierze swojej Bogini, a ta wykorzystując jej moc zamierza sprowadzić na ludzkość wielki kataklizm.
Dziewczyna i templariusze wyruszają do Rosji, by temu zapobiec.

Nie chcę zdradzać za wiele, bo książkę mozna streścić w kilku zdaniach. Spodobał mi się pomysła na powieść, a w szczególności na konstrukcję świata. Ale niestety poza pomysłem nie znajduję tu dużo plusów. Bohaterów nie polubiłam, a świat mnie nie pochłonął. A w fantasy jest to dla mnie bardzo ważne. Zabrakło jakiejś iskry. Może dlatego, że opis tego świta wydał mi się trochę powierzchowny. Niby jest wspomniane, że dziewczyna musi normalnie chodzić do szkoły, ale jednocześnie nie ma ani jednej sceny, która jakoś to potwiedza. Mam pewne podejrzenia, że pewnie takie sceny znalazły się w pierwszym tomie, ale dla mnie to trochę za mało. Oczekiwałam jakiegoś uwiarygodnienia tej postaci. To samo dotyczy się otoczenia dziewczyny.  Powieść czepie z tradycji literackich baśni, mitologii, eposów, ale tak naprawdę nie poznajemy jakichś głębszych fundamentów, na których opiera się konstrukcja przedstawianego świata.

Mimo to, czytanie powieści sprawia trochę przyjemności. Podobało mi się, na przykład niejednoznaczne zakończenie. Szkoda jednak całości, bo naprawdę nie mam ochoty sięgać po tom pierwszy. Myślę jednak, że trochę w moim odczuciu namieszał wiek i mój, i  bohaterki. Młodzięży może się spodobać. Można sięgnąć i przeczytać, ale absolutnie nie trzeba.



Dodatkowo chcę ogłosić, że biorę udział w nowym wyzwaniu. Szczegóły tutaj.



sobota, 3 marca 2012

PIERWSZY MARCOWY STOSIK BIBLIOTECZNY




Rezlultat dzisiejszej wizyty w bibliotece. Plus książkowa zaległość, którą nadrabiam w ramach wyzwania marcowego, ale o tym w wieczornej notce. :)))

Od góry:

1. Chadda Sarwat: "Bogini ciemności" - dla mnie całkowita niewiadoma.
2. Alessandro D'Avenia: "Biała jak mleko, czerwona jak krew - duż pochlebnych opisów na blogach.
3. Kazuo Ishiguro: "Nie opuszczaj mnie" - sama sobie sprawiłam spoiler w postaci filmu, ale cóż...
4. Katarzyna Rygiel: "Gra w czerwone" - znowu niewiadoma, ale ja bardzo lubię kryminały
5. Santa Montefiore: "Smak szczęścia" - kiedyś nie bardzo mi podeszła jej książka, ale postanowiłam dać drugą sznasę.
6. Thomas Kanger : "Mężczyzna, który przychodził w niedzielę" - kryminał skansynawski w ramach wyzwania marcowego.

I za co się zabrać najpierw?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...